Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czytajcie też:

Frontem do Wisły. Restauracje i baseny na barkach, most pieszo-rowerowy... Jak to robią w Warszawie

Rok Rzeki Wisły 2017. Szkot chce pobiec i pobić rekord Guinnessa i inne wiślane pomysły

Raport:

O co chodzi z tym Rokiem Wisły? Rzeko, wracamy do ciebie. Połącz nas jak przed laty [FOTO, WIDEO]

Zapiski z Facebooka, 29 grudnia 2016 r.: „Przygotowania do wyprawy uważam za zakończone. Jestem w bardzo dobrej formie fizycznej. Trzy miesiące treningów fizycznych dały pożądane rezultaty. Dzięki mojemu jedynemu sponsorowi cały ekwipunek skompletowałem w formie, jakiej chciałem. Drugiego stycznia około 9 rano zacznę podejście na Baranią Górę, gdzie źródło ma rzeka Wisła (woj. śląskie). Ujście królowej polskich rzek to Zatoka Gdańska, niedaleko miejscowości Mikoszewo w woj. pomorskim. Do przejścia mam 1047 km. Cała wędrówka potrwa około dwóch miesięcy. Będę pokonywać około 18 km dziennie. Tak, jak podczas poprzednich wypraw, wszystkie noce zamierzam spać w namiocie. Cały ekwipunek będę niósł na plecach. W przygotowaniu logistycznym pomaga mi Fundacja Rok Rzeki Wisły, która moje przedsięwzięcie wpisała na listę inicjatyw pt. »Walk WISŁA 2017. Maciej Boinski«”.

Tak ją nazywam: Ewa Pomoc Warszawa

-- -

W minioną sobotę w Warszawie w klubie Rejs nad samą Wisłą zebrali się stołeczni „wariaci” zafiksowani na punkcie rzeki.

Obejrzyjcie galerię zdjęć ze spotkania w Rejsie

Był prezes Fundacji Rok Rzeki Wisły 2017 Robert Jankowski, był wiceprezydent Warszawy Michał Olszewski. Mieli mówić o zaplanowanych akcjach i atrakcjach związanych z Rokiem Wisły, ale głównym powodem spotkania było powitanie Maćka Boinskiego na 617. kilometrze jego wyprawy i wspólne odprowadzenie go na dalszą część trasy.

Maciej Boinski – wysoki mężczyzna ze szczerą twarzą wysmaganą przez mroźny wiatr – najpierw zaczął od podziękowań dla tych, którzy ułatwiają mu wędrowanie.

– Dziękuję Fundacji Rok Rzeki Wisły, że wspiera mnie logistycznie – mówił i za chwilę zwrócił się do Ewy Jachowskiej, koordynatorki trasy marszu, która codziennie dzwoni do ludzi i mobilizuje ich do pomocy Maćkowi w jego wędrówce. – Dopiero dziś się dowiedziałem, jak się nazywasz – uśmiechał się do niej Boinski. – Mam cię wpisaną w telefonie jako „Ewa Pomoc Warszawa” i tak cię właśnie w myślach nazywam: „Ewa Pomoc Warszawa”...

Maciej o sobie: – Jestem z Nakła nad Notecią w województwie kujawsko-pomorskim. Wisła jest moją czwartą rzeką, którą przemierzam zimą. Pierwsza była Noteć w 2014 r. Przeszedłem ją w 23 dni, ciągnąłem za sobą takie skonstruowane przez siebie wózkosanki. Zwykłe sanki przeciąłem na pół, poszerzyłem dwiema deskami, dołożyłem kółka i to ciągnąłem za sobą. Rok później było drugie moje wyzwanie – Warta, też zimą. Przeszedłem ją w 42 dni, wszystkie noce również przespałem w namiocie. W 2016 r. miała być Wisła. Niestety, albo stety, zmieniałem firmę i nie miałem tyle wolnego, żeby zrealizować tę wyprawę. Zdecydowałem się więc na Brdę, przemarsz trwał dwa tygodnie. Piękna rzeka, taka w zasadzie na zapchajdziurę, a okazała się niesamowita. Rok 2017 – Wisła. Bardzo się cieszę, że akurat „wbiłem się” w Rok Rzeki Wisły, że podjąłem współpracę z Robertem Jankowskim i że mam wsparcie logistyczne, bo szczerze mówiąc, ciężko by mi było wszystko ogarnąć – nie siedząc przy komputerze, tylko mając mały telefonik i próbując zamieścić drobną relację na Facebooku.

Marny namiot i świetny śpiwór

Zapiski z Facebooka, 2 stycznia 2017 r.: „Swoją wyprawę »WISŁA 2017« zacząłem tak naprawdę 1 stycznia. O 23.15 wyjechałem z Nakła autobusem w kierunku Warszawy. Na dworzec Warszawa Zachodnia dojechałem o 5 rano, skąd odebrali mnie przyjaciele – Beata i Tomek. To dzięki nim dotarłem bez problemu do miejscowości Wisła. O godzinie 9 rozpocząłem wędrówkę na szczyt Baraniej Góry, gdzie znajdują się źródła rzeki Wisły. Królowa polskich rzek wypływa z dwóch różnych źródeł. Na górę postanowiłem wejść Czarną Wisełką, a zejść Białą Wisełką. Pogoda do wędrówki w pierwszej części dnia była wyśmienita. Świeciło słońce, a pokrywa śnieżna nie przekraczała 20 cm. Na sam szczyt szło się bardzo dobrze. Im wyżej się wspinałem, tym wiał silniejszy wiatr. Większość drzewostanu, który spotykałem po drodze, została wycięta w ostatnich latach, ale wydaje mi się, że wycinka trwa nadal. Na szlaku, co jakiś czas, znajdowałem świeżo wyrzucone chusteczki higieniczne. Przede mną szedł ktoś, kto miał katar i każdą zużytą rzucał pod nogi. Ludzie zaśmiecają szlaki, a to naprawdę piękne tereny. Wzdłuż Białej Wisełki szlak był często oblodzony. Zaliczyłem jeden upadek i zbiłem sobie prawy łokieć. Zaczął również padać śnieg. Dzisiejsza wędrówka dała mi się we znaki. Kiedy zszedłem do miejscowości Wisła, czułem się zmęczony i rozbiłem namiot w najniższej okolicy. Teraz, owinięty śpiworem, słyszę, jak płatki śniegu opadają na namiot. Przeszedłem około 15 km. Pozostało: SZKODA GADAĆ”.

-- -

Przygotowanie obozowiska, zwłaszcza zimą, to jeden z najważniejszych punktów każdego dnia. Boinski zaczyna od izolacji. – Nie sprawdzają się żadne karimaty, najlepsze są wysokie suche trawy i wszystko naturalne, co znajduje się w okolicy – opowiadał w sobotę. – Kiedyś było tak, że temperatura zaczęła spadać do minus 20, za chwilę minus 23 stopni... Musiałem więc zwinąć namiot i izolować na nowo: więcej trawy, jakichś suchych gałęzi. Chciałem to nawet nagrać, ale aparat zamarzł. W taki mróz najgorzej, jak się zachce pić, bo wszystko jest zamarznięte.

Ludzie, których Maciek spotyka po drodze, często chcą go częstować nalewkami czy grzańcami. Ale to zdecydowanie wykluczone. – Na trasie nigdy nie piję, to żelazna zasada – zastrzegał wędrowiec. – To bardzo niebezpieczne, alkohol zaciera zmysły, człowiekowi robi się na chwilę cieplej, a wystarczy wystawić rękę ze śpiwora i zasnąć, żeby rano okazało się, że ręka jest zamrożona.

W sobotę Boinski pokazywał swoje wyposażenie, które w całości mieści się w wojskowym (znakomitym do tego celu) plecaku. Zawsze ma do niego przyczepiony sznurek. – Czasem muszę wejść na lód i wtedy cały bagaż ciągnę na tym sznurku – tłumaczył Maciej. – Bo gdyby się tafla pode mną, z plecakiem na ramionach, zarwała, pociągnąłby mnie do lodowatej wody.

Plecak to podczas zimowej wyprawy świetne siedzisko doskonale izolujące od zamarzniętej ziemi. Są w nim dwie piankowe karimaty, „najprostsze z możliwych, ale na kolejne wyprawy będę szukał jakiejś porządnej izolacji prócz trawy”. I niewielki namiot, zwyczajny, za 400 zł. Oraz podstawa komfortu w mroźne noce – wspaniały puchowy śpiwór. Ma tylko tę wadę, że kiedy temperatura przechodzi w plusową lub pada deszcz, to zaciąga wilgoć i wtedy trzeba robić przystanki, żeby go przewietrzać i osuszać.

Ładnych parę kilogramów waży obowiązkowy sprzęt fotograficzny, łącznie ze statywem. – Bardzo dla mnie jest ważne, żeby swoimi zdjęciami zwracać uwagę ludzi na piękno nadrzecznych terenów – wyjaśniał Maciej.

60 par skarpetek to za mało

Zapiski z Facebooka, 7 stycznia: „Szósty dzień wyprawy. Wczorajszej nocy natura postanowiła sprawdzić moją wytrzymałość na mróz. Kiedy rozłożyłem namiot, napisałem relację i zjadłem coś ciepłego, sprawdziłem, ile jest stopni mrozu. Okazało się, że temperatura spadła do minus 25 stopni. Znałem też prognozy pogody, z których wynikało, iż mróz w nocy może być jeszcze większy. W najbliższej okolicy znalazłem kilka suchych drzew i rozpaliłem ognisko. Zrobiło się naprawdę przyjemnie. Zdrzemnąłem się. Obudziłem się koło północy, kiedy ognisko dogasało. Wstałem i poszedłem donieść drewna. O 1 w nocy było minus 27 stopni. Kolejny raz przebudziłem się o 5 rano i zacząłem pakować się do wymarszu. Niestety w nocy zamarzła mi kuchenka gazowa i nie mogłem zrobić sobie czegoś ciepłego do picia”.

Życie w trasie nie jest usłane różami. Zwłaszcza że Maciej idzie sam. W plecaku niesie też nóż, który dobrze się sprawdza, bo można nim rozbić ziemię, żeby osadzić śledzie od namiotu, a i chleb pokroić. Są także kuchenka gazowa, jakieś zapasy łatwego do zrobienia jedzenia; na mrozie najlepsze są słodycze, a szczególnie czekolada, bo sama się rozpływa w ustach. Dlatego czekoladę i batoniki oraz latarkę czołową wędrowiec ma zawsze w górnej kieszonce plecaka, łatwo dostępne.

– Podstawą jest codziennie zmieniać skarpety, koniecznie bawełniane, więc przygotowałem sobie 60 par, ale czasem muszę zmienić je dwa razy dziennie, więc to za mało – opowiadał piechur. – Dlatego żona na trasę przysyła mi nowe.

Bo skarpety czy bieliznę po każdorazowym użyciu po prostu się wyrzuca, podobnie jak zwykłe spodnie dresowe. Przecież nie ma jak prać, a obciążenie plecaka brudami byłoby nierozsądne. – Podczas każdego postoju masuję stopy, nie mam ani jednego bąbla czy odcisku – chwalił się Boinski. Butów ma dwie pary, porządne trekkingowe i lekkie, bardzo przydatne piankowe kalosze z ciepłymi wkładkami. Do tego dwie kurtki i dwie pary ocieplanych spodni. Na trasie, na której nie brakuje kibiców jego zimowej wyprawy, zwykle zostawia u kogoś te już „wychodzone” do prania, przebiera się w czyste i za kilka dni odbiera czyste w zupełnie innym miejscu, a zostawia to, co wymaga odświeżenia. Myje się głównie za pomocą nawilżonych chusteczek higienicznych.

– Do jedzenia gotuję sobie zupkę chińską, cztery lub pięć parówek, do tego mam stare bułki, to, co proste – wyliczał Maciej Boinski. – Niczego nie wyrzucam, w czasie moich wędrówek nauczyłem się szacunku do jedzenia. Jem wszystko, co niosę w plecaku.

Nic dziwnego, że schudł już osiem kilogramów. Plecak początkowo ważył ponad 30 kilogramów, w Warszawie Maciej postawił go na wagę – wyszło ok. 27,5 kg.

Nocą słyszy trzaskający mróz

-- -

 Zapiski z Facebooka, 7 lutego: „Trzydziesty szósty dzień wyprawy. Z uwagi na telefony i SMS-y, jakie dostaję, chciałbym wszystkich uspokoić. Nie musicie się obawiać o moją kondycję czy stan zdrowia, gdyż czuję się wyśmienicie. To, że schudłem 8 kg, to nic wielkiego. Miałem nadwagę, a teraz jej nie mam. Znam swój organizm i wiem, na co mnie stać. Jeszcze nieraz udowodnię (jak będzie potrzeba), że mam bardzo dużą wolę walki i samozaparcia. Kolejna sprawa to spotkania z Wami na trasie. Niemalże z każdej większej miejscowości dostaję prośbę o spotkanie. Nie jestem w stanie wchodzić do każdego miasta i uczestniczyć w takowym, które tak naprawdę skończyć się musi moim noclegiem w tej miejscowości. Wędrówka wówczas się wydłuży, a wierzcie mi, że każdy dzień dłużej na wyprawie, to dzień później zobaczę się z rodziną. (...) Idę lewym brzegiem. W czwartek zawitam do Płocka. To już pewne (...)”.

– Jestem majstrem na budowie, zasponsorował mnie szef mojej firmy – mówił w sobotę Boinski. – Podziękowania największe są dla mojej żony i córki. Żona czasem kręci nosem na moje dłuższe eskapady, ale nie chce mnie ograniczać, bo wie, że bez tego nie byłbym sobą. Ludzie na trasie wspierają mnie, dostałem z 20 zaproszeń na obiady, ale nie korzystam raczej, bo muszę iść. Kiedy szedłem przez elektrownię kozienicką, dostałem taką podświetlaną opaskę. Nie wiem, co to i do czego, ale bardzo mnie cieszy, jak sobie włączam w namiocie. Bo jak się człowiek ogranicza bardzo z zakupami, to taki prezent cieszy.

Nocami, kiedy Maciej umości się już do snu w namiocie, słyszy trzaskający mróz. Kiedy indziej – trzask gałęzi podciętej przez bobra. Nie boi się dzików, bo kiedy przewraca się na bok, one zaraz uciekają. Twierdzi, że kontakt z przyrodą to niesamowite przeżycie i jeśli nie ingeruje się bezpośrednio w naturę, można się czuć bezpiecznie. Choć kiedyś niedaleko swojego obozowiska słyszał strzały. Może to kłusownicy polowali?

– Czasem nie mam z kim pogadać, ale i tak lubię tę samotność i obcowanie z naturą – zwierzał się w trakcie spotkania w Warszawie. – Na trasie z ludźmi gadam kamerą...

***

Na zdjęciach kadry z filmu Maćka Boinskiego z trasy wyprawy

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.