Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Płocka Orkiestra Symfoniczna ma już 40 lat! Zaczynała, nie mając nic

Rozmowa z Adamem Mieczykowskim, dyrektorem Płockiej Orkiestry Symfonicznej

Fagocista słucha O.N.A. i Hey

Dawid Daszkiewicz-Dąbrowski – fagot. Na co dzień mieszka w Warszawie: – Pierwszy raz zobaczyłem fagot w jednym z programów telewizyjnych Tadeusza Kwinty, bardzo spodobał mi się jego dźwięk. Fagot robił wrażenie na kolegach, a jeszcze większe na koleżankach! Pasją do muzyki zaraziłem się w wieku siedmiu lat, kiedy to miałem możliwość obserwować pierwsze próby do musicalu Metro. Nie można było się nie zakochać.  Prywatnie najchętniej słucham takich wykonawców jak: Poluzjanci, Dream Theater, O.N.A., Coma i Hey. Najbardziej chciałbym zagrać kiedyś z Andrzejem Budejko, moim nauczycielem jeszcze ze szkoły średniej. Genialny muzyk. To moje marzenie od liceum, chyba jeszcze nikomu tego nie mówiłem. Kiedy nie gram na fagocie, to w wolnym czasie gram na gitarze basowej w zespole Oktan Band, studiuję ratownictwo medyczne, jestem ratownikiem i jeżdżę ambulansem motocyklowym w Fundacji Moto-Medic Motocyklowe Ratownictwo Medyczne. Prowadzę również w Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej i Państwowej Szkole Muzycznej jedną z największych w Europie klas fagotu dla dzieci od 6. roku życia.

Skrzypkowie bywają nieco nerwowi, zapalczywi

Patrycja Grecka – skrzypce. Jest płocczanką, ukończyła konserwatorium w Maastricht: – Moje wielkie marzenie o czynnym współtworzeniu kulturalnej instytucji Płockiej Orkiestry Symfonicznej – miejscu spotkań, smakowania muzyki najwyższych lotów w moim rodzinnym mieście Płocku – stało się dla mnie rzeczywistością. Aby być kimś, nie można być znikąd. Tak więc, jak pięknie ujął to Guillaume Apollinaire, „dalekie trzeba podejmować podróże, kochając swoje domostwo”.

Dlaczego wybrałam skrzypce? Idealna relacja między muzykiem a jego instrumentem zawsze opiera się na szczególnym rodzaju emocjonalnej więzi, bez której nawet najlepsze poznanie i zrozumienie „charakteru” danego instrumentu to zbyt mało, by wydobyć z niego pełnię możliwości i stworzyć z nim prawdziwie zgrany duet. Skrzypek, biorąc do ręki swój instrument, ten unikalny egzemplarz, z którym pracuje każdego dnia, odczuwa coś, co można określić jako wzajemne „dostrajanie się”. Taki instrument staje się niepostrzeżenie przedłużeniem muzyka, jego dopełnieniem – a kiedy towarzyszy młodemu człowiekowi, to rezonuje wszystkimi zmianami, jakie niesie czas, dojrzewa i ewoluuje wraz z osobowością skrzypka, jego marzeniami i planami. Zawsze jest blisko – w podróży i domowym zaciszu dzieli z muzykiem długie godziny intensywnych ćwiczeń, sukcesy i chwile, w których chce się zapłakać. Skrzypce szybko przestają być tylko dziełem bardziej lub mniej znanego lutnika – stają się czymś więcej, jakby żywą istotą, a wreszcie wręcz integralną częścią muzyka. Nie jest tajemnicą, że niejeden artysta nadaje temu swojemu „przyjacielowi” imię, a w myślach wciąż prowadzi z nim swoisty dialog. Pociągnięcia smyczka mogą wydawać się czynnością czysto techniczną, ale dla osoby grającej są rodzajem intymnej rozmowy, mającej swoją własną dramaturgię. Dziecko, które dopiero zaczyna swoją życiową przygodę ze skrzypcami, potrafi usypiać, przytulając je jak ukochanego misia.

Warto pamiętać, że kształtowanie się osobowości muzyka jest silnie związane z instrumentem, z jakim łączy się on w „parę” – i albo jest to związek szczęśliwy, często na całe życie, albo tylko przelotna znajomość źle dobranych temperamentów. Rodzaj dźwięku wydobywanego czy też raczej uwalnianego z instrumentu w istotnym stopniu definiuje muzyka – inni są wiolonczeliści, inni fagociści, jeszcze inni skrzypkowie. Ci ostatni bywają prywatnie nieco nerwowi, skłoni do pośpiechu, zapalczywi – i nic w tym dziwnego, skoro grając, w jednej chwili atakują dźwięk, a w następnej już szczebiocą... Sopran skrzypiec staje się często naturalnym stanem skrzypków, naznacza ich naturę, sposób bycia. Dlatego oceniając muzyków, bądźmy delikatni i pełni empatii – bo przecież to dzięki ich symbiozie z konkretnymi instrumentami możemy poczuć zarówno pełnię brzmienia wielkiej orkiestry, jak i piękno kameralnych czy solowych koncertów.

Jaką muzykę lubię? Szczególnym wyzwaniem jest prezentacja muzyki współczesnej. Określenie „współczesna” ma charakter czysto umowny, bowiem upływający czas szybko oddala nas od dat powstania wielu dzieł i kompozycje niedawno absolutnie nowiutkie, dziś zaliczane są do uznanych klasyków minionego wieku. Pomimo tych płynnych granic szybko wyczuwamy, choćby w sposób intuicyjny, że ta czy inna kompozycja brzmi „współcześnie”. Niekiedy świadczy o tym szczególny rodzaj niejednoznaczności i wyraźnie słyszalny indywidualizm twórcy, innym razem oryginalny dobór instrumentów czy silne kontrasty. Muzyka współczesna jest jak otaczający nas świat – z jednej strony złożona, wymagająca otwarcia na to, co nowe, nieoczywiste, pełne sprzeczności, a z drugiej – dążąca do upraszczania i zacierania granic. Ta muzyka bywa bardzo wymagająca – lubi zaskakiwać, niepokoić, a nawet drażnić. Skłania do refleksji. Moim wielkim marzeniem jest zagrać kiedyś z holenderską top solistką Janine Jansen. To niezwykła osobowość, nieprzewidywalna, intrygująca.

W wolnym czasie – mam apetyt na życie. Interesuje mnie dokładnie wszystko: książka, zdrowy, szybki spacer pod rękę z narzeczonym, sport, podróżowanie blisko i daleko, języki obce, organizowanie uroczystości dla możliwie najszerszego grona ludzi, tworzenie. Odkrywanie kolejnych etapów w życiu kobiety, bo siła jest kobietą.

Muzykę ma we krwi od pokoleń

Olga Łosakiewicz-Marcyniak – wiolonczela: – Pochodzę z rodziny o wielopokoleniowych tradycjach muzycznych. Mój dziadek ze strony taty był wiolonczelistą, wieloletnim muzykiem w Filharmonii Lubelskiej oraz wspaniałym pedagogiem, miał bardzo mocno rozwiniętą klasę wiolonczeli i znaczące osiągnięcia w tej dziedzinie. Muzyka była jego pasją i tak też jest ze mną. Uwielbiam muzykę, zwłaszcza tę, która niesie za sobą melodię, przepiękną harmonię. A jeśli do tego wykonanie jest mistrzowskie, to potrafię mieć dreszcze, słuchając jej albo wykonując wraz z innymi artystami. Muzyka mnie porywa, kocham grać, kocham swój zawód i nie wyobrażam sobie życia bez muzyki.

Tak było od zawsze, ale tym bardziej doceniłam to w momencie, kiedy los zaczął zabierać mi to sprzed nosa, bowiem przez kilka lat miałam narastający problem z ręką. Doznałam pourazowego i przeciążeniowego zwyrodnienia stawu, najlepsi lekarze specjaliści nie dawali mi szans na powrót do pracy. Przez kilka miesięcy nie dotykałam instrumentu, aż znalazł się mój „Anioł Stróż” – rehabilitant, który wskazał odpowiednią drogę. Było ciężko, kilka godzin ćwiczeń dziennie, determinacja, samozaparcie i udało się – wróciłam na scenę. Dzięki temu doświadczeniu kocham to, co robię, jeszcze bardziej.

Prywatnie słucham różnego rodzaju muzyki, począwszy od klasyki, poprzez jazz, muzykę pop aż po folkową. Wykonawcą, z którym najbardziej chciałabym zagrać, jest zespół „2 cellos”. To duet młodych, fenomenalnych chorwackich wiolonczelistów o wspaniałych pomysłach, którzy realizują je z poczuciem humoru, ale przede wszystkim z niebywałą ekspresją i na najwyższym poziomie artystycznym. Są to Stjepan Hauser i Luca Sulic. Przyznam, że rozmawialiśmy kiedyś z dyrektorem POS Adamem Mieczykowskim oraz Dariuszem Ciesielskim o tych artystach. Może nadejdzie kiedyś taki dzień, w którym dyrektor spełni marzenia swoich pracowników i zaprosi kiedyś tego typu artystów do Płocka.

Kiedy nie gram, to w wolnym czasie gotuję oraz uwielbiam jeździć na rowerze zwłaszcza po lesie. Gram w gry towarzyskie i planszowe z rodziną i przyjaciółmi, uważam, że w dzisiejszych czasach w dobie sprzętów elektronicznych to znakomita odskocznia od codzienności, a przede wszystkim zacieśnianie więzi rodzinnych i towarzyskich i świetny sposób na spędzanie czasu z dziećmi oraz bliskimi.

Najbardziej lubi słuchać... ciszy

Marcin Malikowski – wiolonczela. Do Płocka dojeżdża z Warszawy: – Oboje rodzice grali w Filharmonii Narodowej. Miałem 4 miesiące, gdy pierwszy raz byłem na próbie orkiestry, więc myślałem, że szkoła muzyczna jest czymś najnormalniejszym. Wybór instrumentu był raczej przypadkowy na egzaminach do podstawówki, ale potem za nic na świecie nie chciałem go zmieniać.

Z kim chciałbym zagrać? Nie mam konkretnych nazwisk, zbyt dużo mamy w Polsce i na świecie naprawdę dobrych dyrygentów, łatwiej mi powiedzieć, że wolałbym unikać chałturników czy zapatrzonych we własną wielkość źle wychowanych cymbałów. Nie słucham dużo muzyki, lubię ciszę. No i nagranie nie jest w stanie konkurować z koncertem. Słucham audioksiążek, od dawna. Ale mam jedną płytę, którą przesłuchałem chyba więcej razy niż wszystkie inne płyty razem wzięte! To Leszek Możdżer z Larsem Danielssonem.  Co robię poza graniem? Żyję! Bardzo to lubię! Czytanie, majsterkowanie, pływanie, żeglarstwo (jestem instruktorem). Choć ostatnio najwięcej czasu spędzam z córką. Ma cztery i pół roku, jest bardzo żywa i... nie mamy tabletu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.