Nad Płockiem wstawał kolejny jesienny dzień. Wschodni skraj nieba rozjaśnił się na tyle, by wyłączyły się latarnie. W mieście zaczynał się poranny ruch. W miarę upływu czasu z miejskiej sypialni wyjeżdżało w kierunku centrum coraz więcej samochodów, a ludzie w autobusach dosypiali ostatnie minuty przed wypiciem drugiej już porannej kawy i rozpoczęciem pracy.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W blokach zapalały się światła w kuchniach, w których matki przygotowywały drugie śniadania dla swoich dzieci przed wysłaniem ich do szkoły i codziennym maratonem po tańszych warzywniakach, ciuchlandach i galeriach dla osłody.

Na skrzyżowaniu przy Auchan trwała zażarta kłótnia między kierowcą małego volkswagena a kierowcą opla o to, który z nich dłużej miał zielone. Tuż za nimi tworzył się korek, bardziej dla zasady niż z potrzeby - wszak trzeba było dobrze zobaczyć uszkodzenia, by je potem komentować po drodze do biura, niż skorzystać z innych pasów na drodze i objechać stłuczkę.

Mateusz spojrzał na zegarek. Zdąży - daleko nie ma - byle do wiaduktu. Potem odbije w osiedle na Międzytorzu i uliczkami dojedzie na Otolińską. Zapowiada się wspaniały dzień. Mógłby dziś obchodzić miesięcznicę, gdyby chciał, ale pierwsza wypłata wpadnie dopiero za kilka dni. Więc nie chce. Cieszy się, że ma pracę i z tej radości włącza radio.

Ku jego rozczarowaniu słychać jedynie szum i trzaski.

Korek przed nim ruszył, więc i on nacisnął gaz. Samochodem przez chwilę szarpnęło, silnik zakrztusił się, a kontrolki na tablicy rozdzielczej przygasły. Po trzech sekundach wszystko wróciło do normy, a Mateusz odetchnął z ulgą, że odkładana z miesiąca na miesiąc naprawa uległa dalszemu samoprzełożeniu.

Nikt nie spojrzał w górę. Tylko kot, który wracał z nocnego polowania na Grabówce, podniósł pyszczek i rzucił okiem w górę, ale wcale nie przejął się widokiem.

***

Z góry miasto wyglądało malowniczo. Główna arteria przecięta pomarańczową, grubą kreską, otoczona klockami bloków i domków jednorodzinnych. Obok stacja przesyłu prądu otoczona zasiekami ze słupów energetycznych niosących prąd do odleglejszych miejsc w Płocku lub zsyłająca go do podziemnych kabli. Dalej szara wstążka rzeki, rozlewająca się wokół Kępy Ośnickiej i wpadająca w równie szary horyzont. Po drugiej stronie rzeki szerokie pole, martwe, brązowe, okolone miedzami i żółknącymi wierzbami. Obok hektary łąk i nieużytków. Jeszcze dalej - las.

Piękna wycieczka krajoznawcza. Warto było wykupić trzy bilety i dokupić opcję wypożyczenia pojazdu na własny użytek. Trasa Mars-Ziemia-Wenus last minute, wypatrzona wśród ofert Międzygalaktycznego Biura Wycieczkowego. Za pół ceny!

Mars nie był za ciekawy. Czerwony pył wciskał się wszelkimi otworami do kombinezonów, zapchał dysze i trzeba było popchnąć statek, żeby silnik zaskoczył. Za to Ziemia Kolorowa, większa i można biwakować bez obawy wytrzepywania z butów czerwonego piachu. A ile istot żywych! Co za katalog roślin i owadów! Ile kręgowców! Będą mieli nie tylko wspaniałe wspomnienia, ale również bardzo dobre prace.

Wykupiona wycieczka stanowiła nie tylko zasłużone wakacje, ale również była częścią prac w terenie, które mieli zaliczyć w szkole w kolejnym semestrze. Zadanie miało polegać na opisie życia na trzech wybranych planetach, analizie składu powietrza, rozprawce na temat istnienia ras rozumnych i paru innych rzeczach.

