W sobotę o 10.30 w mariawickim klasztorze powitali cztery mamy i ich dziewięcioro dzieci. O 5.30 w poniedziałek - dwie kolejne kobiety z czwórką dzieci. Uchodźczynie na początek potrzebowały tylko prysznica i snu. Zmęczenie, spotęgowane strachem, stresem, było ogromne.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ze względu na wagę tego, co się dzieje za polską granicą wschodnią, ten tekst jest otwarty dla wszystkich. 

Pomóż mieszkańcom Mariupola i odbierz prenumeratę Wyborczej

Byliśmy w klasztorze we wtorek. - Teraz jest już u nas siedem pań i w sumie 15 dzieci w wieku od półtora roku do 14 lat - mówił nam biskup naczelny Kościoła Starokatolickiego Mariawitów Marek Maria Karol Babi. - Mamy jeszcze dwa miejsca, czekamy na dwie osoby, ale to się opóźnia z powodu sytuacji na granicy.

W trakcie naszej rozmowy biskup odbiera telefon z Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego w płockim ratuszu. Pytają, czy może przyjąć kolejnych uchodźców. Najpierw jest mowa o 22, potem korekta - chodzi o 11 dodatkowych osób. Oczywiście, miejsca dla nich się znajdą.

Czy można porozmawiać z tymi, którzy już są? Biskup Babi ostrzega, że kobiety są zrozpaczone, ale jeśli same będą chciały, to tak, porozmawiajmy.

Takie młode, takie smutne…

Nie wszystkie są gotowe na nasze spotkanie. W jednym z pokojów mieszkalnych, gdzie rozmawiamy, malutkie dzieci płaczą na rękach, starsze wpatrują się w ekraniki telefonów. Są kolorowo ubrane, maluchy mają dużo fajnych zabawek. - To już u nas dostały wszystko, ludzie to przynieśli - wyjaśnia biskup.

W masie uchodźców te kobiety i ich dzieci są przecież osobnymi osobami, z własną historią, utraconym życiem, nadziejami. Poznajmy je więc choć z imienia.

  • Malwina, 30 lat, dwoje dzieci: Arina i Artion
  • Natalia, 42 lata, dwoje dzieci: Kirył i Karina
  • Marina, 23 lata, syn Danyła i jej siostra Ina, jeszcze dziecko
  • Natalia, 35 lat, syn Maksym
  • Ala, 29 lat, troje dzieci: Milana, Margarita, Makar
  • Natalia, 31 lat, dwoje dzieci: Uliena i Milana
  • Ira, 37 lat, troje dzieci: Artion, Oleg i Iwan

Niektóre z pań mówią po polsku, inne przynajmniej w części rozumieją nasz język. Próbuję po rosyjsku, na ile jeszcze pamiętam ze szkoły.

- One nie bardzo chcą mówić po rosyjsku, a dzieci to już w ogóle - na boku biskup Babi wyjaśnia niechęć do języka wroga.

Jakoś się dogadujemy, ale rozmowa się nie klei. Panie są wyraźnie wciąż w szoku z powodu tego, co przyszło im przeżywać, takie skulone w sobie, przestraszone. Dowiaduję się, że niemal wszystkie są z jednej wsi. Nie, bomby na nich nie leciały. Ale było tak groźnie…

Jedna z nich opowiada: - Całe nasze rodziny tam zostały, ale teraz cały blok stoi pusty. Bo był wieki strach. Ja bym zaraz tam z powrotem pojechała, wszyscy już byśmy tam wrócili - pozostałe kobiety gorliwie potakują skinieniami głowy. - Tu jest nam dobrze, naprawdę, ale serce… boli za domem.

Ona i inne panie nie dają rady i choć biskup mówi, że są twarde i dzielne, zaczynają po cichu płakać. Lepiej, żeby nie musiały jeszcze walczyć ze łzami przy obcych osobach. Żegnamy się i wychodzimy z pokoju.

Mówiły, że tylko na chwilę

Więcej opowiada nam biskup Babi, który trochę lepiej zdążył poznać nowe podopieczne.

- Ukrainki przyjechały niesamowicie zmęczone, wyczerpane, zwłaszcza że całą uwagę musiały skupiać na dzieciach - mówi. - Były i są zrozpaczone, sparaliżowane strachem o bliskich, którzy zostali na Ukrainie. Praktycznie wszystkie są ze wsi Nujna w obwodzie żytomierskim. Mają różne zawody, jedna jest np. pielęgniarką, ale w ostatnim czasie nie pracowała, bo zajmowała się malutkim dzieckiem.

