Płock nie pokochał muzyki Marka Dyjaka. Może wkrótce to się zmieni. Dyjak wydał właśnie swoją kolejną płytę ?Pierwszy śnieg? i ruszył w trasę koncertową. Co prawda, znowu nie ma na niej Płocka, ale nie tracę nadziei.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilka lat temu Michał Kublik próbował zorganizować jego koncert w płockiej szkole muzycznej. Sprzedało się zaledwie 50 biletów. Trudno się dziwić. Nasze miasto często pokazuje oblicze stolicy podkasanej muzy i na ambitniejsze koncerty trzeba ściągać ludzi z łapanki albo wpuszczać ich za darmo.

Jesienią ubiegłego roku padł pomysł, żeby w Płocku stworzyć scenę piosenki poetyckiej. Pojawiła się publiczność słuchająca piosenek autorskich, mamy też lokalne skarby narodowe – Pawła Wójcika i Tomka Sarniaka. Chłopaki są już w polskiej ekstraklasie gatunku muzycznego dziwnie zwanego „piosenką z tekstem”. Sprzedają pełne sale, grają z najlepszymi i na najlepszych scenach w Polsce. Nic prostszego – wystarczyło skorzystać z ich kontaktów. Póki co, usłyszeliśmy Jacka Kleyffa i. cisza.

Po czarnej stronie życia

– Dożyłem do jeszcze jednej płyty – tak Marek Dyjak w rozmowie z Markiem Niedźwieckim spuentował ukazanie się swojego najnowszego albumu „Pierwszy śnieg”. Trudno o lepszy komentarz.

Życie nie pieściło się z Dyjakiem ani on z nim. Rozróby, ciągi alkoholowe, koncerty, nagrania, detoksy – tak w skrócie przebiegało prawie całe jego dorosłe życie. W Wielkanoc 2008 roku przywiązał do drzewa linę, założył pętlę na szyję. Miał wiele szczęścia. Co prawda lekarz stwierdził zgon, ale przedwcześnie. Dyjak zapadł w śpiączkę na trzy dni. Potem był psychiatryk (kolejny), po którym wreszcie wziął się w garść. Wrócił z piekła. Stałe miejsce zamieszkania, zerwanie z alkoholem i codzienna modlitwa do Boga o łaskę dla córki, którą zaniedbał i stracił. Do dziś żyje tylko nadzieją, że kiedyś mu wybaczy.

Dla muzycznego świata odkrył go Jan Kondrak, lider Lubelskiej Federacji Bardów. Dyjak jako młokos śpiewał jego piosenki. W końcu spotkali się i zaprzyjaźnili. Odtąd Dyjak nie tylko przesiadywał u Kondraka i śpiewał jego piosenki, ale próbował się odwdzięczyć. W zawodówce uczył się na hydraulika. Kiedy Kondrakowi popsuł się zlew, Dyjak rozbił kafelki w łazience, wypruł rury, wyszedł i... już nie wrócił. No cóż, nie miał serca do hydrauliki. Miał je za to do piosenek Jana Kondraka. Nikt tak pięknie – nawet sam autor – nie zaśpiewał „Piosenki w samą porę”.

Potem przyszły pierwsze sukcesy. Na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie zaśpiewał piosenkę Jana Kondraka o hydrauliku. Patriotyczną, ale wulgarną w warstwie słownej. Koncert laureatów odbywał się w ogrodach archidiecezji krakowskiej i organizatorzy postanowili wyciszyć występ. Zostawili tylko odsłuch na scenie, by wokalista myślał, że wszystko jest w porządku. Wycięto go też z telewizji. Tak zaczęła rodzić się legenda Dyjaka.

Kilka miesięcy później jego występ na Festiwalu Artystycznym Młodzieży Akademickiej w Świnoujściu pokazano w wieczornym wydaniu dziennika. Wszystko wskazywało, że kariera stoi przed nim otworem. I pewnie by tak było, gdyby nie zbyt mocna przyjaźń z wódką. Alkoholowy taniec trwał wiele lat. Teraz, kiedy nie pije, nadal odwiedza knajpy. „Siadam przy barze i kradnę rytuał, patrzę na innych, jak spożywają alkohol, i czuję się tak, jakbym kosztował trochę tego życia” – wyznaje z bolesną szczerością.

Życie znów stało się ważne

Przez te wszystkie lata Marek Dyjak nagrał wiele płyt. Jedne lepsze, drugie gorsze – wszystkie szczere i zapadające głęboko w duszę. Ale czy mogą być inne? Każda z nich jest lustrzanym odbiciem czasów, w których powstawała.

Nie podejmuję się zrecenzowania „Pierwszego śniegu”. Niechaj zrobią to wszystkowiedzący i odważniejsi. Słuchając tej płyty, czuję jedynie, że Dyjak dostał artystycznego wiatru w żagle. Raz wali tekstem w splot słoneczny, by po chwili wycharczeć największy ból. Ten nadwrażliwiec o twarzy mordercy, z nieodłącznym papierosem w ustach, śpiewa o tęsknocie jak nikt inny. A Dyjak tęskni za wszystkim: za miłością, córką, domem, niewypitą wódką i normalnością, która dla alkoholika nigdy nie będzie osiągalna.

W wyśpiewaniu tęsknoty pomagają nowe teksty ulubionych poetów Dyjaka: Mirka Czyżykiewicza, Roberta Kasprzyckiego, Jana Kondraka i Jacka Musiatowicza. Oni, aby opisać życie, nie potrzebują dosłowności i sięgania po językowy rynsztok. Nie są to trudne teksty, ale żeby je zrozumieć, trzeba coś w swoim życiu przeżyć. Trzeba dostać od życia solidnego kopa.

Nie umiem ocenić tej płyty, ponieważ nie powinno się oceniać mroku otchłani ludzkiej duszy. No bo jak tu ocenić choćby taką prostą tęsknotę za nieżyjąca matką, wyśpiewaną w piosence „Synku, wstań”. Tak prostą i tak głęboką, że zatyka piersi głuchym szlochem:

„Znów śniłaś się mi, zimowy był świt / Do szkoły czas iść, tak mówiłaś i / gdzieś tam pachniało śniadanie. / A ty mruczałaś mi w kark: synku, wstań. Gdy przyszły złe dni, gdy wypluł mnie świat / Przy łóżku twój głos, przy łóżku twój płacz. / Gdy świat krzyż na mnie postawił, / ty wciąż szeptałaś mi w kark: synku, wstań.”. Słowa Robert Kasprzycki, muzyka Jerzy Małek.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem