Publikujemy fragmenty najnowszej książki Filipa Springera "Miasto Archipelag".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Znajomy spojrzał z góry na rzekę i łeb mu urwało. Springer pisze o Płocku

Wygraj książkę Filipa Springera Miasto Archipelag

Stoję przed drzwiami pracowni krawieckiej DOR. "Ubiorę twoją niepowtarzalność" - brzmi hasło reklamowe. Wchodzę do środka. Dorota Drzewiecka właśnie zbierała się do wyjścia.

- Pochodzę ze wsi, rodzice prowadzą tam gospodarstwo, miałam je przejąć, dlatego poszłam na rolnictwo - mówi, zalewając wrzątkiem dwie herbaty. - Wróciłam więc po studiach do domu i zaczęłam gospodarzyć. Któregoś dnia coś się zepsuło w naszym aparacie fotograficznym, znalazłam w internecie zakład Jana, pojechałam do Płocka. Tak go poznałam. Zaiskrzyło.

Aparat udało się naprawić. Psuć zaczęły się za to relacje w jej rodzinnym domu.

- Powiedzmy, że postanowiłam się wyprowadzić - ucina. Przez chwilę pracowała w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Zwolnili ją stamtąd, bo ktoś inny potrzebował jej pracy. Wylądowała na bezrobociu. Przez dwa lata nie wiedziała, co ze sobą zrobić. O prowadzeniu gospodarstwa nie mogło być mowy. W końcu wymyśliła sobie pracownię krawiecką. Złożyła do Urzędu Pracy papiery o dofinansowanie, ale je odrzucili. Spróbowała po roku. Tym razem się udało. Znalazła lokal, kupiła maszyny, zamówiła stronę internetową.

- Głównie to były przeróbki albo sukienki na studniówki. Bo w Płocku wybór takich ciuchów ograniczał się jeszcze niedawno do kilku odzieżowych sieciówek. A nie ma przecież większego dramatu niż dwie takie same kiecki na jednej imprezie.

Jakoś to szło, ale kokosów nie było.

- No ale teraz to ja już takich rzeczy nie robię, chyba że ktoś bardzo chce - mówi Dorota i bierze łyk herbaty. Teraz to szyję głównie skrzydła.

- Przepraszam, co?

- Przyszła kiedyś dziewczyna z pytaniem, czy ja bym nie umiała jej uszyć jedwabnych skrzydeł, których się używa do tańca brzucha. Bo tego się w Polsce właściwie nie da kupić, a za granicą takie rzeczy są strasznie drogie. Ja nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje, na oczy nie widziałam tańca brzucha.

Z ciekawości obejrzała w internecie, jak takie skrzydła wyglądają. Kupiła materiał, spróbowała. Wyszło nieźle.

- Ten jedwab to jej ręcznie pomalowałam. Była przeszczęśliwa.

Od tamtego czasu Dorota Drzewiecka, dyplomowana magister rolnictwa, nie robi właściwie nic innego poza szyciem i malowaniem jedwabnych skrzydeł dla kobiet, które tańczą taniec brzucha.

- Wysyłam je stąd na cały świat, okazało się, że to jest całkiem duży rynek. Na mapie masz zaznaczone szpilkami moje klientki. Powinno być więcej, ale właśnie szpilki mi się skończyły. Podchodzę do tej mapy. Najczarniej od tych szpilek jest w Europie Zachodniej i USA (w tym na Hawajach i Alasce), po kilka w Kanadzie i na Bliskim Wschodzie, sześć w Japonii, jedna w Chinach, siedem w Australii.

- Wszystko robię przez internet. Żyjąc w Płocku, mam niższe koszty pracy, mieszkania, opłat, jedzenia. Mogę obniżyć cenę skrzydeł na Ebayu.

- I z szycia tych skrzydeł da się wyżyć?

- Kilka moich klientek tańczy profesjonalnie, biorą udział w zawodach. Pokazały się tam ze skrzydłami z Płocka, a ja nie mogłam się potem wygrzebać ze zleceń. Jak będzie tak, jak jest, to naprawdę będzie dobrze.

Nie do końca wierząc w to, co przed chwilą usłyszałem, wychodzę z pracowni DOR i ruszam w poszukiwaniu obiadu.

- Takie nowe miejsce otworzyło się na starym mieście - mówi mi Dorota. - Coś z samochodem w nazwie. Może tam spróbuj.

To miejsce to Garaż Grill & Bar, pierwsza płocka burgerownia. Czyli po dzisiejszym dniu zgrabniejszy nie będę. Lokal w 2015 roku otworzyła Gosia Świtalska, rezolutna blondynka, która teraz kręci się między kuchnią a barem.

- Chcesz o Płocku pisać? - pyta, stawiając mi talerz z mocno niedietetycznym posiłkiem. - To trochę przygnębiający temat.

Wgryzam się w bułę, a Gosia opowiada, że własna knajpa to było jej marzenie po pięciu latach w telekomunikacyjnej korporacji. Rzuciła ją, choć było jej tam bezpiecznie - wypłata co miesiąc, karta do prywatnej przychodni i na siłownię.

- Ale poczułam, że jak się nie urwę, to już zostanę tam na zawsze - mówi, rozglądając się dookoła. - No więc władowałam wszystkie pieniądze w ten lokal.

Po roku przyznaje, że zaczyna czuć zmęczenie. Bo tu ciągle musi być szefem, zaopatrzeniowcem, PR-owcem, a jak trzeba, to staje za barem albo przy grillu. Czasem kładzie się o drugiej w nocy, wcześniej nie daje rady. Ale jakoś idzie.

- Wiesz, czego brakuje w Płocku? Słońca. Witamina D działa cuda.

(.)

- Wiesz, kogo ty jeszcze powinieneś poznać? Księcia! Księciu to jest strasznie pozytywny koleś.

Księciu Litewski - to on zrobił krzesła i stoły w knajpie Gosi. Znajduję go na Facebooku, piszę wiadomość. Odpisuje po chwili, że chętnie się spotka. Podaje adres. Jadę.

Osiedle domków jednorodzinnych na obrzeżu miasta, niedaleko Orlen Areny. Siadamy w pracowni urządzonej w garażu bliźniaka jego rodziców.

Na imię mu Arek. - Najbardziej to mnie wkurwiają ludzie, którym ciągle coś nie pasuje i nic nie robią, tylko czekają, aż im zacznie pasować - mówi. - Że w Płocku nie ma roboty. No może nie jest różowo. Ja mam dobrą, ale wcześniej bywało różnie.

Przez kilka lat był w Anglii, pracował na zmywaku, trochę zarobił, postanowił wrócić. W Płocku zaczął szukać pracy, wszyscy mu mówili o Orlenie jak o ziemi obiecanej. Pracę w końcu znalazł, ale nie w rafinerii, tylko w sieci sklepów ze sprzętem AGD.

- Lodówki nosiłem na czwarte piętro, ledwo żyłem, ale sobie obiecałem, że każdego wieczoru, bez względu na zmęczenie, będę wysyłał CV do firm. Zarabiałem wtedy tysiąc dwieście złotych miesięcznie.

Żeby dorobić, za resztkę oszczędności z tej Anglii kupił z kumplem starego pikapa. Latem wozili na nim reklamy, a zimą montowali do samochodu pług i odśnieżali ulice.

- W końcu znalazłem lepszą pracę. Pracuję zmianowo: 15 razy w miesiącu po 12 godzin. No to mam pół miesiąca wolne, no nie? I wiesz, nie siedzę wtedy z założonymi rękami.

Jakiś czas temu jego ojciec kupił okazyjnie cały kontener połamanych drewnianych skrzyń i europalet - chciał tym palić w piecu czy jakimś kominku. Arek zaczął im się przyglądać, przytargał kilka do garażu. Tam powstały jego pierwsze meble.

- Wciągnąłem się, stworzyłem własną markę - Księciu Litewski. Jak mnie zapytasz, skąd ta nazwa, to ja nawet nie mam bajki żadnej, żeby ci sprzedać - śmieje się. - Zamawiają te moje meble w całej Polsce, do Warszawy wysyłam, do Legnicy. Wiesz, ja uważam, że ludzie mają za dużo pretensji do innych, a za mało do siebie. Stąd to narzekanie. Że jak nie znajdą pracy w Orlenie, to już nic tylko zęby w ścianę i chleb z margaryną. A w Płocku ciągle powstają jakieś nowe miejsca, ludzie zakładają firmy, próbują sił, upadają i się podnoszą. O, choćby ostatnio - Czerwony Atrament.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Straszne . Horror.Własnie straszni, robią zamachy na OKO SŁOŃCA , Plac Nowego Rynku.Idealny sosros.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0