Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

624 – bo Jordanów, mała miejscowość między Płockiem a Dobrzykowem, leży na wysokości 624. żeglownego kilometra Wisły. Rzekę, a właściwie cienki pasek wody, wciąż widać z okien domu rodziców pana Michała.

Obejrzycie galerię zdjęć dawnego życia na Wiśle. I nie tylko!

– Kiedy byłem mały, mieliśmy tu piękny widok, ale w latach 80. pojawił się wał przeciwpowodziowy i niemal w całości go zasłonił – wspomina założyciel stowarzyszenia. – Zniknął naturalny piaszczysty brzeg i zielone szuwary, zamiast wygodnego zejścia jest dziś stroma skarpa, kamienna „opaska” tworzy nowy brzeg, uniemożliwiając bezpieczne cumowanie łodzi.

Stoimy nad rzeką – tuż za plecami mamy XXI wiek, jest szosa, mkną auta, właśnie z rykiem silnika przejechał jakiś szalony motocyklista. Przed nami jest już tylko ona, stalowa woda, zarośla, kompletna cisza. Brzegi – puste. Na Wiśle nikogo.

– Aż trudno uwierzyć, że kiedyś tętniło tu życie, prawda? – pyta smutno Szymajda.

Mechanikiem był pan Józef

Białeccy, Jasińscy, Wierzbiccy, Kujawowie – do niedawna wszyscy w Jordanowie i Dobrzykowie mieli coś wspólnego z Wisłą. W każdym domu była przynajmniej jedna osoba, która zajmowała się żeglugą, pracowała na bocznokołowcu, miała swoją barkę albo na barce pływała. – To byli tacy wiślani Cyganie. Żyli na wodzie, wciąż w rejsie. Wypływali wiosną, do domów wracali na zimę. Kursowali między Gdańskiem, Warszawą a Berlinem, na Wiśle spali, jedli, pracowali i bawili się – opowiada pan Michał.

Z jego rodziną było podobnie. Pływali jego dziadek – kapitan Henryk Białecki, pradziadek – szyper i właściciel berlinek Wincenty Kolczyński, prapradziadek – Franciszek Wysokiński. – Dopiero mama popełniła mezalians i wyszła za zatrudnionego w Coteksie inżyniera dziewiarstwa – śmieje się Szymajda. – Ale to był czas, gdy żegluga śródlądowa powoli umierała, z rzeki znikały barki i bocznokołowce. Ja sam trudnię się organizacją eventów, PR-em, reklamą. Mieszkałem w Warszawie, jakiś czas temu wróciłem do Płocka. Ale wiślana przeszłość wciąż we mnie żyje. Dlatego pojawiło się stowarzyszenie.

Jeszcze przed „Przystanią 624” był profil na Facebooku zatytułowany „Stare statki wiślane”. Pan Michał założył go kilka lat temu, początkowo wrzucał na niego zdjęcia z domowego archiwum – czarno-białe fotografie barek, lodołamaczy, panów w marynarskich mundurach i białych czapkach, galarów wyładowanych węglem i przeczących wszelkim zasadom bezpieczeństwa trapów, po których na pokłady statków wspinali się pasażerowie. Profil do dziś polubiło ponad 1,2 tys. osób, z czasem ludzie zaczęli dodawać swoje zdjęcia, wspomnienia, komentowali: „Czy to statek »Bartosz Głowacki«? Według mnie to »Sowiński«. Mechanikiem na tym statku był mój sąsiad z Nowego Duninowa, śp. Józef Kalwasiński”.

– Okazało się, że nie tylko we mnie żyje ta rzeka, że nie tylko ja za nią tęsknię – tłumaczy nasz rozmówca. – Zresztą nie chodzi tylko o zamierzchłe czasy i żeglugę. Nawet dla ludzi w moim wieku Wisła była niczym... Disneyland. Nie mieliśmy komputerów, konsoli, gier, żyliśmy więc nad rzeką i mieliśmy tam wszystko. Życie towarzyskie kwitło na jej brzegach, do rana płonęły ogniska, graliśmy na gitarach, śpiewaliśmy, czasami nawet się kąpaliśmy. Gdy jednak każdy z nas założył rodzinę, porozjeżdżaliśmy się po Polsce i po świecie i to życie towarzyskie nad Wisłą zaczęło zamierać. Dziś nikt już tu nie pali ognisk, nie pływa pychówkami, a nocami nie słychać piosenek Stachury, Kaczmarskiego czy Perfektu.

Dlatego pan Michał i kilku innych mieszkańców Jordanowa i Dobrzykowa – tych, którzy pamiętają i plażę, i ogniska, i potomków wiślanych Cyganów – założyli stowarzyszenie „Przystań 624”. Chcą, by Jordanów i Dobrzyków wróciły nad rzekę. I już działają – ich pierwszym pomysłem jest renowacja Krzyża Wiślaków.

Uwaga, płynie dziadek

W 1933 roku na granicy Jordanowa i Dobrzykowa krzyż postawił pradziadek Wincenty Kolczyński, pomagali mu jego teść Franciszek Wysokiński i Dionizy Wierzbicki, także członek rodziny i także wiślak. Zbudowali go prawdopodobnie z przeznaczonych na złom części barek, bo wszędzie – nawet tam, gdzie nie wymaga tego konstrukcja – ma porządne nity. Miał strzec wiślanych marynarzy, wskazywać im drogę. Jest wysoki na sześć metrów, szary, stalowy. No i bogato zdobiony. Pośrodku, w małym ołtarzyku, była figurka lub obraz św. Barbary, patronki marynarzy (niestety, dziś nie ma po tym śladu), po bokach są wiosła i kotwice, na górze także kotwica i nitowane serce. Pod Barbarą zaś mamy koło sterowe. I symbole przypominające gwiazdy. – Myślę, że chodziło o Gwiazdę Północną, drogowskaz marynarzy – przypuszcza pan Michał.

IREK CIESLAK

Krzyż górował nad Jordanowem, z pokładów statków widzieli go kapitanowie. Od razu wiedzieli, że zbliża się jeden z większych zakrętów Wisły i trzeba tu szczególnie uważać. Na widok Krzyża Wiślaków dziadek Szymajdy zawsze trąbił – dawał znać domownikom, że właśnie przepływa.

Tuż po wybuchu wojny w 1939 roku mieszkańcy Jordanowa krzyż rozebrali i ukryli przed Niemcami, nie chcieli, by był przetopiony na potrzeby wojska. Po wojnie wrócił na swoje miejsce. Tylko że na Wiśle ruch był coraz mniejszy i coraz mniej marynarzy wypatrywało szarego znaku. W końcu krzyż zarósł kompletnie i wszyscy o nim zapomnieli.

To znaczy – niemal wszyscy.

Walka z rdzą

– Teraz, kiedy o nim mówimy, ludzie pytają: to w Jordanowie jest jakiś Krzyż Wiślaków? Ano jest. I chcemy go odnowić – uśmiecha się szef stowarzyszenia. Zgłosiło już ono swój pomysł – renowację krzyża i jego ponowny montaż, może po drugiej stronie ulicy, bliżej rzeki, by był bardziej widoczny – do projektu „Obywatel rzeki Wisły” wymyślonego przez Fundację Rok Rzeki Wisły 2017. Jego zadaniem jest promocja oddolnych inicjatyw, imprez, remontów, wszystkiego, co zbliży lokalne społeczności do Wisły. Są też minigranty z programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich.

– Przyznano nam te pieniądze – cieszy się pan Michał. – Kilka dni temu zdemontowaliśmy krzyż, położyliśmy u rodziców na podwórku. Teraz szukamy specjalisty od walki z rdzą, bo niestety, szczególnie podstawa całej konstrukcji dosłownie kruszy się w palcach. Ale uratujemy z niej wszystko, co tylko będzie możliwe. Tak żeby była tu przynajmniej kolejne 80 lat.

Pięknie odnowiony krzyż stanie ponownie w Jordanowie i będzie go można zobaczyć z daleka. Uroczyste odsłonięcie zaplanowano na 29 lipca. Akurat będą wianki.

Tajemniczy św. Jan

W Jordanowie jest jeszcze jedna wiślana ciekawostka. Nad samym brzegiem rzeki stoi betonowa figura św. Jana Nepomucena, patrona tonących, orędownika w czasie powodzi. Według legendy kanonik praskiej kolegiaty św. Idziego miał odmówić złamania tajemnicy spowiedzi. I to nie byle komu, bo samemu królowi Wacławowi IV. Był spowiednikiem jego żony, Zofii Bawarskiej. Król chciał się dowiedzieć, czy żona go zdradza, ale kanonik milczał. Poddano go więc torturom i wrzucono do Wełtawy.

– Od tamtej pory stoi na wielu brzegach, także wiślanych. Zawsze w stroju kapłana, często z aureolą z gwiazd nad głową – opisuje Szymajda.

Dobrzyków ma swojego, Słupno, po drugiej stronie Wisły, swojego. Ludzie wierzą, że na św. Jana Nepomucen święci wodę.

Ten z Jordanowa jest nieco tajemniczy, nie wiadomo, kto i kiedy postawił go na brzegu. Nie jest też... najpiękniejszy. Michał Szymajda uśmiecha się, że jego twarz przypomina nieco wizerunek Jezusa z hiszpańskiego fresku, ale już po nieszczęsnej renowacji – tej, która stała się internetowym hitem.

IREK CIESLAK

– Ale on także jest częścią naszej wiślanej przeszłości. Prawdopodobnie właśnie tutaj, u jego stóp działała przed laty nasza przystań. To tu okoliczni mieszkańcy wsiadali na pokład bocznokołowców, chcąc popłynąć w górę Wisły do Warszawy lub w dół do Płocka czy Włocławka – przypuszcza założyciel stowarzyszenia. – Naszym kolejnym celem jest właśnie powrót tej przystani. Choćby sezonowej, pontonowej – przy brzegu jest tu mnóstwo kamieni i nie da się podpłynąć żaglówką czy motorówką bez obawy o uszkodzenie kadłuba. Ale gdyby przystań działała choć w sezonie... Cumować przy niej mogłyby łodzie, ludzie schodziliby na brzeg, zwiedzali Jordanów, zaglądali do zabytkowego kościoła w Dobrzykowie, jedli ryby w pobliskiej smażalni. Albo wyruszali na rowerowe wycieczki – wzdłuż rzeki, na szczycie wału ma przecież pojawić się rowerowy szlak. Myślimy także o altanie, która mogłaby tu stanąć – korzystaliby z niej mieszkańcy i np. naukowcy toruńskiego uniwersytetu, którzy każdej zimy mierzą w tym miejscu grubość pokrywy lodowej.

Pychówki

„Przystań 624” zainteresowała już swoimi pomysłami lokalne samorządy, pisze pisma do Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej, planuje walkę o granty i dofinansowania.

– W Warszawie jest teraz moda na Wisłę, jej bulwary tętnią życiem, a przecież to także nie stało się od razu, ściągnięcie ludzi nad rzekę zajęło kilka lat. Wiem, bo jestem w stałym kontakcie z warszawskimi pasjonatami Wisły – dodaje jeszcze Szymajda. – My jesteśmy na początku tej drogi, ale wierzę, że się uda. Może wypromujemy modę na własne drewniane łodzie? Są o wiele tańsze niż te z tworzywa, mój wuj Marian Kujawa buduje mi właśnie taką pychówkę. Napędza się ją siłą własnych mięśni za pomocą długiego wiosła, trochę jak wenecką gondolę. To mój ulubiony sposób pływania po Wiśle. Kto wie, może za jakiś czas wszyscy w Jordanowie będą mieli tradycyjne wiślane łodzie i będą cumować swoje pychówki przy naszej przystani.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.