Byli kumplami, odkąd pamiętali. Mieszkali na tym samym osiedlu i chodzili do tej samej klasy. Zgodnie zimowali jeden rok, ponieważ nie pojmowali zagadnień związanych z fizyką kwantową trzeciego stopnia. Na szczęście dla nich zmienił się potem system nauczania, bo stwierdzono, że to do życia nie jest potrzebne. Wprowadzono za to koegzystencję z innymi gatunkami.

Statek kosmiczny skierował się nad rzekę i leciał wzdłuż jej koryta. Po minięciu mniejszego mostu wszyscy trzej popatrzyli przez przezroczystą kopułę spodka jak przez okno. Poniżej, przy rzece, znajdowało się niewielkie jeziorko otoczone kolorowymi drzewami. Kusiło. Spojrzeli na siebie i kiwnęli głowami.

Primus zmniejszył ciąg i skierował statek w dół. Jako jedyny miał licencję pilota, więc teraz on siedział za sterami, co nie oznaczało przecież, że siedział tam przez cały czas. Kilkakrotnie zmieniali się po drodze, no bo jak inaczej? Przecież byli na wakacjach, z daleka od wszelkiej wyższej cywilizacji i co im ktoś mógł zrobić? Secundo omal nie wleciał w księżyc, ponieważ zagapił się na przelatujące obok laski z Uranu, które machały im szaleńczo przez szerokie okna własnego różowego stateczku. Tercen zabrał mu wolant i wyrzucił z fotela pilota. Secundo obraził się przez chwilę, ale po puszce energetyka trochę mu przeszło.

Primus miękko posadził maszynę na trawie przy jeziorku i zgasił silnik. Rozciągnął się na fotelu pilota i ziewnął głośno.

- Najwyższy czas na relaks - powiedział.

***

Mateusz wysiadł z samochodu ustawionego pod blokiem i przebiegł przez ulicę na drugą stronę skrzyżowania. Przywitał się przy bramie z wyjeżdżającymi kolegami i otworzył wejściowe drzwi. W nos uderzył go zapach świeżo zaparzonej kawy. Cudownie! Podszedł do swojej szafki, sięgnął po kubek i nalał sobie porcję ożywczego napoju.

- I jak? Gotowy? - zagadnął go Przemek, jego kolega z patrolu i swego rodzaju mentor.

- Jak pierwszego dnia - uśmiechnął się żółtodziób.

- To dobrze. Dostaliśmy patrol na Winiary, Parowę i Kobiałkę. Podobno tam są jakieś dzikie wysypiska, musimy sprawdzić, czy da się ustalić sprawcę. Ogarnij się, za piętnaście minut wyjeżdżamy! - zawołał Przemek i wcisnął długopis do uchwytu tuż obok notatnika.

Mateusz założył ciemnogranatowy sweter z naszywkami. Na głowę założył czapkę z daszkiem i otokiem w postaci trójrzędowej szachownicy w kolorze żółto-granatowym oraz orłem. Sprawdził raz jeszcze, czy jego znak identyfikacyjny jest umocowany prosto i sięgnął po pas. Z satysfakcją zapiął go na ostatnią dziurkę, świadom swojej dobrej kondycji. Uśmiechnął się na wspomnienie testu sprawnościowego. Bułka z masłem.

- Młody! Idziemy! - usłyszał Przemka.

Przemek zajął miejsce za kierownicą i przekręcił kluczyk. Ostrożnie wyjechał z bramy i włączył się do ruchu. Na skrzyżowaniu z Mickiewicza skręcił w prawo i utrzymywał ten kierunek aż do skrzyżowania z Łukasiewicza. Znów skręcił w prawo, a potem skręcił w lewo, w Kobiałkę.

- Coś taki małomówny - zagadnął Mateusza. - Zwykle ci się gęba nie zamyka, jak jedziemy na patrol.

- A tak jakoś Trochę źle spałem i martwię się o samochód. Dziś rano znowu mi chciał nawalić w trasie, ale chyba się opamiętał. Jeszcze jeden taki numer i będę musiał go wstawić do warsztatu.

- Mieć brykę - wygoda, ale jeszcze większa mieszkać blisko roboty - roześmiał się Przemek.

- No, nie każdemu Bozia dała - odgryzł się Mateusz. - Powiedz mi lepiej, co mamy dziś w planach.

-Mówiłem przecież. Nie słuchałeś mnie? Śledztwo, sprawozdanie, notatka służbowa do Urzędu Miasta i w nasze papiery, i koniec. A potem zobaczymy, co przyjdzie z centrali.

***

Kopuła spodka była podniesiona i odchylona na jedną stronę. Trzej kumple stali przez chwilę i wdychali świeże powietrze, patrząc na drugi brzeg rzeki. Z tyłu mieli ścianę drzew, zalew i wysoką na 50 metrów skarpę. Tercen odwrócił się i z niesmakiem spojrzał na statek.

Podłogę zaściełały papierki po przekąskach i opakowania po napojach. Pod główną konsolą zalegały pudełka po jedzeniu na wynos, które zakupili jeszcze na macierzystej planecie.

- Trzeba posprzątać, chłopaki.

Statek nie był duży, choć był bardzo wygodny. Jednym słowem - klasyk, dwa złożone ze sobą głębokie talerze, z czego górny był przezroczysty. Na nim wyświetlane były najważniejsze komunikaty o parametrach lotu. Można było również oglądać na nim filmy załadowane do podręcznej biblioteki. Kopuła otulała kokpit i pozwalała podziwiać widoki z każdej strony. W środku pokładu znajdowała się drabinka prowadząca na dolny pokład, na którym znajdowały się trzy koje i stolik z trzema przymocowanymi na stałe krzesełkami. Cały statek opierał się na trzech mocnych podporach, pomiędzy którymi znajdował się wylot dyszy silnika.

- Sam sobie sprzątaj - wypalił Secundo, jak zwykle skory do współpracy. - Muszę odsapnąć i porobić notatki, póki pamiętam.

Tercen spojrzał na Primusa, szukając u niego wsparcia.

- Za chwilę wszyscy weźmiemy się do roboty - uspokoił Tercena Primus i sięgnął po dziennik lotu. - Ja też muszę poświęcić chwilę na papierkową robotę.

- Dobra, dobra - podniósł ręce Tercen. - Tylko trzymam was za słowo. Idę na rekonesans.

Po naciśnięciu guzika, leżącego po drugiej stronie wielkiego zawiasu, na którym odchylała się kopuła statku, w dół opuściła się metalowa składana drabinka. Tercen zszedł po niej i pogwizdując ruszył przed siebie.

Po lewej stronie biegła droga z płyt betonowych, po prawej znajdowało się jezioro, z tkwiącymi w nim urządzeniami do letnich zabaw w wodzie. Na piasku stało urządzenie, które Tercen zidentyfikował jako wieżę ratownika. Z całej paczki to on był najlepiej przygotowany do wycieczki, bo przed wylotem przejrzał "Krótki przewodnik po układzie Sol". Primus trzymał wszystkich razem, pacyfikował, kiedy było trzeba i, oczywiście, naprawiał wszelkie możliwe urządzenia. Secundo zaś Secundo był po prostu sobą. Szkoda słów, ale nie wyobrażał sobie paczki bez niego. Najlepsze draki były generowane przez Secundo. Po prostu dbał o rozrywkę wszystkich wokół.

Tercen odgarnął na bok zwisającą gałąź drzewa i zatrzymał się gwałtownie. Para ludzi spojrzała na siebie. Jak na komendę odwrócili się i pognali, najpierw po zielonym terenie, a później po schodach w górę skarpy. Tercen pobiegł w stronę statku.

- Chłopaki, musimy szybko ogarnąć statek. Lokalsi są w pobliżu - zawołał z daleka.

***

- Wóz patrolowy 45! - rozległo się w głośniku.

- Zgłaszam się, wóz 45! - Mateusz chwycił końcówkę radiostacji.

- Jesteś najbliżej! Jedź szybko nad Sobótkę. Jakaś młoda para widziała tam dziwne zwierzę i coś bredzą o UFO. Sprawdźcie to. Zameldujcie. Bez odbioru - zatrzeszczał głośnik.

