Wszyscy - socjaliści, liberałowie, monarchiści, prawica, lewica, centrum - powinni się dobrze czuć w Kościele i niech nas Pan Bóg broni przed wykluczaniem kogoś - mówi ojciec Wacław Oszajca, który po świętach poprowadzi misje parafialne w Rogozinie
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Aleksandra Dybiec: Jak zmieniliśmy się od ostatniej Wielkanocy? Chyba że żadnych zmian nie ma...

O. Wacław Oszajca, jezuita, teolog, publicysta, poeta: - Są, są, niestety. Bardzo mnie martwi to, co dzieje się w Polsce. Nie chcę wchodzić w sprawy polityczne, bo nie jest to moja działka, ale nie da się ukryć, że polityka wpływa na naszą mentalność, system etyczny. Boli mnie, że nasz naród tak strasznie się przez politykę podzielił. Oczywiście dobrze, jeśli są różne partie, obóz rządzący, opozycja, bo są spór, dialog, dyskusja. Ale jeśli zaczyna być to podszyte nienawiścią, to jest po prostu niszczące.

Tej obopólnej nienawiści jest chyba coraz więcej.

- Na szczęście w społeczeństwie uwidacznia się ona w znacznie mniejszym stopniu, bo jednak za chwilę będziemy musieli zasiąść wspólnie do świątecznego stołu, podzielić się jajkiem. Część ludzi potrafi zachować dystans. Niepokoją mnie natomiast politycy, którzy spychają dyskusję na płaszczyznę moralną, chcą wykluczyć część obywateli, która nie zgadza się z ich poglądami. W takich zachowaniach odczuwa się nienawiść.

Często polityka wchodzi do rozmów przy rodzinnym stole. Niektórzy wręcz boją się tych świąt, a raczej kłótni na takie tematy.

- Mam nadzieję, że wielkanocne śniadanie, zresztą tak jak wieczerza wigilijna, daje możliwość posmakowania nie tylko znakomitych potraw, ale także innego podejścia do ludzi. Tolerancji, otwartości i odwagi, żeby nie bać się odmiennych zdań. Przecież w rozmowach można nawiązać do polityki, trzymając przy tym emocje na wodzy. Bo prawda jest taka, że wszystkie totalitarne systemy są bezsilne, dopóki człowiek sam nie podda się nienawiści. Niech ta świadomość będzie naszym wspólnym bogactwem. Przypomniało mi się też w tym kontekście, co mówił św. Jan Vianney: "Nie mów ludziom o Bogu, kiedy nie pytają, ale żyj tak, by pytać zaczęli". Tak samo powinno być z polityką.

A czy sam Kościół jest otwarty na i dla wszystkich, skoro często dość jednoznacznie wypowiada się w kwestiach politycznych? Czy mają do niego wstęp np. członkowie Komitetu Obrony Demokracji, zwolennicy Platformy Obywatelskiej, czytelnicy "Gazety Wyborczej"?

- Kościół to wszyscy ochrzczeni ludzie. A papież, biskupi, proboszczowie, wikariusze mają temu Kościołowi służyć. Jeśli przyjmiemy taki punkt widzenia, to stanie się oczywiste, że duchowni nie mogą ludzi z Kościoła wypychać, ale ich do niego przygarniać. Poza tym pamiętajmy, że Kościół nie ma swojego systemu politycznego, byleby katolik nie był zwolennikiem ideologii zbrodniczej, jak komunizm czy faszyzm. Wszyscy - socjaliści, liberałowie, monarchiści, prawica, lewica, centrum - powinni się dobrze czuć w Kościele i niech nas Pan Bóg broni przed wykluczaniem kogoś.

Często nawet z kościelnej ambony słyszy się nawoływania do jedynie słusznych poglądów. Rozumiem, że ci o innych nie powinni się tym przejmować i śmiało przychodzić do świątyni?

- Oczywiście, że tak. Ludzie mają nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek dbania o swój kościół, parafię, wspólnotę. A nie widzę przeszkód, by w radzie parafialnej zasiadał człowiek niewierzący albo innej religii, jeśli tylko czuje się członkiem parafii. Podobno mamy być ekumeniczni, poznawajmy więc siebie nawzajem.

Wróćmy do nadchodzącej Wielkanocy. Myśli ksiądz, że w tym całym zakupowym szaleństwie, kolorowych jajkach i zajączkach, słowem - wszechobecnej komercji, święta znaczą dla nas jeszcze coś więcej?

- Myślę, że dla każdego znaczą co innego, a ja nie chciałbym nikomu narzucać sposobu świętowania. W naszym społeczeństwie są przecież także ateiści, którzy mają prawo obchodzić święta po swojemu. Swoją drogą warto z ateistami poświętować, by posłuchać, jakie mają zastrzeżenia. A poza tym pamiętać, że w tych świętach nie chodzi o śmierć człowieka, ale de facto o życie. Dobrze ujął to Leszek Kołakowski w eseju "Jezus ośmieszony", w którym tłumaczy, że jeśli nie ma Królestwa Bożego, czyli takiego świata, o jakim mówi Jezus, to każde ludzkie życie jest przegrane. Warto posłuchać tego filozofa.

A świąteczna komercja naprawdę księdza nie irytuje?

- Kiedyś tak, ale teraz myślę, że może to i dobrze, że już po Zaduszkach wianki przerabiane są na choinki, a po Bożym Narodzeniu - bombki na pisanki. Może komercja tak nas ograbi z mniej ważnych, drugorzędnych rzeczy, że sięgniemy po to, co głębiej.

Warto jednak pamiętać, że różne zachowania okołoświąteczne były od zawsze. Na wsiach przed Wielkanocą stawiało się np. słupy posmarowane mydłem, a na ich wierzchołkach kładło się pół litra wódki i zakąski. No i chłopaki mogli się popisać, który sprawniejszy. Było też toczenie pisanek po zboczu czy stukanie się jajkami. Podchodzę do tych zwyczajów z ogromnym szacunkiem, sam jestem ze wsi, pamiętam, jak te wszystkie obrzędy trzeba było samemu zrobić. Teraz idziemy po wszystko do sklepu i to może być niepokojące. Kiepsko bowiem wygląda świąteczny stół, jeżeli cały zastawiony jest tym, co kupimy w hipermarkecie. Barszcz czy babka zrobione w domu są wyrazem naszej miłości i troski o rodzinę.

Co jeszcze ksiądz pamięta ze świąt swojego dzieciństwa?

- Pochodzę z Zamojszczyzny, ale chyba nie było jakichś szczególnych odrębności między regionami. Rano szliśmy na rezurekcję, ale w latach mojej wczesnej młodości liturgia była w języku łacińskim. Nie za wiele więc z tego rozumiałem, ale lubiłem samą atmosferę świąt. Wschodziło słońce, szło się do kościoła, człowiek był głodny po poście. A potem goniło się do domu na złamanie karku, bo kto pierwszy przyszedł po rezurekcji do wsi, ten pierwszy zaczynał żniwa. No i było wielkanocne śniadanie.

Co się na nie jadło?

- Przede wszystkim mój ulubiony biały barszcz, który na kilka dni przed świętami zaczynała robić moja mama. W słoju lub w garnku zalewała kromki razowego chleba, dodawała sól, czosnek. W Wielką Sobotę w innym garnku gotowała kość, czyli wywar. Na drugi dzień stawiała ten wywar na kuchnię, zalewała wcześniej zrobionym kwasem, potem zaciągała gęstą kwaśną śmietaną. Do tego barszczu wkrawała wszystko ze święconki: szynkę, kiełbasę, jajka, chleb, a nawet słodką bułkę, czyli babkę. A najważniejszy w święta był chrzan, ale nie tarty, tylko w wiórkach, które samemu zeskrobywało się z korzenia nożem. Dwa czy trzy wiórka takiego chrzanu kładło się na jajko i dopiero tata rozpoczynał składanie życzeń.

Dziś rzeczywiście wszystko można kupić, niektórzy korzystają z cateringu. Stoły wręcz uginają się od jedzenia, nie wiadomo, za co pierwsze się wziąć.

- Za mojej młodości, zwłaszcza na wsi, panowała bieda. W naszym domu było trochę lepiej, bo latem ojciec był cieślą, zimą - stolarzem, więc zawsze coś dorobił. Zabijało się świniaka, potem wędliny i kiełbaski wędziło się za stodołą. Były ciastka amoniaczki, później instruktorka z koła gospodyń wiejskich nauczyła nasze matki pieczenia biszkoptów, więc cała wieś się nimi opychała. Były pierogi z makiem i z marmoladą, kapusta na kości. Ale ja i tak najbardziej lubiłem ten barszcz. Teraz robi go moja siostra.

Czy symbole wielkanocne, jak np. baranek symbolizujący Chrystusa, też były wtedy takie istotne? Swoją drogą, dlaczego te symbole - baranek, pisanka, ale też krzyż, który adorujemy w Wielki Piątek - są dla nas tak ważne? Pomagają zrozumieć wiarę?

- Symbole były zawsze, sęk w tym, że dziś już niewiele nam one mówią. Inaczej baranka rozumie juhas czy baca, przekładając na swoje doświadczenia przypowieść o dobrym pasterzu i zagubionej owcy, ale dla mieszkańca miasta baranek może być po prostu słodkim elementem świąt. Krzyż też na ogół odbieramy nie tak, jak powinniśmy. Przyczynił się do tego m.in. niedobry film "Pasja" Mela Gibsona, w którym krzyż oznacza męczarnię, morze krwi, cierpienie. A to nie tak. Jezus cierpiał, ale najważniejsze jest to, co w Jego śmierci i męce nam się objawia. Źle też odbieramy tych, którzy wydali wyrok na Jezusa i przybili go do krzyża. Oni nie byli żadnymi zbrodniarzami, ludźmi bez serca i rozumu, tylko pobożnymi patriotami zatroskanymi o tradycję.

Patriotami??

- Tak. Jezus jawił im się jako zagrożenie, ktoś, kto może doprowadzić do buntu. A Żydzi byli wtedy pod panowaniem Rzymian i bali się, że Rzymianie wejdą i zaczną tłumić ten bunt. Woleli więc poświęcić jednego człowieka niż cały naród. Zresztą sam Pan Jezus usprawiedliwiał swoich oprawców, prosząc Ojca, by im przebaczył, bo nie wiedzą, co robią. W Jezusie było więc coś z matczynej troski, a to znaczy, że ta troska o każdego człowieka jest w Bogu. I to jest najważniejsze w Wielki Piątek - objawia nam się Bóg, który szuka sposobu, jak zawrócić nas z drogi, na której nic nas nie czeka oprócz śmierci i zła. Bóg nigdy nas nie odpycha, tylko próbuje ratować. To jest też istota Bożego miłosierdzia: Bóg jest niezmienny w swojej miłości bez względu na to, co robimy. Dobrze ujął to papież Franciszek, który powiedział, że Pan Bóg nie męczy się przebaczaniem i że Miłosierdzie jest Jego imieniem.

O tym będzie też ksiądz mówił na misjach parafialnych w Rogozinie?

- To będą krótkie rekolekcje, które obuduję myślą przewodnią - eucharystią. Ale nie eucharystią rozumianą jako obrzęd, tylko sposób życia. To tak jak z Kościołem - jest on nie tylko świątynią, do której przychodzimy na msze i nabożeństwa, ale Kościołem są też nasz dom, rodzina, małżeństwo. W Rogozinie chciałbym też powiedzieć, czym są wina i grzech, co to znaczy, że jemy ciało Chrystusa i pijemy Jego krew, a także, że modlitwa nie polega na gadaniu do Boga, bo On i tak wszystko wie, ale na słuchaniu tego, co On ma nam do powiedzenia.

Będzie miał też ksiądz nauki dla dzieci.

- Tak, ale będę się starał poruszać z nimi te same tematy. Nie mam 15 prawd, więc nie wyobrażam sobie, że miałbym co innego mówić do starych, młodych, panien czy kawalerów. Trzeba tylko dostosować sposób mówienia do odbiorców - gdybym do młodych ludzi mówił jak do teologów, to po prostu poumieraliby z nudów. Nie mówiąc już o tym, że nic by nie zrozumieli.

------

Misje w Rogozinie

- Będą to pierwsze misje parafialne w naszym kościele - podkreśla ks. Janusz Wiśniewski, proboszcz parafii pw. św. Faustyny Apostołki Bożego Miłosierdzia w Rogozinie. Potrwają od 30 marca do 3 kwietnia, poprowadzi je o. Wacław Oszajca. Codziennie będą msze św. i nauki, a ostatniego dnia nastąpi poświęcenie Krzyża Misyjnego.

Zaraz po misjach parafię czekają natomiast uroczystości związane z nawiedzeniem Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej (5-6 kwietnia).

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Ale bełkot. św. Faustyna w grobie się przewraca.
    już oceniałe(a)ś
    0
    1