Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Oberek śpiewak”, „Barokowe piety”, „Płaczcie anieli” – oto trzy koncerty, które w tym roku złożą się na płocki festiwal. Muzyczna podróż w przeszłość zaczyna się dziś, a zakończy w niedzielę. Początek wszystkich koncertów w katedrze o godz. 19, wstęp wolny.

O tym, czym właściwie jest muzyka jednogłosowa, dlaczego warto jej słuchać i czemu tegoroczny festiwal będzie inny niż wszystkie wcześniejsze, opowiada Robert Majewski, na co dzień nauczyciel muzyki, dyrektor szkoły podstawowej w Rogozinie i dyrygent chóru Vox Singers.

Rozmowa z Robertem Majewskim

Milena Orłowska: A więc zostałeś dyrektorem artystycznym festiwalu…

Robert Majewski: Owszem, ludzie mnie tak nazywają, ale tak naprawdę, to… nim nie jestem, bo oficjalnie na Festiwalu Muzyki Jednogłosowej takiej funkcji nie ma. Można mnie nazwać wymyślaczem. Wcześniej, przez 23 lata, był nim Waldemar Woźniak, pomysłodawca i twórca tego wydarzenia. Ja postaram się kontynuować jego dzieło.

Jak zostałeś wymyślaczem festiwalu?

– Pomagałem Waldkowi Woźniakowi od 14 lat, zaprosił mnie do współpracy przy okazji 10. edycji imprezy. Związane są z tym bardzo miłe wspomnienia. Waldek chciał, żebym napisał coś o muzyce jednogłosowej. Napisałem więc, to był mój pierwszy tekst o muzyce. Długi i nudny, mimo to opublikowała go „Wyborcza”… Potem napisałem kolejne teksty do programu i w ogóle zacząłem pisać o muzyce. Wkrótce zacząłem też prowadzić koncerty Płockiej Orkiestry Symfonicznej i podpowiadać Waldkowi przy wyborze festiwalowych wykonawców. Cieszyłem się, bo zacząłem robić coś innego niż do tej pory. FMJ zmienił moje muzyczne życie.

Waldemar Woźniak odszedł na emeryturę. W grudniu ub.r. dyrektor Płockiego Ośrodka Kultury i Sztuki zaprosił mnie na rozmowę, zaproponował zajęcie się imprezą. Czasu było mało, bo festiwal powinno się zacząć przygotowywać tuż po zakończeniu jego poprzedniej edycji. Ale zgodziłem się, bo uwielbiam to wydarzenie. Jest niszowe, ze skromnym budżetem, skrojone na wybrany krąg odbiorców. Waldemar Woźniak, przy pomocy ks. Andrzeja Lelenia, stworzył jeden z najlepszych, najbardziej oryginalnych festiwali tego typu w Polsce. Uważam, że to wydarzenie światowej rangi.

A co o tej światowej randze świadczy?

– Po pierwsze to pomysł na prezentację niemal wyłącznie muzyki jednogłosowej. Czyli właściwie w grę wchodziły jedynie chorał gregoriański i jego pochodne. To było niezwykle odważne, ryzykowne, bo bardzo zawężało pole stylistyczne. Takich festiwali na świecie właściwie nie ma. Są podobne, ale nie takie. Druga sprawa to artyści. Szczególnie na początku tego wieku występowali u nas muzycy z najwyższej półki, światowe gwiazdy gatunku, zdobywcy Grammy. Lepszych nie było. Np. brytyjski kwartet wokalny The Hilliard Ensemble – jeden z najwybitniejszych na świecie. Na festiwalu śpiewał też Marcel Péres ze swoim Ensemble Organum i włoski La Reverdie. Specjalny program koncertu stworzył dla Płocka także Tomasz Stańko – wybitny polski trębacz jazzowy. FMJ to nasz płocki skarb kultury. Zapewne nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę. No cóż, festiwal był zawsze skromny, tak jak skromny jest Waldemar Woźniak. Ja chcę iść krok dalej i wypromować wydarzenie poza Płock, zainteresować nim melomanów z całej Polski. Zadanie będzie trudne, o wiele trudniejsze niż byłoby jeszcze kilka lat temu. W kraju jest teraz dużo festiwali muzyki dawnej, o większych budżetach – w Krakowie, Gdańsku, Warszawie, Jarosławiu. Ale, tak jak powiedziałem, jednogłosowe śpiewanie i granie jest tylko u nas. Mam nadzieję, że mi się uda.

Kim jest festiwalowa publiczność? Kto słucha w Płocku muzyki jednogłosowej?

– Słuchacze dzielą się na trzy grupy. Pierwsza, największa, to ludzie, którzy już ten festiwal polubili, wpisał się on na stałe w ich kalendarz, którzy potrzebują tej muzyki – bo monodia to nie tylko doświadczenie estetyczne, ale także droga do wyciszenia, sposób na bycie z samym sobą. Okazuje się, że przy muzyce sprzed tysiąca lat jakoś łatwiej zastanowić się nad własną przeszłością i własnym życiem.

Druga grupa to ci, którzy na koncercie w katedrze są trochę z przypadku. Np. zostali po mszy. Przez te wszystkie lata na nich lubiłem patrzeć najbardziej. Bo ci, którzy do katedry przychodzą specjalnie, wiedzą, czego się spodziewać. Pozostałych czysty, klarowny dźwięk muzyki dawnej zaskakuje, wręcz elektryzuje. Widziałem, jak ta muzyka zmienia ich twarze.

I trzecia grupa, niestety najmniejsza, to ci, którzy na płocki festiwal specjalnie przyjeżdżają z Polski.

Tegoroczna edycja będzie nieco inna niż wcześniejsze.

– To będzie szersze spojrzenie na muzykę jednogłosową. Bo monodia niejedno ma imię. Kojarzy się, rzecz jasna, z średniowieczem i z chorałem gregoriańskim. Potem do tego jednego głosu doszły kolejne, pojawiła się polifonia. Ale jednogłosowość przetrwała w polskiej ludowej pieśni religijnej. Ta kształtowała się przez cały czas, jednak feerią barw wybuchła w XVII wieku, w baroku. I właśnie z tego okresu będą pochodziły utwory prezentowane podczas tegorocznej edycji festiwalu.

Mówiąc krótko – w katedrze w ten weekend posłuchamy, jak dawnej śpiewało się na wsiach – w kościołach, domach, zagrodach i w polu. Nasze rodzime pieśni rozbrzmiewały podczas dróg krzyżowych, na roratach, w czasie tzw. pustych nocy, czyli podczas czuwania przy zmarłych. Ta tradycja była silna i bogata, niestety w czasach komuny ludzie zaczęli wstydzić się własnych korzeni, polskie tradycyjne śpiewanie religijne poszło w zapomnienie. Na szczęście wciąż żyją ludzie, którzy pamiętają te utwory. Na szczęście są także artyści, którzy chcą i wracają do tej tradycji. Jeżdżą po wsiach, uczą się od wiejskich śpiewaków. Najczęściej ze słuchu, bo oryginalny charakter tych zaśpiewów trudno oddać w zapisie nutowym.

 

I ci właśnie zapaleńcy przyjadą do Płocka. Adam Strug specjalizuje się w tradycji kurpiowskiej, Mateusz Kowalski – w Radomszczyźnie. Na festiwalu wystąpi także Justyna Czerwińska, obdarzona wielkim i anielskim głosem. Pewnie dlatego zaśpiewa koncert zatytułowany „Płaczcie anieli” (śmiech). Nie zapomnimy też o chorale gregoriańskim i modlitwie. W sobotę możemy uczestniczyć we mszy św. trydenckiej, odprawianej po łacinie, tak jak dawniej. Celebransowi, ks. Wojciechowi Pobudkowskiemu, towarzyszyć będą płocczanie, którzy kultywują śpiewanie chorału gregoriańskiego. Mowa oczywiście o Płockiej Scholi Gregoriańskiej, która śpiewa pod kierunkiem Kennetha Robinsona. Poza Kennethem śpiewają w niej Adam Matyszewski, Michał Pankowski i Jakub Putyra.

Skąd pomysł na zwrot w stronę ludowości?

– Wzięło się to z rozmowy z Adamem Strugiem. To wybitny artysta, zawsze chciałem, by przyjechał na festiwal ze swoją muzyką. Wiem, że w Płocku także ma wielu wielbicieli, myślę, że dużo ludzi przyjdzie na jego koncert. On był moim pierwszym wyborem, pozostali artyści to ludzie z jego kręgu, z jego środowiska, reprezentujący podobne muzyczne myślenie.

Nie ma się jednak co oszukiwać – tego typu muzyka jest dla przeciętnych słuchaczy czymś dość tajemniczym. Jak przekonasz ich do tego, że warto w ten weekend spędzić wieczory w katedrze?

– Powiedziałbym, że warto przyjść na Festiwal Muzyki Jednogłosowej, bo najpiękniejsza jest muzyka polska. Choćbyśmy nie wiem jak zapatrzeni byli w Zachód, choćbyśmy nie wiem jak chcieli być amerykańscy – jeśli wyjmie się nam z ręki instrument, wyłączy radio, odtwarzacz, i powie: „Zaśpiewaj coś”, każdy zaśpiewa po polsku, jakąś polską pieśń. Wszystko inne zabrzmi fałszywie, a w muzyce liczą się wyłącznie szczerość i serce. Poza tym nasz festiwal to najlepszy sposób na uczczenie 100-lecia niepodległości. Ta muzyka to prawdziwe polskie korzenie, bez politycznych konotacji. Czyste piękno i poezja.

Za rok także będzie ludowo?

– Jak Bóg da i dyrektor POKIS-u pozwoli pracować mi przy kolejnych edycjach Festiwalu Muzyki Jednogłosowej, to przyszłoroczna edycja będzie kolejnym krokiem przywracania imprezie świetności i wyprowadzania go na szersze wody. Tym bardziej że mam już pomysły i na przyszły rok, i na kolejne lata. Zależy mi też na tym, aby pokazać różnorodność muzyki wywodzącej się z chorału gregoriańskiego, pokazać, jak wielki miała on wpływ na muzykę klasyczną, rocka, jazz. Chciałbym otworzyć uszy młodym na piękno muzyki dawnej, rozszerzyć formułę imprezy o warsztaty śpiewacze, wykłady o muzyce dawnej. Właśnie pojawiła się szansa na ogólnopolską promocję Festiwalu Muzyki Jednogłosowej. Chcemy jak za dawnych lat zapraszać artystów z najwyższej półki, przywrócić imprezie należną jej międzynarodową rangę.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.