Irena to mama, Alena - jej córka, a Misza to ich kotka, niebieski brytyjczyk. Do napisania tego tekstu o nich namówiła mnie właściwie znajoma.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Poznajemy losy uciekinierów jakoś tak grupowo, ale jak to jest, kiedy już zawitają pod czyjś dach? Opowiedz o tym – powiedziała.

Opowiem…

Nagła wiadomość

Nie byłoby tej historii, gdyby nie mój wspaniały syn (już nie mieszka w Płocku). Jak wszyscy ze zgrozą obserwował w telewizji bombardowanie miast ukraińskich, tłumy uchodźców na granicach. Aż pewnego dnia na początku zeszłego tygodnia zatelefonował: – Mamo, jadę na dworzec w Warszawie, oddałem pokój do dyspozycji dwóm osobom. Muszę coś zrobić, nie mogę się tylko przyglądać.

Właśnie do stolicy pociągi zwoziły kolejne tysiące, głównie kobiet i dzieci, z Ukrainy. W internecie pojawiła się platforma, na której można było wpisywać chęć przyjęcia uchodźców, krótko opisać swoje możliwości lokalowe.

Bartek napisał: „Udostępnię mały pokój z podwójnym łóżkiem, dla dwóch osób". Czyli swoją sypialnię w niewielkim mieszkaniu.

Już po godzinie oddzwoniła kobieta mówiąca po polsku, choć z wyraźnym wschodnim akcentem. Rozmowa była krótka: dwie kobiety i kot, za godzinę na Dworcu Zachodnim.

Przy pełnym wsparciu kolegów Bartek od razu wyszedł z pracy. Najpierw do domu: szybka zmiana pościeli, przygotowanie ręczników, co jeszcze? Podpowiedzi popłynęły już od nas, z Płocka. I zaraz na dworzec, najpierw wysłał SMS-em fotkę swoją i swojego auta z numerami rejestracyjnymi, żeby było łatwiej odnaleźć się w tłumie.

Prawda jest taka, że dwie panie, które mimo potwornego zmęczenia próbowały się uśmiechać, to była jakaś ulga. O wiele trudniej byłoby zaopiekować się straumatyzowaną mamą z płaczącym dzieckiem, zwłaszcza singlowi, który określa się mianem pustelnika. Drogę do domu urozmaicały próby porozumienia się w trzech językach: po ukraińsku (one), po polsku (Bartek), po angielsku (Alena trochę zna ten język, ale też szło koślawo). Panie cały czas patrzyły w ekran smartfona, świat właśnie truchlał na wieść o tym, że płonie elektrownia jądrowa w ich Zaporożu.

Na miejscu

Już w mieszkaniu naszym dziewczynom (tak szybko zaczęliśmy je nazywać) zostało pokazane, gdzie będą spać, gdzie jest łazienka, gdzie kuchnia z lodówką do ich dowolnej dyspozycji. Dziękowały. Uwierzcie mi, że te ciągłe serdeczne podziękowania są bardzo trudne do przyjęcia od kogoś, kto uciekł przed śmiercią, a dostał w gruncie rzeczy jakieś minimum pomocy. Bartek zostawił je, pojechał do pracy. Po powrocie o godz. 17 zastał pogaszone światła. W kuchni – torebkę z sucharami i wafelkami ryżowymi i zmyte po nim naczynia. One spały.

Poszedł ogarnąć żwirek i karmę dla kota – spały. Spały, spały… Dopiero po godz. 23 zaczęły się budzić, z sypialni dobiegał stukot klawiszy na telefonie.

W końcu komunikat: – A teraz wcinają kanapki!

Nigdy bym nie przepuszczała, że taka informacja potrafi przynieść tyle ulgi i rozczulić do łez… Aha, już wtedy wszyscy (Bartek i dziewczyny) przeszli na „ty".

Rozmowa między nimi a Bartkiem trwała długo w noc. Były nawet wybuchy śmiechu, kiedy translator przekazywał jakieś dziwaczne tłumaczenia. Wtedy i w kolejnych dniach dowiadywaliśmy się coraz więcej.

W Zaporożu zostawiły męża i ojca, który walczył, oraz babcię, dla której taka podróż byłaby nie do udźwignięcia. Zabrały ze sobą trochę rzeczy i pieniędzy, trochę jedzenia na drogę. Chciały się dostać do Poznania, bo tam są znajomi. Potem się wyjaśniło, że to przyjaciółka z dziećmi, która uciekła innym pociągiem, więc na jej pomoc nie można było za bardzo liczyć.

Obie dziewczyny przed wojną żyły dobrze; obie mają wyższe wykształcenie ekonomiczne, pracowały w księgowości i w banku, Irena już co prawda nie pracuje, Alena tak. Ma 27 lat, choć potrafi sprawiać wrażenie nastolatki: śliczna, chudziutka. Chciałaby mieć wygodne łóżko. A raczej – potrzebuje takiego, bo ma problemy z kręgosłupem. Ma też III grupę inwalidzką – rak zaatakował jej tarczycę, już została wycięta, ale dziewczyna musi brać leki przez całe życie. Teraz jest w remisji, leków starczy jej na trzy miesiące.

I jeszcze kot – jest kotką o imieniu Michelle, inaczej Misza, a dla przyjaciół Miszka.

Misza
Misza  Bartosz Lewandowski

Naleśniki

Rano obudziły się dość wcześnie i od razu wypadły ze swojego pokoju z radosną wieścią: – Ugasili! Ugasili pożar elektrowni!

My z Bartkiem zaczęliśmy, korzystając z Messengera, robić listę koniecznych kroków – co dalej? Lekarz dla Aleny, weterynarz dla Miszki, sprawdzić, jakie mają dokumenty, szukać kontaktu z Poznaniem…

Do pracy Bartek też musiał iść, więc zostawił im klucze, ale zapowiedziały, że nie ruszą się na krok.

Po powrocie czekał na niego obiad. – Naleśniki jak od taty – ocenił, co w skali smakowitości naleśników oznacza najwyższy poziom. Zdziwiły się, kiedy poczęstował je gruszkami w occie własnej roboty (Bartek jest superkucharzem w swojej kuchni), nie znały tego, stwierdziły, że smaczne, ale… zbyt dziwne.

W ogóle z kucharzeniem to była niezła polka. Panie odpędziły Bartka i same gospodarzyły. Usmażyły np. kurczaka (kurczak to u nich kurka). Kiedy Bartek chciał przygotować sałatkę z pomidorów i cebuli, odebrały mu nóż. Cebula okazała się nieobecna, więc dodały czosnek, ogórka, trochę sałaty, doprawiły, dodały oliwy.

Jajecznica? Też Irena i Alena. Okazało się, że u nich jajecznica to jajka sadzone na cebuli i papryce, ocena bardzo pozytywna.

Bartek zaproponował, że zrobi na kolejny obiad pizzę. I znów wyszła kulinarno-narodowa różnica, bo dziewczyny uznały, że potrzebne będą majonez i keczup. Nic z tego, Bartkowa pizza jest klasyczna, włoska. Smakowała – „jak w restauracji".

Podpowiadaliśmy, żeby kupił białego sera, śmietany, ale Bartek stwierdził, że dziewczyny najbardziej lubią żółty ser z Polski! Nawet go trochę przywiozły ze sobą z Zaporoża.

Wszystkie te wieści w Płocku przyjmowaliśmy z radością. Syn w międzyczasie obdzwonił różne miejsca w Poznaniu, szukając tam kwatery. Okazało się, że wśród chętnych do udzielenia gościny mało jest osób, które godzą się na zwierzęta. W końcu pani z urzędu miasta zatelefonowała z informacją, że miejsce się znalazło. Podała kontakt do Asi, która z mężem Michałem zgłosiła gotowość oddania im jednego pokoju w swoim mieszkaniu. Asia od razu zaczęła przygotowania, by być ze wszystkim gotową na poniedziałek. Wypytała, czy jedzą mięso, czy są wegankami, jakie mają rozmiary itp.

Załamka

Tymczasem staraliśmy się z całych sił – my i córka zdalnie, a syn na miejscu – by nasze dziewczyny wróciły do jako takiej równowagi. Pierwszy sukces – zgodziły się w końcu wyjść, cel – galeria handlowa. Już jakiś czas temu pisałam na Facebooku, że zakupy, za które płaci się samemu, zwłaszcza dla kobiet są najlepszą terapią. Ale bądź człowieku mądry, jak nie chcą wziąć od ciebie ani grosza! Dopiero kiedy Bartek powiedział, że zwrócą mu kasę po wojnie, trochę się uspokoiły z tym honorem.

– Tylko babskie plemię jest w stanie to zrozumieć – jęknęło moje dziecko, relacjonując zakupowe „szaleństwo". Na pierwszy ogień poszedł lakier do paznokci. Potem jakiś krem, dezodoranty, gumki do włosów itp. Fartownie w tej sytuacji drogeria była w likwidacji, trwała wyprzedaż za grosze. Ale nastroje bardzo, bardzo się poprawiły. Choć Bartek opowiada: – Już po zakupach w galerii zwróciłem uwagę na paznokcie Aleny. W sensie, czy już pomalowane. Odpowiedziała, że „zniszczyły paznokcie, kiedy zeszły do piwnic". I zapadła ponura cisza.

Wcześniej też był traumatyczny moment. Alena zaczęła płakać, wręcz szlochać. Trwało to zbyt długo. Bartek znalazł numer do telefonicznej pomocy psychologicznej po ukraińsku, bo nie bardzo wiedział, co robić, jaka jest przyczyna tego smutku. Może przyszła zła wiadomość o kimś bliskim z Zaporoża? Później okazało się, że była to „zwykła" załamka. Rozmowa z psychologiem, a potem z zaproszonym już wcześniej Andrejem, kolegą z pracy syna – Ukraińcem, który w Polsce jest od kilku lat – bardzo obu paniom pomogła.

Jednak takich sytuacji, że dziewczyna odchodziła od stołu i w swoim pokoju przeglądała internet, szepcąc ze zgrozą: „kaszmar, kaszmar" (koszmar), było sporo.

Niedziela okazała się fajna. Wycieczka do Warszawy, spacer po pl. Zamkowym i Nowym Świecie, pytania o postaci z pomników i wielkie oczarowanie w sklepie – manufakturze z cukierkami, które Irena i Alena po prostu musiały sobie kupić i popróbować. Już ze śmiechem, z ciekawością nowych miejsc. Jakoś tak wszystkim lżej na sercu się zrobiło.

Do Poznania

Kiedy człowiek jest w swoim domu, wiele rzeczy wydaje się tak bardzo naturalnych, że się o nich nie mówi. Dla gości, zwłaszcza uciekinierów, nic nie jest oczywiste. Kiedy Bartek w końcu to sobie uświadomił i zapytał, czy chcą zrobić pranie, trafił w punkt. – A można? – zapytały dziewczyny z nadzieją i ruszyły do pralki. To było im po wielkiej podróży (nominalnie z Zaporoża do Warszawy jest 1600 km) bardzo potrzebne.

Zaczęło się też przygotowanie do wyprowadzki do Poznania. Szczęśliwy moment – odnalazła się przyjaciółka, z którą się pogubiły podczas ucieczki. Została przyjęta przez kogoś, kto mieszka zaledwie 2 km od ich nowego, poznańskiego adresu! Chwila spacerkiem, można się będzie wspierać ze znajomą duszą.

Irena i Alena już w Poznaniu w drodze do nowego domu
Irena i Alena już w Poznaniu w drodze do nowego domu  Bartosz Lewandowski

W drogę wyruszyli około południa, cały czas kontaktowała się z nimi oczekująca na gości Asia. Okazało się, że z mężem przekazała spory pokój z aneksem kuchennym, wstawili parawan, na całą trójkę (nie licząc kotki) czekał pyszny obiad. Mieszkanie jest niemal w sercu poznańskiej starówki.

Asia i Michał zapraszają gości z Ukrainy
Asia i Michał zapraszają gości z Ukrainy  Bartosz Lewandowski

Małżeństwo ustaliło z Bartkiem, co jest najbardziej potrzebne, przede wszystkim lekarz dla Aleny, bo zaczęła pokasływać.

Pożegnanie było trudne. Bartek dla Ireny i Aleny to jakby nowa polska rodzina, one jemu stały się przez te kilka dni bardzo bliskie. Były spontaniczne przytulania i łzy, nawet Asia się popłakała. A my wciąż nie możemy się pozbyć tego myślenia, że te zabłąkane z Zaporoża Ukrainki są w jakiś taki rodzinny sposób nasze.

Swoją drogą myślę sobie, jak wojenne okoliczności zmieniają standardowe postrzeganie świata. Bo tak „normalnie" to trzeba odwagi, żeby młody mężczyzna przyjął pod swój dach zupełnie obce kobiety, o których nic nie wie. Trzeba odwagi, by dwie kobiety wsiadły do auta zupełnie obcego faceta i pojechały do jego domu, nie mając pojęcia, co może im zgotować. Jak dobrze, że człowiek, kiedy trzeba, jest człowiekowi człowiekiem…

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem