Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Historia z Kroatanami tak przerażała, że pamięć o niej żywa jest do tej pory. Wydarzyła się na wyspie u brzegów dzisiejszej Karoliny Północnej. W XVI w. skolonizowali ją Anglicy, ich wioska była pierwszą, jaką w Ameryce Północnej założyli Europejczycy. Niedaleko osady przybyszów ze Starego Świata mieszkało plemię Indian – niezbyt przychylnie nastawionych Kroatan. Na wyspie dochodziło do pożarów, samobójstw, zaginięć. W końcu ostatnia grupa Anglików, która zamieszkiwała osadę. zdematerializowała się. Mężczyźni, kobiety, dzieci – w sumie ponad 100 osób – po prostu wyparowali. W wiosce nie znaleziono żadnych śladów ataku Indian, walki, panicznej ucieczki.

Tylko dwa szkielety w ziemi i wiadomość: „Poszliśmy do Kroatan”.

Badacze biorą pod uwagę epidemię, to, że Anglicy zbudowali statek i odpłynęli, jest teoria, że zamieszkali z Indianami i zasymilowali się. Są tacy, którzy twierdzą, że porwały ich złe moce, które sprowadzili swymi modłami Kroatanie. Albo po prostu – że Anglicy przeszli w inny wymiar.

Pustą wioskę w 1590 r. zastał dowódca wyprawy, która wyruszyła z wyspy dwa lata wcześniej, do Anglii, po zapasy.

Wyobrażacie sobie dreszcz, jaki poczuł, gdy wrócił do osady, która wyglądała tam samo jak w dniu jego wyjazdu, prócz tego, że nie było w niej żywej duszy? Zapewne tak samo skóra cierpła eksploratorom, którzy wchodzili do ośrodka wypoczynkowego w Miałkówku, niewielkiej miejscowości niedaleko Płocka, nad Jeziorem Lucieńskim. Cały kompleks także wygląda – a właściwie wyglądał – jakby ludzie nagle wstali od stołów, z tapczanów, zostawili wszystko, wyszli. I nigdy nie wrócili. Iwonka nie zdążyła nawet zrobić kawy.

Obejrzyjcie galerię zdjęć z okrąglaków w Miałkówku

W prasowalni poskładana w kostkę bielizna

– Każde drzwi otwieraliśmy tam z niepokojem – przyznaje Adam Piechowicz. Ma kilka pasji, jedna z nich to urbex, miejska eksploracja, „odkrywanie” opustoszałych fabryk, domów, bunkrów.

Eksplorator nie niszczy, niczego nie zabiera. Robi tylko zdjęcia. Zazwyczaj nie zdradza też lokalizacji zwiedzanych budynków, ośrodek w Miałkówku jednak jest już tak słynny w sieci, że nie ma sensu niczego ukrywać. Piechowicz był tam latem ub.r. z kolegą. – Wydawało nam się, że w tych pokojach wciąż mieszkają ludzie. Niektóre okna były uchylone, w oknach powiewały firanki... Na tapczanach pościel, w kuchni stosy talerzy, w prasowalni poskładana w kostkę bielizna. I nikogo, żywego ducha.

Miejsce było dość tajemnicze jeszcze w momencie, gdy działało jako ośrodek wypoczynkowy. Piechowicz jest z Płocka i przyznaje, że o kompleksie w Miałkówku nigdy nie słyszał.

– Dopiero niedawno kolega wspomniał, że pod Gostyninem jest fajny teren i warto byłoby tam zajrzeć – opowiada. – Byliśmy już w kilku opuszczonych miejscach w Polsce, pomyślałem więc, dlaczego nie sprawdzić, co ciekawego mamy pod nosem. No i okazało się, że faktycznie. Było ciekawie. To najlepszy obiekt, jaki zwiedzaliśmy.

A w starym wielgachnym ksero – dyplom kolonisty

Adam wszedł przez otwartą bramę i dech mu zaparło – przed nim stał zrealizowany sen szalonego architekta. Ośrodek to prawie osiem hektarów terenu, a na nim trzy okrągłe, przypominające nieco rzymskie Koloseum pawilony mieszkalne (w sumie 120 pokoi, każdy z łazienką), do tego pawilon z recepcją i stołówką – wszystkie połączone łącznikami. Jest także kuchnia, budynek socjalny z sześcioma mieszkaniami, boiska do nogi, siatki, kosza, plac zabaw, letnia stajnia dla koni, korty tenisowe i parking na 150 samochodów. Wszystko ogrodzone, nad jeziorem, przy lesie.

– Weszła tam wilgoć, ściany właściwie się kruszyły, teren był zarośnięty. Ale poza tym... Ośrodek wyglądał na nietknięty – wspomina Piechowicz.

Pokazuje zdjęcia – na nich ściany pokryte wzorzystymi tkaninami, meble w stylu lat 70. (ta moda wraca, więc i tapety, i meble prezentują się dziś nader stylowo). Porządny parkiet, gigantyczna recepcja z setką przegródek na klucze, obok pomieszczenie z szafą grającą (a w niej m.in. przeboje Andrzeja i Elizy) i centralą telefoniczną, wielką jak pianino, z masą kabelków i wtyczek. Ciekawe oszklone korytarze biegnące wewnątrz rotund. W piwnicach pralki, maglownice, stosy prześcieradeł i kołder, w sztywnych, ułożonych co najmniej 10 lat temu kostkach, w kuchni gigantyczne kotły i frytownice, stosy talerzy, niekończące się zapasy serwetników, szklanek, pucharków do lodów. Lodówki, krajalnice, wielka, osobna chłodnia. Wciąż zamknięte butelki z piwem i pepsi, jadłospisy (śniadanie – kanapki z serem, obiad – bigos), stół do ping-ponga, pisemka dla dorosłych, pełne w połowie pudełko mentosów... W starym wielgachnym ksero wciąż tkwi odbitka dyplomu wzorowego kolonisty.

Słowem – raj dla eksplorera. Nic dziwnego, że w ośrodku w Miałkówku był nie tylko Adam. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę nazwę miejscowości – w sieci jest naprawdę sporo relacji fotograficznych i filmowych z „odkrywania” ośrodka. Wszyscy eksplorerzy zachwycają się okrągłymi przeszklonymi budowlami. I żaden nie może zrozumieć, dlaczego to miejsce opuszczono, w dodatku tak nagle.

– Zdjęcia rodzinne, laurki, kartki świąteczne... – ponuro wyliczają swe znaleziska z pokoi socjalnych (należących zapewne do pracowników ośrodka) autorzy ponad 40-minutowego filmu z kanału Sietra na YouTube. – Wspomnienia, których nikt nie odzyska.

Miejsce jest już tak popularne, że w ślad za eksplorerami zjawili się złodzieje. Na forach fani urbeksu wyrzucają sobie, że przez ten rozgłos ośrodek jest rozgrabiany.

– Złodzieje podjeżdżali ciężarówkami – kręci głową jeden z mieszkańców Miałkówka.

Hole, patia, nad jeziorem... Unikat

– Tak, pilnujemy tego, jak się da, są patrole policji, sam jestem na miejscu co drugi dzień. Choć w tym momencie właściwie nie ma tam już czego doglądać, wszystko rozgrabiono. Szkoda, bo w latach 70., kiedy ten ośrodek powstał, to była perełka. Ewenement na skalę kraju – wzdycha Andrzej Szyszka, zastępca wójta gminy Gostynin.

Kompleks w Miałkówku wybudowały dla swoich pracowników Żyrardowskie Zakłady Przemysłu Lnianego, fabryka z piękną historią i tradycjami, założona przez Filipa de Girarda, wynalazcę mechanicznej metody przędzenia lnu. Zakłady zdobywały za swe produkty nagrody w Paryżu, w najlepszym momencie zatrudniały niemal 10 tys. ludzi, wokół nich wyrosła unikalna architektonicznie robotnicza osada. Splajtowały w roku 1997.

– Ośrodek odkupiła wtedy prywatna firma. Prowadziła tam działalność, wynajmowała pokoje, sam byłem kilka razy gościem – wspomina Szyszka. – To było wspaniałe miejsce, blisko jeziora, wygodne, z kortami, boiskami, w każdym pokoju łazienka, przestronne przeszklone hole, patia wewnątrz każdej z tych rotund. Unikat.

W pewnym momencie – mógł to być rok 2006 albo 2007 – ośrodek przestał przyjmować gości. A jego właściciele stracili zainteresowanie prowadzeniem interesu.

– Mogę się tylko domyślać dlaczego – mówi zastępca wójta. – Otóż w ośrodku... nie ma centralnego ogrzewania. W pokojach były piecyki na prąd. W latach 70. nie było to jeszcze tak kosztowne, po roku 2000 okazało się zabójcze. Nie wiem, kto byłby w stanie ogrzać te 7 tys. m kw. prądem. Ośrodek stał więc pusty, nie przynosił zysków. A właściciele nie płacili podatku od nieruchomości. Okrąglaki wystawiono w końcu na licytację, gmina Gostynin była chętna. W grudniu ub.r. końca dobiegły formalności, gmina ma już akt notarialny i jest pełnoprawnym właścicielem zachwycającej ruiny.

– To dla nas ogromna szansa – tłumaczy zastępca wójta. – Może dzięki partnerstwu prywatno-publicznemu uda się przywrócić ośrodek do życia? Sprawa jest w tym momencie bardzo świeża, dopiero niedawno udało się dopełnić wszystkich formalności. Ale już niedługo rozpoczniemy poszukiwania inwestora. I on zapewne zdecyduje, czy rewitalizować budynki ośrodka, czy może zburzyć je, a w ich miejsce postawić coś nowego. Miejsce jest piękne i warte wykorzystania, liczymy, że zyskamy na podatku od nieruchomości i dochodowym, a nasi mieszkańcy znajdą tam pracę.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.