- No, Mateusz, masz szansę na prawdziwą akcję - roześmiał się Przemek. - Naprawdę, że ludzie potrafią się tak napruć

***

Wóz patrolowy wjechał od strony Parowy na betonowe płyty drogi prowadzącej wzdłuż brzegu Wisły. Przemek zwolnił i zaczęli się rozglądać, choć nie spodziewali się potwierdzenia zgłoszenia. Pijak śpiący na ławce, pies w studzience, źle zaparkowany samochód - tak, to mogło się zdarzyć, ale UFO?!

Nagle zza drzew wyłonił się niecodzienny widok.

Niebieska skoda van prawie stanęła na masce od gwałtownego hamowania.

- Ja pier - wydyszał Przemek. Mateusz nie wydusił z siebie słowa.

Przy spodku krzątało się dwóch najprawdziwszych kosmitów. Wypisz, wymaluj takich, o jakich mówiono od lat. Mali, góra metr pięćdziesiąt, zieloni na twarzy, z czarnymi oczami, bez nosa, ze szparą zamiast ust, czułki na głowie i trąbki zamiast uszu. Nosili srebrne kombinezony ciasno opinające ich bardzo szczupłe ciała.

Jeden z nich wytrząsał właśnie kubeł śmieci na zewnątrz statku, zrzucając je bezpośrednio z pokładu w krzewy poniżej, drugi stał pod spodkiem i długą gałęzią wygrzebywał z dyszy coś, co wyglądało jak sadza, tylko o srebrnozielonkawym kolorze. Trzeci stał tyłem do wszystkich i najwyraźniej sikał na pień drzewa.

- Jasny gwint! - wykrzyknął Mateusz. - Ty widzisz, co oni robią?

- To UFO - wysapał Przemek.

- No widzę przecież! Ale czy widzisz, co oni robią?!

Starszy stopniem strażnik nie mógł otrząsnąć się z wrażenia. Zastygł w bezruchu za kierownicą, z otwartymi ustami i wzrokiem wlepionym w latający talerz.

Mateusz wysiadł z samochodu, poprawił pas i zdecydowanym krokiem podszedł do statku. Trzej kosmici przerwali prowadzone czynności i spojrzeli na strażnika.

- Czy można wiedzieć, co się tu wyrabia?! - Mateusz dość nieregulaminowo przystąpił do czynności służbowych.

Sikający kosmita, skończywszy to, co zaczął jakiś czas temu, zapiął zamek w spodniach kombinezonu i wrócił do statku. Stanął obok grzebiącego patykiem w rurze wydechowej i coś zaćwierkał.

- Wysikać się chciałem - powiedział Tercen uśmiechając się przepraszająco, poprawiając ubranie w kroku. - Przypiliło mnie, no co?

- I pewnie teraz o to jest awantura - odparł Primus.

Mateusz wyszarpnął bloczek mandatów karnych z torby przytroczonej do pasa i wyciągnął długopis z kieszonki swetra. Zgorszonym wzrokiem rozejrzał się wokół statku. Tuż obok piętrzył się stosik śmieci wszelakiego rodzaju, mniej lub bardziej przypominających te powstające na Ziemi. Na kupce znajdowały się pojemniki przypominające puszki po napojach, papierki po kosmicznych batonach, opakowania po jedzeniu na wynos, jakieś gazety zgniecione w kulkę i wiele innych, o których ziemianin nie miał pojęcia. Tuż pod statkiem leżał kopczyk - Bóg wie czego. Może jakiejś radioaktywnej substancji. Albo żrącej. Albo trującej! No i ta czynność fizjologiczna! Zgroza!

- To, że przylecieliście z głębin kosmosu, nie upoważnia was do zachowywania się jak kosmiczne świnie! Kto to słyszał, żeby przylatywać na obcą sobie planetę i robić taki straszny bałagan! - grzmiał strażnik, machając bloczkiem mandatowym.

Trzej kosmici popatrzyli na siebie i zaćwierkali między sobą. Stojąca przed nimi istota znajdowała się w stanie najwyższego zdenerwowania. Jej ciśnienie tętnicze było w górnej granicy wytrzymałości układu krwionośnego, pole elektryczne mózgu wykroczyło poza określone fizjologią tego gatunku, a aparat mowy zdradzał początki zużycia od nadmiernego wysiłku. Tak, ta istota była zdecydowanie przedstawicielem gatunku rozumnego i najwyraźniej chciała coś przekazać. Trzymane w ręku przedmioty mogły być przedmiotami religijnymi lub podobnymi.

Secundo sięgnął pod siedzenie po uniwersalny translator. Powciskał kilka guziczków i z głośniczka popłynęło tłumaczenie ziemiańskiego.

- Wy, pozaziemskie stwory, chyba nie myślicie, że coś takiego ujdzie wam płazem! TY - ziemianin wycelował palcem w Tercena - dopuściłeś się nieobyczajnego wybryku, publicznie, a nawet w obecności strażnika miejskiego! Dostaniesz za to grzywnę! I to maksymalną!

Mateusz przysunął się bliżej Primusa i wskazał wbite w podłoże trzy potężne nogi statku kosmicznego. Trawa była wgnieciona, mniejsze krzewy połamane, a miejsce tuż pod wylotem z silnika wypalone do gołej ziemi.

- Zniszczyliście zieleń na terenie przeznaczonym do użytku publicznego. Przecież tu trawa już nie odrośnie, bo teren jest napromieniowany. Czy wy wiecie, jak obniży to atrakcyjność tego terenu dla mieszkańców? - Mateusz punktował każde słowo uderzając długopisem w bloczek mandatowy. - Tego też wam nie daruję i też dam maksymalną wysokość grzywny. Jak się ktoś rozbija statkiem kosmicznym po planetach, to go stać.

Primus zbaraniał. W większości przypadków był pierwszym, który nawiązywał kontakty z obcymi cywilizacjami, ale gwałtowność, z jaką zostali przywitani, kompletnie go zaskoczyła.

- No i wreszcie, ty, tam na górze! - strażnik cofnął się kilka kroków, by lepiej widzieć Secundusa na czubku spodka. - Zanieczyszczasz miejsce publiczne swoimi śmieciami. Myślisz, że to takie zabawne? Tu dzieci się bawią! Myślisz, że kto to będzie po tobie sprzątał?!

Przemek, siedzący za kierownicą, ocknął się. Patrzył na rozgrywającą się na jego oczach scenę. Był pełen szacunku dla młodego, który miotając się pomiędzy kosmitami, nie okazywał żadnego strachu. Mało tego - nie zapomniał ani języka w gębie, ani artykułów z Kodeksu wykroczeń. Był z niego dumny. Postanowił, że wspomoże kolegę po fachu. Wysiadł z samochodu i skierował się do bagażnika.

Tymczasem kosmici poczuli się dość niepewnie. Początkowa nadzieja na nawiązanie pokojowego kontaktu rozwiała się. Tercen i Primus zaczęli się cofać przed napierającym Mateuszem, który niemal dwukrotnie przewyższał ich wzrostem, nie mówiąc o posturze. Co chwila wypełniał kolejne mandaty i z wściekłością wkładał je za kołnierz Primusowi.

Secundo obserwował z góry rozgrywającą się scenkę rodzajową i w pewnym momencie wypalił:

- Jazda, chłopaki, spadamy!

Tercen i Primus obiegli spodek - strażnik za nimi - chwycili drabinkę i z pomocą Secundo wdrapali się na pokład. Za naciśnięciem jednego guzika przezroczysta kopuła zaczęła opadać, a za naciśnięciem drugiego z dyszy buchnął dym z pierwszego zapłonu.

Tymczasem od strony samochodu służbowego zdążał Przemek z blokadą na koła. Rzucił się szczupakiem w stronę potężnych podpór, żeby zdążyć założyć blokadę i uniemożliwić odlot UFO, jednak nie przewidział, że w przeznaczeniu blokad na koła nie uwzględniono zakładania ich na metalowe słupy, które unoszą się. Ku jego wielkiemu rozczarowaniu noga lądownika wysunęła się z blokady. Patrzył bezradnie, jak podpory składają się i nikną we wnętrzu unoszącego się spodka.

Z góry patrzyli na nich kosmici z wielkim zdziwieniem w czarnych oczach. Statek coraz szybciej unosił się, aż zniknął w chmurach.

Mateusz aż sapnął:

- Ja bym im jeszcze wlepił mandat za przekroczenie szybkości.

Przełomowy rok w życiu Donaty Giuliani

"Lądowanie nad Sobótką" to opowiadanie, jakie Donata Giuliani wysłała na ubiegłoroczną (a w sumie już siódmą!) edycję konkursu ogłoszonego przez Płocki Klub Fantastyki Elgalh'ai, przy okazji organizowanego przez klub konwentu, opatrzonego równie piękną nazwą - Elgacon.

Elgalh'ai jak co roku wyznaczył temat utworu, tym razem brzmiał on: "Bliskie spotkania czwartego stopnia - Płock". Chodziło o spotkanie z obcą cywilizacją na lokalnym gruncie.

Chrapkę na główną nagrodę miało wielu autorów opowiadań o tematyce fantastycznej, ale wygrała właśnie ona, Donata Giuliani. W jej "Lądowaniu nad Sobótką" przybysze z kosmosu muszą zmierzyć się z pewną bardzo prozaiczną częścią ziemskiej rzeczywistości... Nie będziemy jednak zdradzać nic więcej, jeśli jesteście ciekawi - czytajcie obok.

My tymczasem przedstawimy wam nieco bliżej utalentowaną literatkę. Na co dzień urzędniczka, szefowa ratuszowego oddziału gospodarowania odpadami. Skończyła zarządzanie i marketing w Szkole Wyższej im. Pawła Włodkowica, potem studia podyplomowe poświęcone zarządzaniu ochroną środowiska.

Pisze od czasów Małachowianki. Jej debiut to udział w XX Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim o Nagrodę "Jesiennej Chryzantemy" w roku 1994 (zdobyła w nim wyróżnienie). W 1999 została laureatką Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Stefana Themersona, fragmenty jej konkursowej powieści wydrukował wtedy magazyn "Gościniec Sztuki".

Najbardziej fascynujące są jednak zainteresowania Donaty Giuliani. Oto one: nauki ścisłe, niekonwencjonalna historia Ziemi, zjawiska paranormalne, zbiory Mandelbrota i fraktale. Do tego rzecz jasna literatura, haft, gry strategiczne, woltyżerka i rysunek.

Jak opowiada, 2015 był przełomowym rokiem w jej życiu. Zatęskniła za dawną pasją - strzelaniem z łuku. Dołączyła więc do Płockiej Grupy Rekonstrukcyjnej (na zdjęciach na okładce i powyżej oglądacie ją właśnie w tym "rekonstrukcyjnym" stroju), prócz tego odważyła się zapisać na kurs orientalnego tańca brzucha, biega, bo chce ukończyć runmageddon. I pisze.

Prócz tego ma męża i dwójkę dzieci.

- Nie jestem jakąś niezwykle płodną autorką opowiadań fantastycznych, piszę je raczej na potrzeby konkursów, ad hoc - uśmiecha się nasza bohaterka. - W ub.r. brałam udział także w tym organizowanym przez Mazowiecki Klub Fantastyki Tawerna. Z innym opowiadaniem. I także wygrałam!

Giuliani przyznaje jednak, że ma jedną gotową powieść w szufladzie. I... kolejne trzy, powstałe w okresie licealnym. - Teraz musiałyby przejść przez szlif dorosłości - mówi autorka.

Czy to fantastyczne pisanie przydaje się jej w pracy? - Nie, to dwa zupełnie różne światy. W pracy obowiązuje pełna powaga i ścisłe przepisy prawa. Ale same pisarskie umiejętności, łatwość w budowaniu zdań wykorzystuję przy pisaniu raportów i sprawozdań. Bardzo to lubię! - zapewnia pani Donata.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem