... od pomnika Broniewskiego. Wypchnęli ludzi spod komitetu w stronę pl. Narutowicza, puścili świece dymne, te duszące; tych, którzy stali bliżej albo odłączyli się od tłumu bili pałkami, aresztowali. Długo to trwało, ludzie podchodzili, więc zomowcy się cofali, a potem odwrotnie, ludzie napierali, więc cofali się tamci. Krzyczeliśmy do nich: "Co robicie, dołączcie do nas". Ale oni milczeli.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tu zobaczycie archiwalne zdjęcia, plansze z wystawy sprzed kilku lat, mapę z działaniami operacyjnymi policji >>

- Czerwiec '76 nie był dla mnie zaskoczeniem. Bo ja nigdy, nigdy, nigdy nie ufałem komunistycznym władzom. Tę nieufność wyssałem z mlekiem matki - trzy razy "nigdy" powtarza Henryk Kamiński, emerytowany pracownik Naftoremontu, powiatowy radny od czterech kadencji, działacz "Solidarności". I uczestnik płockiego Czerwca '76.

Przyszedł na świat w 1952 r. w małej wsi Lipianki pod Nowym Duninowem. Jako czwarty z ośmiorga rodzeństwa. - Kiedy miałem cztery czy pięć lat, ojca aresztowano, przyszło po niego dwóch milicjantów w mundurach. Nasze krowy były cielne, nie mogliśmy oddać mleka na obowiązkowe dostawy. Dla władzy nie miało to znaczenia, przyszli rano i go zabrali. W domu została tylko mama i czwórka maleńkich dzieci. Zapamiętałem to na zawsze.

Po chleb w kolejce

W 1976 r. Henryk Kamiński miał 24 lata, żonę w ciąży, wynajęte mieszkanie i stanowisko montera konstrukcji stalowych w Naftoremoncie. Nie działał w podziemiu, zresztą w Płocku i okolicach żadnego właściwego "podziemia" wtedy jeszcze nie było. - Ale był w ludziach taki nastrój, sprzeciw, niezgoda na ograniczanie wolności, biedę, niesprawiedliwość, oszukiwanie - wspomina. - Bo pracę, owszem, kto chciał, ten miał. Ale chleba, takiego godnego życia na ludzkim poziomie, już nie. Kobiety stały cztery, pięć godzin w kolejkach po pieczywo, wszystko było reglamentowane, na półkach tylko ocet, a jak były grzyby, to i octu brakowało. Tymczasem wysocy działacze partyjni mieli swoje sklepy, milicjanci swoje, wojskowi swoje. Wszystkie profity dla siebie. A dla biednego człowieka zostawały skrawki...

24 czerwca telewizja transmitowała na żywo przemówienie premiera Piotra Jaroszewicza. - Zapowiedział drastyczne podwyżki cen żywności. Wszystko miało iść w górę, mięso o 60 proc., pieczywo o 100 proc., cukier o 200... Ludzie zamarli - relacjonuje Kamiński.

***

"Pierwszą oznakę niezadowolenia ze skali i sposobu wprowadzenia podwyżek artykułów spożywczych kroniki milicyjne w województwie płockim odnotowały już o godzinie 4.00 25 czerwca 1976 r. Właśnie o tej godzinie w Płocku patrol MO znalazł na ulicy Nowy Rynek" plakat formatu A-4 przedstawiający szubienicę z zawieszoną pętlą i napisem PZPR ", dwie godziny później" przy ulicy Sadowej ob. Rydlewska znalazła siedem ulotek formatu A-3 pisanych ołówkiem o treści: Precz z PZPR "".

***

Dzień po transmisji Kamiński poszedł do pracy. Naftoremont remontował wtedy instalację etylenu i glikolu w Mazowieckich Zakładach Rafineryjnych i Petrochemicznych (czyli dzisiejszym Orlenie). Trzy, cztery brygady, w sumie ok. 40 osób, czekały jak zawsze w palarni na wydanie zezwoleń na pracę na instalacji. - I w tej palarni ludzie zaczęli rozmawiać - wspomina pan Henryk. - Że to świństwo, co sobie ta władza wyobraża, z czego ludzie zapłacą za jedzenie. Nie poszliśmy do pracy. Przychodzili do nas z innych wydziałów, mówili, że tam także dyskusje, że ludzie się gromadzą. To nas uskrzydlało. Tak przesiedzieliśmy do śniadania.

Mnie nie przeżyjesz

Po śniadaniu do pracowników Naftoremontu przyjechał Marek Żurada, zastępca dyrektora do spraw technicznych. - Ktoś szybciutko musiał donieść, że nie wyszliśmy do pracy. Przyjechał więc i zaczął nas przekonywać, żebyśmy sobie odpuścili. Ale ludzie nie chcieli go słuchać. A ja powiedziałem mu nawet, że takich jak on to ja już kilku przeżyłem. On mi na to, że jego nie przeżyję. No i nie pomylił się, z Naftoremontu mnie zwolnili - uśmiecha się dziś Kamiński.

***

"Pracownicy Mazowieckich Zakładów Rafineryjnych i Petrochemicznych w Płocku od rana gromadzili się przy swoich stanowiskach pracy, dyskutując o decyzji Sejmu PRL zatwierdzającej podwyżki. Już o godzinie 6.00 podjęli strajk pracownicy Wydziału Remontowego wchodzącego w skład Zakładu Energetycznego MZRiP. Stopniowo przerywali pracę robotnicy kolejnych wydziałów i instalacji. O godzinie 6.10 w Płockim Przedsiębiorstwie Konstrukcji Stalowych i Urządzeń Przemysłowych" Mostostal "- Zakład Prefabrykacji Konstrukcji pracę przerwało 120 osób. Ludzie spontanicznie gromadzili się w stołówkach, przy kioskach i rozmawiali o krzywdzie, jaka spotkała przede wszystkim najniżej zarabiających, o arogancji władz, o śmiesznych rekompensatach preferujących najlepiej zarabiających".

***

- Wszystkich jakby coś uniosło - kontynuuje Kamiński. - O godz. 14.30 był fajrant, poszliśmy pod bramę nr 2. Tam już stało mnóstwo ludzi, wszyscy tacy zacięci, źli po prostu. Krzyczeli, że chcą chleba. Autobusy, które zwykle rozwoziły ludzi do domów, stały obok. Nie ruszały. Więc nawet ci, którzy chcieli odjechać, tylko do nich wsiadali, a potem wysiadali... Ok. godz. 15 zjawił się Kotowski, dyrektor MZRiP. Taki niski był, więc go wsadzili na beczkę. Zaczął opowiadać, że właśnie wraca z ministerstwa, podobno właśnie wylądował helikopterem. I że w ministerstwie mu powiedzieli, że te podwyżki cofnęli. Ale my, ten naród, ten tłum - nie uwierzyliśmy mu. Ktoś krzyknął, żeby iść pod Komitet Wojewódzki PZPR, na Kościuszki. Ludzie zaczęli się ustawiać w taki szyk, chaotycznie, bez ładu, ale jakoś ruszyliśmy.

***

"Padła wówczas propozycja, aby" skoro władza nie chce przyjść do robotników, to niech robotnicy pójdą do władzy do Komitetu Wojewódzkiego PZPR ". Część protestujących wyszła poza teren zakładu, kierując się w stronę miasta. Pozostali przed halą robotnicy wznosili okrzyki:" precz z podwyżkami "," wieszać skurwysynów "".

***

Tajniacy z aparatami w teczkach

Pewnie, że ludzie się bali. Kamiński podkreśla, że każdy z tyłu głowy miał myśl: co będzie, jak do nas wyjdą? Jak zaatakują na moście?

- Część po prostu z nami nie poszła. Nie dziwię się, nie mam pretensji, ludzie są tylko ludźmi. Śmieszyło mnie tylko, że potem gdzieś po kątach opowiadali, że tam byli. A ja ich jakoś nie widziałem - zaznacza pan Henryk.

Ulicą Łukasiewicza szedł więc tłum. Ludzie krzyczeli "Chcemy chleba", "Chodźcie z nami", śpiewali, nawet "Międzynarodówkę", z rozpędu. - Dużo osób po drodze dołączało, nawet kobiety z dziećmi na rękach, z wózkami. Dużo ludzi machało do nas z balkonów, krzyczeli, że mamy rację. To wszystko dodawało nam odwagi - wspomina Kamiński. - Po drodze nie było interwencji, zajeżdżania drogi, na Sienkiewicza zobaczyłem tylko przewróconą milicyjną nyskę. Choć potem widziałem zdjęcia, które robili nam wmieszani w tłum tajniacy. Podobno mieli aparaty w teczkach. Do tej pory zastanawiam się, w którym momencie do nas dołączyli. W każdym razie wszyscy spotkali się pod komitetem na Kościuszki. Było gdzieś między godz. 16 a 17.

***

"W maszerujący tłum wmieszało się 9 operacyjnych funkcjonariuszy SB z Wydziału" B ", których zadaniem było prowadzenie obserwacji i fotografowanie uczestników przez cały czas demonstracji. Naczelnik Wydziału III KW MO w Płocku mjr Andrzej Konarzewski tak relacjonował działania SB na trasie pochodu:" Od godz. 16.00 grupa pracowników wydziału w składzie 9 osób (4 z Płocka i 5 z KM MO w Łodzi) przy wykorzystaniu 3 kamuflowanych aparatów fotograficznych rozpoznawała i dokumentowała przebieg zajść na trasie od MZRiP do miasta. Sygnalizowano kierownictwu Sztabu o nastrojach w grupie, wielkości zgromadzenia i trasach przemarszu. Wykonano około 300 zdjęć ". Idący ulicą protestujący pracownicy Petrochemii zablokowali ruch samochodów na ulicy Łukasiewicza. Kolumna autobusów i samochodów prywatnych poruszała się powoli za maszerującymi. (...) Na wysokości skrzyżowania ulic Kobylińskiego, Bielskiej i Jachowicza tłum liczył już ok. 2000 osób. Śpiewano hymn narodowy," Rotę "," Międzynarodówkę ". Wznoszono okrzyki:" My chcemy chleba "," Cały Płock z nami "," Wszystkie zakłady stoją "," Znamy słowo veto ". Po dojściu do ulicy Tumskiej pochód rozdzielił się na dwie części. Większość osób poszła wprost na ulicę Kościuszki pod Komitet, mniejsza grupa podeszła pod Komendę Miejską MO i ulicą 1 Maja weszła na ulicę Kościuszki od strony placu Obrońców Warszawy "".

***

Władza rozważy

Na ulicy stało kilka tysięcy ludzi, tłum wypełniał ul. Kościuszki i rozlewał się na boki - na Tumską i w drugą stronę, pod ratusz. - To był jeden wielki krzyk. Ktoś, prawdopodobnie sekretarz partii, stanął na pierwszym piętrze, na takim małym balkoniku. Nawoływał do spokoju, że "władza rozważy wasze postulaty", że decyzja o podwyżkach "była poddana pod społeczną dyskusję". Ale ledwo go było słychać - opowiada Kamiński.

***

"Około godziny 18.30 do protestujących przemówił, wezwany pilnie do komitetu, dyrektor Fabryki Maszyn Żniwnych Czesław Stygar. Poinformował zebranych, że załoga FMŻ pracuje, a nie strajkuje i nie przyłączy się do manifestacji. W odpowiedzi znaczna część demonstrantów - około 500, z okrzykami:" Idziemy pod Fabrykę, niech się do nas przyłączą! "odeszła spod Komitetu, kierując się w stronę zakładu przy ulicy Otolińskiej. (...) Przybyłych tam około godziny 19.15-19.30 demonstrantów przywitał ustawiony przed portiernią kordon strażników. Wśród demonstrantów rozpowszechniana była plotka, że pracownicy FMŻ przetrzymywani są w zakładowych halach siłą lub szantażem. Doszło do" przepychanek" ze strażnikami, w czasie których wybito kilka okien w budynku portierni".

***

Oni milczeli

Na Kościuszki leciały kamienie, choć nasz rozmówca - jak dziś przyznaje - nie widział tego dokładnie. - Pamiętam, że szyba w drzwiach komitetu była zbita, więc pewnie pięścią nikt tego nie zrobił - przyznaje. - Zjawiło się ZOMO. Szli tyralierą od pomnika Broniewskiego. Wypchnęli ludzi spod komitetu w stronę pl. Narutowicza, puścili świece dymne, te duszące; tych, którzy stali bliżej albo odłączyli się od tłumu bili pałkami, aresztowali. Długo to trwało, ludzie podchodzili, więc zomowcy się cofali, a potem odwrotnie, ludzie napierali, więc cofali się tamci. Krzyczeliśmy do nich: "Co robicie, dołączcie do nas". Ale oni milczeli.

***

"Zebrani w tym czasie pod budynkiem KW PZPR w Płocku manifestanci próbowali wedrzeć się do środka, ale zostali wypchnięci przez przebywających w nim pracowników i dowodzonych przez ppłk. Jarosława Dobrzyńskiego 10 funkcjonariuszy SB i MO ubranych po cywilnemu. Wybito okna na parterze budynku i nawoływano do podpalenia go. W notatce służbowej z 26 czerwca 1976 r. ppłk Dobrzyński tak opisywał akcję w komitecie:" W dniu 25.06.1976 r. o godz. 20.30 otrzymałem od Komendanta Wojewódzkiego MO w Płocku polecenie zebrania grupy pracowników operacyjnych i udania się do gmachu Komitetu Wojewódzkiego PZPR przy ul. Kościuszki z zadaniem opróżnienia holu KW z tłumu i ochrony budynku przed ewentualnymi agresywnymi działaniami zbiegowiska. Wraz z 10 funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa i Wydziału Kryminalnego KW MO udałem się na ulicę Kościuszki. Przed siedzibą KW PZPR znajdował się tłum ludzi dwojga płci i w różnym wieku, w liczbie około 200-300 osób. Na ogół zbiegowisko zachowywało się spokojnie, dyskutując o podwyżce cen, utyskując na drożyznę i niskie zarobki oraz od czasu do czasu wznosząc pojedyncze nieskoordynowane okrzyki. (...) Nie chcąc zwracać uwagi, wydałem polecenie przedostania się do gmachu pojedynczo. Wewnątrz na holu parteru znajdowało się około 30 osób, mężczyzn, kobiet, w tym niektóre z dziećmi. (...) Wraz z przydzielonymi funkcjonariuszami utworzyłem kordon i powoli przy pomocy pracowników komitetu zaczęliśmy zgromadzonych spychać w stronę wejścia, stosując przy tym słowną perswazję. Gdy już prawie 3/4 zostało usuniętych z holu, do wnętrza wtargnęła nowa, liczniejsza i bardziej agresywna grupa (...). Zaczęto wykrzykiwać wulgarne epitety pod adresem Partii, Rządu, miejscowych władz oraz personalnie I sekretarza KW PZPR. Po krótkotrwałej przerwie ktoś ze zgromadzonych przed Komitetem rzucił kamieniem i wybił szybę w oknie parteru. Dało to impuls do nieprzerwanego obrzucania budynku kamieniami i odłamkami cegieł. Rzucono również dużym głazem w drzwi wejściowe, rozwierając je na oścież. W gmachu wybito od ulicy wszystkie szyby w oknach parteru i częściowo pierwszego piętra. (...) Zaczęto również nawoływać do podpalenia komitetu. W tym momencie ok. 21.30 ulicą Kościuszki przejechała kolumna samochodów ZOMO, co jednak nie wpłynęło na rozproszenie tłumu lub obniżenie jego agresywności. Po przejechaniu kolumny w dalszym ciągu obrzucano kamieniami gmach. Dopiero akcja pieszych oddziałów ZOMO, która nastąpiła w parę minut po tym, oczyściła ulicę z tłumu "".

***

Ok. 20 Kamiński wrócił do domu. Z bardzo prozaicznego powodu - musiał zdążyć na ostatni autobus do Nowego Duninowa... - Na drugi dzień poszedłem normalnie do pracy. Był spokój - przyznaje. - A 28 czerwca zorganizowano wiec poparcia dla władzy, najpierw u nas na bazie, w Naftoremoncie, a potem wsadzano ludzi w autobusy i wieziono pod teatr. Chodziło o to, żeby pokazać tę "inną, zdrową siłę w narodzie", potępić nas, "warchołów" - jak określił nas Gierek. Nie pojechałem, namawiałem innych, żeby też nie jechali. I byłem rozczarowany, że jednak część osób, która zgadzała się ze mną, w końcu wsiadła do tego autobusu...

Na wychowanie

Po demonstracji rozpoczęły się represje - dalsze aresztowania, ścieżki zdrowia, zwolnienia z pracy.

1 lipca Kamińskiego nie wpuszczono nawet na teren zakładu. Kadrowa w biurowcu bez słowa wręczyła mu zwolnienie dyscyplinarne. Razem z nim pracę straciło jeszcze sześć osób. Pan Henryk odwoływał się od tej decyzji, najpierw w Płocku, potem w Warszawie. Bezskutecznie. Na sprawie w Warszawie dowiedział się tylko, że do akt dołączono uchwałę podjętą przez partyjny komitet zakładowy i związki zawodowe (właściwie też partyjne) Naftoremontu. Poparto w niej decyzję o wyrzuceniu go z pracy. I nazywano "warchołem".

Kamiński stracił dobre stanowisko, sensowną pensję, szansę na podwyżkę, mieszkanie i wyjazd zagraniczny. A także dobrą opinię, bo w świadectwie pracy widniało zwolnienie dyscyplinarne, które równie dobrze można było dostać np. za kradzież. Rozpoczęła się tułaczka po Polsce i kolejnych zakładach pracy. W pierwszym, gostynińskim Polamie, od razu zapowiedziano, że przyjmują go na "wychowanie".

- Jakoś mnie jednak nie wychowali - śmieje się dziś nasz rozmówca. - Rok 1980 zastał mnie w Żegludze Warszawskiej na Radziwiu. W Płocku działał już region "Solidarności" na Stanisławówce, wezwali mnie tam, spytali, czy to ja jestem ten Henryk Kamiński z Czerwca '76. Przygarnęli mnie, zadzwonili do Naftoremontu. A tam natychmiast przyjęli mnie z powrotem. No tak, "Solidarność" miała wtedy ogromne wpływy, to było jeszcze przed stanem wojennym, było nas 10 mln ludzi... Dyrektor Naftoremontu, ten sam, który mnie zwalniał, poklepał mnie po plecach. "Panie Henryku - powiedział - zapomnijmy o tym, co było".

Kamiński jednak nie zapomniał, działał w "Solidarności", współtworzył układy zbiorowe w zakładzie. I walczył, a właściwie walczy do tej pory - bo jego kolejny wniosek jest znowu w sądzie - o to, by uznać to jego dyscyplinarne zwolnienie za niezgodne z prawem.

- Nie żałowałem tego czerwca i nie żałuję. Bo dziś w lustrze mogę sobie spojrzeć w twarz z czystym sumieniem. A ta data wchodzi w skład innych... 1956, 1968, 1970, 1976... To wszystko były podstawy "Solidarności". Ten płocki zryw był wyciszony, potem dużo mówiło się o Ursusie, Radomiu, a o nas nie. Pod koniec lata miały być u nas centralne dożynki z udziałem Gierka. Kto to widział, żeby pierwszy sekretarz przyjeżdżał do miasta "warchołów". Ale to był bardzo ważny moment, ludzie wyszli na ulicę, w Radomiu, Ursusie, Płocku. W stu innych miastach były wiece, zebrania, dyskusje niezadowolonych ludzi - podsumowuje pan Henryk. - A gdybym mógł cofnąć czas... Gdybym mógł, to angażowałbym się jeszcze bardziej.

-----

Cytaty pochodzą z książki Jacka Pawłowicza i Pawła Sasanki " Czerwiec 1976 w Płocku i województwie płockim"

Tekst ten opublikowaliśmy po raz pierwszy w czerwcu 2016 r.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    zamiast komentarza-,,Heniek co Ty p..........sz.Czasami warto pomysleć co sie mówi-a nie ględzić co slina na ozór przyniesie.Przecież ludzie cie w płocku znaja................... To może jako ANEKS opowiesz o tym godnym zyciu za czasów o które tak obficie przelewałeś(no chyba gorzałe-bo nie krew).Może opowiesz o losach swojej firmy,o ludziach którzy tam pracowali ?co dzisaiaj robia i jak sobie postyropianowy czas chwala................ Chyba niegłupim był ten-co pierwszy rzekł-MILCZENIE ZŁOTEM
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    A tera to ty jesteś przy korycie i żresz nasze pieniądze. Nić się nie zmieniło koryto te same tylko świnie inne
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Warchoł pozostanie warchołem. Ciekaw jestem czy się zastanawia do czego doprowadziło jego pieniactwo.Odpowiem do tysięcy samobójstw, milionów bezrobotnych i wykluczonych.
    @slaw-102 Jesteś łajno
    już oceniałe(a)ś
    2
    2
    @Stanisław Ryfka Pozostały Ci tylko inwektywy. W tym zawsze byłeś dobry.
    już oceniałe(a)ś
    1
    2