Za dnia doradza firmom farmaceutycznym, potem wkłada kombinezon, specjalne nakrycie głowy. I... ratuje ludzkość. - Einstein przewidywał, że jeśli pszczoły wyginą, ludzkość zrobi to samo, cztery lata później - mówi Arkadiusz Sadowski. Z zamiłowania - pszczelarz.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Arkadiusz Sadowski ma 27 lat, jest płocczaninem, uczył się w Jagiellonce. Jego przygoda z pszczołami zaczęła się zaraz po liceum. - To nie jest historia, w której pasję odziedziczyłem z dziada pradziada. Wręcz przeciwnie. Nikt u mnie w rodzinie nie zajmował się pszczołami - przyznaje. Zaraz po maturze szukał jakiejś pracy na najdłuższe wakacje w życiu. Z propozycją wyszedł przyjaciel rodziny, który jest pszczelarzem. - To jeden z największych pszczelarzy w Płocku i akurat w tamtym czasie szukał pomocnika. Pracowałem u niego przez całe wakacje. Później zacząłem już studia, ale w kolejne wakacje znów przyjechałem do pomocy.

Arek opowiada, że na początku jego praca polegała na "przynieś, podaj, pozamiataj", bo przecież w dziedzinie pszczelarstwa był zupełnie zielony. Ale przez cały czas uważnie przyglądał się wszystkiemu i z czasem zaczął wykonywać także typową pszczelarską robotę. Na początku musiał się ze wszystkim zapoznać i oczywiście opanować strach, który jest naturalny przy bardziej agresywnych owadach. - Od razu pierwszego dnia pszczoła użądliła mnie w nos i spuchłem na całej twarzy. Na szczęście nie musiałem jechać do szpitala, okazało się, że nie jestem uczulony na jad pszczeli. Zresztą, po tylu latach i po tak wielu ukąszeniach, człowiek zaczyna się uodparniać. Ale użądlenie i tak boli jak zawsze - śmieje się pasjonat.

Pierwsze ule

Praca przy pszczołach bardzo zafascynowała młodego chłopaka. Była czymś zupełnie innym niż typowe życie nastolatka z miasta. - Przekonałem się, że można robić coś bardzo bliskiego naturze. A także ciężko pracować i widzieć w tym przyjemność. Same pszczoły bardzo mnie zainspirowały. To wyjątkowe stworzenia, niezwykle pracowite - podkreśla nasz rozmówca. Przywołuje też słowa Alberta Einsteina, który zapowiadał, że jeżeli pszczoły wyginą, ludzie wymrą w przeciągu czterech lat. - Bo tak naprawdę miód jest tylko efektem ubocznym całej tej pracy, najważniejsze jest zapylanie, utrzymywanie przy życiu roślin, a przez to - zapewnianie człowiekowi pożywienia.

Arek żartuje: - Prawdopodobnie pszczole wydaje się, że tylko przy okazji pomaga naturze. Albo, co bardziej prawdopodobne, wcale o tym nie wie. Bez względu na to, czy Einstein miał rację, czy nie, na pewno wyginięcie tych stworzeń byłoby gigantycznym obciążeniem dla całej przyrody.

Wspomina, że pszczelarz, u którego na początku pracował, przekazał mu niezbędną wiedzę. Później było zgłębianie specjalistycznych książek, teorii. W końcu płocczanin kupił swoje pierwsze ule. Na początku tylko pięć. - Wtedy byłem jeszcze studentem. Namówiłem swoich rodziców, żebyśmy kupili kawałek ziemi pod Sikorzem, postawiłem tam te swoje nabytki, z czasem dokupowałem kolejne. Dziś mam ponad 100 uli - wylicza Arkadiusz.

Przyznaje jednak, że to dość drogi interes. Sam ul, w pełni wyposażony, z pszczołami, kosztuje od 500 do tysiąca złotych. Do tego trzeba mieć jeszcze kawałek ziemi, gdzie oprócz uli stanie budynek, w którym będzie się odwirowywać miód, trzymać beczki i magazynować cały sprzęt.

- Moi rodzice na początku pszczelarstwo uznali za szalony pomysł. Chłopak, który nic nie wiedział o przyrodzie, o którym w domu mówiło się, że ma dwie lewe ręce do roboty - bo nigdy nie byłem dobry w majsterkowaniu, bierze za coś, z czym nie miał do czynienia. Rodzina uważała, że moją mocną stroną było zazwyczaj wymądrzanie się - znów uśmiecha się nasz rozmówca. - Nie dowierzali, że chciałem wziąć się za prawdziwą robotę. Ale aby kogoś zapalić, samemu trzeba płonąć... W końcu wszystkich przekonałem.

Teraz bliscy bardzo mu pomagają. - Mój tata jest już na rencie i głównie opiekuje się działką, ale pracuje też przy pszczołach. Ivi, moja żona, zajmuje się całą otoczką, czyli projektowaniem etykiet, szykowaniem różnego rodzaju zestawów upominkowych. W ogóle pszczelarstwo było jedną z rzeczy, które ją we mnie zainteresowały. Na pewno było atutem - przyznaje młody człowiek. Opowiada, że jego żona studiowała wtedy grafikę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i zaczęła mu pomagać od strony marketingowej. - Na pewno ona dodała naszemu produktowi odrobinę czaru i tego, że różni się od innych. Zajęła się projektowaniem zestawów upominkowych dla firm i słoiczków z miodem, które młode pary dają gościom na ślubach. Cieszy się to dużą popularnością, a jej sprawia dużo przyjemności.

Rano zakłada marynarkę, a wieczorem - kombinezon

Arkadiusz Sadowski, mimo że zaraz po studiach rozpoczął pracę zawodową, nie porzucił pszczelarskiej pasji.

- Moja praca i pszczoły to dwie niezależne od siebie rzeczy. Swoją karierę zawodową zaczynałem jako przedstawiciel medyczny, a teraz doradzam firmom farmaceutycznym w kwestiach biznesowych. W dodatku dwa-trzy dni w tygodniu pracuję w Warszawie. Znajomi często śmieją się z tego mojego dualizmu. W pracy jestem ubrany w marynarkę, a w pasiece chodzę w ubrudzonych ubraniach, jestem zmęczony, a włosy mam przyklepane od kapelusza pszczelarskiego - tłumaczy. - To są dwa zupełnie różne światy. Ale jednocześnie się fajnie dopełniają. Zawodowo muszę mieć ciągły kontakt z ludźmi, a tutaj mam oderwanie od tego, jestem sam ze sobą i z naturą.

W sezonie, czyli przez sześć miesięcy, Arek musi być w pasiece codziennie. W tygodniu spędza tam popołudnia, a w weekendy prawie cały dzień. Najbardziej intensywna praca jest przy miodobraniu, które odbywa się w czerwcu i w lipcu. Rodzina Sadowskich oraz ich znajomi pracują wtedy od godziny 7 do 23.

- Z miodobraniem jest jak ze żniwami, zawsze jest ktoś chętny do pomocy. Ludzie chcą zobaczyć, jak to wszystko wygląda. Ale jestem jedyną osobą, która podchodzi bezpośrednio do ula - zaznacza młody człowiek.

Wbrew pozorom praca przy pszczołach jest bardzo złożona. W sezonie, średnio raz w tygodniu, trzeba zajrzeć do każdej pszczelej rodziny. - Bo praktycznie w każdym tygodniu jest inny problem. Na początku trzeba ocenić, jaka jest siła rodziny, wzmocnić te słabsze. Robi się to poprzez przekładanie młodego pokolenia, ze słabszego do silniejszego ula. Inaczej mniej odporne pszczoły by się nie rozwinęły. W następnym tygodniu można już dokładać korpusy, w których pszczoły będą zbierać miód... I tak co tydzień coś nowego - wymienia mężczyzna.

Czy każdy może zostać pszczelarzem? Arkadiusz uważa, że podstawowy warunek to właśnie terminowanie u profesjonalisty. Dwa, trzy sezony. - Bo można to robić dobrze albo wcale. Wszystkie błędy są bardzo szybko weryfikowane - tłumaczy.

Dodaje, że w obecnych warunkach, w naturze, bez pomocy pszczelarza pszczoła nie jest w stanie przeżyć nawet dwóch sezonów. Dzieje się tak przez duże zanieczyszczenie, ale także przez choroby, które atakują te stworzenia. Ludzie zdegradowali środowisko i doprowadzili do tego, że pszczoły są od nas uzależnione.

A w jaki sposób "niepszczelarz" może wesprzeć małe robotnice? - Najprostszym rozwiązaniem zawsze będzie... kupno miodu - uważa Arek. - Tak, by pszczelarze mieli pieniądze na swoją działalność. Przy tym miód jest rzecz jasna smaczny i bardzo zdrowy.

Co słychać w ulu?

Pan Arkadiusz ma teraz trzy pasieki rozsiane w różnych miejscach w okolicy. Odwiedziliśmy pierwszą, którą założył. Tu akurat było już po miodobraniu. Ostatni miód "został zdjęty" w połowie lipca. - Teraz zajmuję się przygotowaniem całej pszczelej rodziny do zimy. Podaję pszczołom syrop cukrowy, bo podebraliśmy im część miodu, który wyprodukowały - tłumaczy Arek.

Aby zajrzeć do ula, Arkadiusz musiał najpierw rozpalić niewielki ogień z szyszek. Właściwie potrzebny był sam dym, którym okadza się owady. - Dym je uspokaja. Jedną z rzeczy, których pszczoły boją się najbardziej, jest pożar. Gdy czują dym, wydaje się im, że przychodzi zagrożenie i muszą zabrać zapas z ula. Każda bierze tyle, ile może, są więc cięższe i zajęte. Dlatego można trochę więcej się przy nich pokręcić - tłumaczył właściciel pasieki.

Do każdego ula, na początek, wkłada się ramki z węzą, czyli cienko sprasowanym woskiem. Pszczoły dopiero po zasiedleniu wyrabiają właściwą ramkę, czyli charakterystyczne plastry. Takie plastry składają się z mnóstwa komórek w kształcie sześciokątów. - Teraz komórki są już zasklepione i jest w nich odłożony cukier na zimę. Jeśli później ten zasklep się zerwie i przetopi, otrzymamy wosk pszczeli, z którego można zrobić np. świeczki - tłumaczy pszczelarz. Opowiada, że podczas miodobrania wyjmuje każdą ramkę z ula, zmiata do niego pszczoły. A ramki niesie do pracowni, wkłada do miodarki (czyli takiej wirówki). I odwirowuje z nich miód.

W ulu właściwie są tylko ramki. Ale mogą być one w różny sposób zagospodarowane. Niektóre przeznaczone są np. na mieszkania dla czerwi, larw pszczół. Z jednej ramki może wylęgnąć się nawet sześć tysięcy młodych owadów!

- Zależnie od momentu sezonu w rodzinie pszczelej może być od 10 tys. do 80 tys. osobników. Zimą rodzina ogranicza swoją liczebność, by ją przetrwać i wyhodować nowe pokolenie na wiosnę - objaśnia Arkadiusz.

Pszczelarze są coraz starsi

Choć ostatnio dużo się mówi o pszczołach i można odnieść wrażenie, że zapanowała nawet pewnego rodzaju moda na pszczelarstwo (choćby na ule stawiane na dachach wieżowców) nasz rozmówca przyznaje, że sytuacja wcale nie wygląda tak kolorowo. - Ogólny obraz jest taki, że pszczelarzy jest coraz mniej i są coraz starsi. W związkach pszczelarskich zdecydowana większość członków to osoby w wieku emerytalnym. Młodzi są nieliczni. Powstaje więc pytanie: co będzie z pszczołami za 10, 20 czy 30 lat, gdy dojdzie do sytuacji, że z 40 czy 50 pszczelarzy w okolicy zostanie pięciu? To na pewno duże niebezpieczeństwo - przyznaje płocczanin. Jego zdaniem moda nie wystarczy. - Wszyscy słyszeliśmy o pszczołach na wieżowcu. Ale w rzeczywistości stoją tam jedynie dwa ule. Skala oddziaływania na przyrodę jest wtedy niewielka, choć to też szlachetny gest.

Sadowski od sześciu lat należy do Regionalnego Związku Pszczelarzy w Płocku. Łącznie jest w nim kilkadziesiąt osób. - Związek nas wspiera, jeżeli są jakieś programy unijne czy inne działania, możemy otrzymać pomoc. Ale mogę tu też ubezpieczyć się od efektów użądlenia - wyjaśnia nasz rozmówca. Dodaje, że wystąpił o nadanie swoim produktom certyfikatu Polskiego Związku Pszczelarskiego, czyli ogólnokrajowej instytucji. Da mu to możliwość do posługiwania się banderolą PZP jako gwarancją jakości. Jednocześnie miód z pasieki Sadowskich będzie mógł być w każdej chwili przebadany. Jeśli znajdzie się w nim coś sztucznego lub miód z zagranicy, PZP może nałożyć karę.

Co z miodem z supermarketu?

A miody w sklepach? Lepiej dokładnie czytać ich etykiety. Arkadiusz tłumaczy, że na większości miodów dostępnych w hipermarketach znajdziemy napis "Miód pochodzi z krajów Unii Europejskiej i spoza UE.

- Bierze się to stąd, że nie można sprzedać w Polsce miodu, który jest wyłącznie spoza UE. Dlatego dodaje się 5 proc. miodu polskiego, a np. 95 proc. miodu chińskiego. Te miody niekoniecznie są zawsze tanie, często ich ceny są wyższe niż u pszczelarzy. A jakość? Wystarczy przejść się w sklepie koło takiej półki z miodami. Zauważymy, że w nienaturalny sposób się rozwarstwiają. Są płynne, mimo że prawdziwy, naturalny produkt zdążyłby już dawno tę płynność stracić - uczula nasz rozmówca. Wspomina, że jakiś czas temu było głośno o obecności antybiotyków w chińskich miodach. - Jeżeli miód jest zbyt długo przechowywany w ciepłym miejscu, fermentuje. Dlatego w przypadku dalekiego transportu dodawane są do niego antybiotyki. Transport wymusza także wielokrotne podgrzewanie, przez które produkt traci swoje cenne właściwości. Po tym, jak przypłynie w beczkach, trzeba sprawić, by znów był płynny i dało się go rozlać w słoiki. Zachowywane są w ten sposób tylko pozory jakości.

Miód niejedno ma imię

Pszczelarze poznają, z jakich kwiatów pszczoły zrobiły miód. Sposoby na to mają dwa. Botaniczny - po prostu wiadomo, w jakim czasie kwitnie dana roślina, miody z początku sezonu np. będą w większości z mniszka i rzepaku. Druga metoda jest organoleptyczna - znawca miodu pozna, z czego on jest, po jego smaku, zapachu, kolorze i sposobie krystalizacji. Np. miód akacjowy jest biały, a lipowy ciemnobursztynowy. Rzepakowy jest bardzo twardy, a lipowy obecnie płynny, choć później się skrystalizuje. - Miód gatunkowy w większości zrobiony jest z jednej rośliny, ale nie w 100 proc. Jeżeli nie jesteśmy w stanie rozpoznać gatunku, to jest ogólna nazwa - miód wielokwiatowy - wyjaśnia Arkadiusz Sadowski.

W naszych okolicach dominują właśnie miody rzepakowe, akacjowe, lipowe i wielokwiatowe. Jak mówi nasz rozmówca: miód lipowy jest wskazany przy przeziębieniach; rzepakowy polecany jest osobom, które mają problemy z sercem, dobrze działa na układ krwionośny; a np. miód akacjowy świetnie łagodzi dolegliwości wątrobowe i układu żółciowego. Jest też dobry na kaca. Ten wielokwiatowy polecany jest szczególnie dzieciom, bo ma dużą różnorodność składników i najwięcej różnorodnych witamin.

Można spożywać też pyłek kwiatowy, który świetnie działa na wzmocnienie. - Wiele osób stosuje go profilaktycznie przed sezonem grupowym, jest też dobry dla kobiet w ciąży. Żeby zebrać jedną kuleczkę pyłku, pszczoła musi odwiedzić 50-60 kwiatów - podkreśla pszczelarz.

Miody ze Srebrnej Pasieki Rodziny Sadowskich można kupić za pośrednictwem Facebooka lub w Sklepie ze smakiem przy ul. Armii Krajowej i w Księgarnio-Kawiarni Czerwony Atrament. - Od początku października będziemy też w galerii Wisła - zapowiada Arkadiusz Sadowski.

Niesamowite pszczoły

- Pszczoły są głównym owadem zapylającym na naszej planecie - tłumaczy Arkadiusz Sadowski. - A roślina, która jest zapylona przez pszczołę, oddaje kilkukrotnie większą ilość plonów. W niektórych regionach świata, np. w Chinach, dochodzi już do sytuacji, że to ludzie sami muszą zapylać kwiaty, co jest pracą wyjątkowo niewdzięczną. Dlatego lepiej przypilnować, by pszczoły przetrwały razem z nami.

Niestety, w sezonie letnim niektóre pszczoły żyją zaledwie miesiąc. - Jeśli cały czas w ich okolicy coś kwitnie, pszczoły wykorzystują to, intensywnie pracują, męczą się i szybciej umierają. Natomiast pokolenie, które wylęga się przed zimą, jest w stanie przetrwać do samej wiosny. I wychować kolejne pszczoły - objaśnia pszczelarz.

Wyjątkiem jest matka pszczela, która może żyć nawet do pięciu lat. Jest czymś w rodzaju królowej, która podtrzymuje swój "naród" w ciągłości. Tylko ona składa w ulu jaja, tym samym zapewnia pszczołom ciągłość pokoleniową. Jeśli matka zginie i pszczołom z jakiegoś powodu nie uda się wyhodować nowej, to cała rodzina będzie powoli umierać.

W ulu obowiązują hierarchia i podział pracy. - Młode pszczoły zajmują się karmieniem tych, które jeszcze się nie wylęgły, czyli młodszego czerwiu. Z kolei starsza pszczoła ma na głowie działalność obronną. Pilnuje tego, by inne owady i zwierzęta nie próbowały im zrobić czegoś złego. No i oczywiście lata po nektar oraz pyłek pszczeli. Pyłek jest pożywieniem białkowym, a nektar węglowodanowym - wyjaśnia nasz rozmówca. Dodaje, że pszczoła może użądlić, ale tylko w pobliżu swojego ula, w odległości ok. 20-30 metrów.

- Są różnego rodzaju rasy pszczół, m.in. krainki, kaukazki. Różnią się szczegółami. Ludzie, tak samo jak w każdym gatunku zwierząt, starają się wyhodować te gatunek najbardziej odporny i pracowity - mówi Sadowski. Tłumaczy, że różne gatunki występują w różnych regionach. Np. te, które żyją w klimacie śródziemnomorskim, czasem nie odnajdują się w naszym. Tam pszczoły pracują cały rok, bo tyle trwa okres wegetacyjny. Nie sprawdziłyby się w Polsce, bo "nie przewidują" tego, że przyjdzie zima i nie tworzą odpowiednich zapasów.

-----

Związek pszczelarzy ma już 40 lat!

Regionalny Związek Pszczelarzy w Płocku w niedzielę, 7 sierpnia, będzie obchodził 40-lecie swojego istnienia. W 1975 r. został powołany Tymczasowy Zarząd Wojewódzkiego Związku Pszczelarzy, istniało wtedy dziewięć kół pszczelarskich. Prawie do lat 90. były organizowane kursy, a liczba kół wzrosła do 29. Związek zrzeszał wtedy ponad tysiąc osób. To był najlepszy czas, bo niestety później te liczby zaczęły się zmniejszać.

Od 2014 r. prezesem związku jest Roman Kluska. Choć jubileusz 40-lecia związku przypadał na 2015 r., obchody zostały przeniesione. Odbędą się w niedzielę - najpierw w planach jest msza (o godz. 9.30 w kościele pw. św. Maksymiliana Kolbego), potem przemarsz uczestników do płockiego zoo. Tam zostaną wręczone odznaczenia branżowe i okolicznościowe, będą występy artystyczne, warsztaty rękodzielnicze, pokaz miodobrania, kiermasze czy wykład z apiterapii, czyli leczenia produktami pszczelimi.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Piękna pasja i efekty pracy młodego pszczelarza ze Srebrnej ! Oryginalna oprawa i smak miodów. Gratulacje ***
    już oceniałe(a)ś
    0
    0