Pisaliśmy w "Gazecie":
Vive, które przed tygodniem przegrało w Płocku ledwie jedną bramką (także po dogrywce), sprężyło się na środowy mecz w Kielcach. Zwycięstwo 30:21 tchnęło w graczy Aleksandra Litowskiego taki optymizm, że buńczucznie zapowiadali jeszcze przed wyjazdem do Płocka, że w hali Chemika pokażą mistrzowi miejsce w szeregu. - Niedziela będzie nasza - zapowiadał Radosław Wasiak, drugi trener i kołowy Vive. Goście byli tak pewni swego, że nic nie robili sobie z gwizdów, jakie ich powitały. Michał Jurecki, Dmitrij Nikulenkow czy Piotr Grabarczyk byli po prostu zwycięzcami.
Wielki wsparcie dla Nafciarzy płynęło z trybun. Doping nie milkł nawet na chwilę. A gdy Vive wychodziło na 2-3-bramkowe prowadzenie, stawał się jeszcze głośniejszy. - Oj, oni to dopiero dodali nam sił - stwierdził Kuptel. - Byli fantastyczni, nigdzie indziej nie ma takich kibiców. Mam nadzieję, że i w finale nam pomogą - dodał. Wisła parła cały czas do przodu. Nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach nafciarze grali, nie poddawali się, nie sprzeczali. Robili swoje z żelazną konsekwencją. Rzucał Tomasz Paluch, a jak nie on, to świetnie z karnych Marek Witkowski. Jak nie szło z karnych, to i z gry. Dobrze wprowadził się żywiołowy jak zawsze Zoran Radojević. Bezbłędnie kontrował Artur Niedzielski. W końcu z koła trafiał Wuszter. I gdy można było się załamać, gdy Radojević doprowadził do remisu 21:21, a dwa gole Mateusza Jachlewskiego dały gościom znów prowadzenie - w 55. min 23:21 dla Vive - wiele zespołów zrezygnowałoby z walki.
Końcowych dziesięciu minut spotkania już nie dało się oglądać na siedząco. Doping wbrew prawom fizyki stał się jeszcze głośniejszy i jeszcze bardziej ogłuszający. W nafciarzy jakby nowy duch wstąpił. Kilka sekund po wznowieniu pozwolili tylko oddać celny rzut Jurijowi Hiliukowi i na tym koniec. Dyrygentem był Marszałek, a solistami pozostali płocczanie. Pięć goli i ani jednego ze strony Vive. Kielczanie nie byli w stanie nic zrobić, a z każdą chwilą coraz bardziej uchodziło z nich powietrze. Nie byli w stanie zrobić nic, nawet gdy Wisła grała w osłabieniu. Płacili za swoją pewność siebie, za swoją buńczuczność. A nasi szczypiorniści? Pokazali, że choć takie mecze gra się może i dwa razy w roku, są warci każdych pieniędzy. Szał radości, w jaki wpadli po końcowej syrenie kibice, zdawał się nie mieć końca. O finale, w którym już za tydzień Wisła zmierzy się w Lubinie z Zagłębiem, myślały może ze dwie osoby na hali. Dla pozostałych liczyło się tylko tu i teraz. Wisła pokonała Vive.
Ostatecznie Wisła wygrała 28:24
Wisła: Wichary, Marszałek - Niedzielski 3, Witkowski 5 (4), Paluch 5 (3), Wleklak 3, Kuptel 2, Wuszter 4, Zołoteńko 1, Szczucki, Twardo, Radojević 2, Rumniak 3;
Vive: Stęczniewski, Kubiszewski - Grabarczyk 1 CZ (z gradacji kar), Jurecki 2, Wasiak, Hiliuk 1, Kuchczyński 4, Cacić, Jachlewski 4 (2), Nikulenkow 12, Żółtak, Konitz, Bartczak.
Kary: Wisła - 16 min; Vive - 14 min.
Wszystkie komentarze