Ich mężowie za dnia ogarniali gospodarstwa, zwierzęta, a nocami szli na barykady, by być gotowymi w każdej chwili na obronę swojej miejscowości, ojczyzny. Jeden jest żołnierzem w regularnym wojsku i jego żona umiera ze strachu.

- Przyjechały, jak stały, tylko z reklamówkami, w których było po kilka rzeczy - ciągnie biskup. - Nic nie chcą, twierdzą, że nic im nie potrzeba. Wierzą, że za tydzień już wrócą do swoich. Są strasznie zahukane.

W najlepszej kondycji psychicznej są trzy panie, których mężowie od kilku, a nawet kilkunastu lat pracują w Płocku. Niestety, nie mogą zabrać rodziny do siebie, bo sami mieszkają w robotniczych - jak mówią - barakach, w których nie ma miejsca ani warunków. Ale przyjeżdżają do żon i dzieci, przywożą to, co jest im potrzebne, opiekują się. Inne kobiety, co tu ukrywać, trochę zazdroszczą. To ci mężowie w weekend pojechali na granicę odebrać swoich rodaków.

Nie wiadomo jednak, ile ta „sielanka" rodzinna potrwa, bo mężczyźni coraz mocniej planują powrót na Ukrainę. Chcą stanąć do walki z rosyjskim najeźdźcą. Są rozdarci - między powinnością wobec Ukrainy a rodziną.

Po pierwsze - sen

Po przyjeździe do klasztoru cała grupa potrzebowała, wręcz dramatycznie, przede wszystkim prysznica i snu. I właśnie to dostały na początek.

- W sobotę przyjechał do nas wiceprezydent miasta Roman Siemiątkowski, ktoś z Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego oraz panie z MOPS - dalej opowiada biskup. - Poproszono nas, żebyśmy zajęli się tymi uciekinierkami przez weekend, dali spanie, wyżywienie i naszą opiekę psychologiczną. Ale oczywiście na samym weekendzie się nie skończyło, zostaną u nas, ile będzie trzeba i ile same będą chciały.

W budynku klasztornym panie dostały miejsca w pokojach. Nie jest to miejscówka klasy de lux, owszem, ale pokoje są przestronne, wyposażone w meble, jest ciepło i bezpiecznie. Na początku zapraszano je na trzy posiłki dziennie do refektarza, już gotowe. Teraz jednak w refektarzu jest tylko wspólny obiad. Śniadania i kolacje kobiety dla siebie i dzieci szykują sobie same - w przeznaczonej dla nich kuchni. Produkty, do wyboru, mają z darów, które przynieśli płocczanie. Jest w tym głębszy sens.

- Chodzi o to, żeby czymś się zajęły, miały takie normalne, domowe obowiązki, żeby odzyskiwały poczucie jakiejś normalności - tłumaczy biskup Babi.

Z tym ostatnim jest jednak kłopot, bo panie bardzo mało wychodzą ze swoich pokojów, nie chcą ich opuszczać, okopały się w nich i zakuły, jak w sople lodu, w swój strach. Edyta Kurowska, która jest wicedyrektorką mariawickiego Centrum Integracji Społecznej (CIS) i jednocześnie psycholożką, widzi, że trzeba jeszcze dać im czas na to, by zrozumiały swoją sytuację i to, że - niestety - nie są tutaj tylko na chwilę. Na razie wszystkie działania odbijają się od ich strachu.

Ale u mariawitów widzą, że to się musi zmienić. - Muszą wychodzić, dzieci muszą być na powietrzu - biskup na korytarzu dobrodusznie pokrzykuje na kobiety, żeby poszły z maluchami na spacer, choćby do ogrodu. Atrakcji nie brakuje, dzieciaki pewnie ucieszyłyby się z kontaktu z alpakami, których w klasztorze mają już sporo, a zwierzęta służą dzieciom, np. z autyzmem, do zajęć terapeutycznych.

No i właśnie we wtorek, kiedy już kończyliśmy wizytę, stał się mały cud. Kilka kobiet wraz dziećmi ruszyło się z budynku! Nie tylko do ogrodu, zapuściły się za klasztorną bramę.

- To pierwszy raz, nareszcie - ucieszyli się biskup i Edyta Kurowska.

Pomoc jak lawina

Kilka dni temu ktoś na Facebooku napisał, że u mariawitów znalazło schronienie 100 uchodźców i trzeba wszelkich rzeczy. - Ale to była plotka z tą setką osób - tłumaczy biskup Babi. - To nie my daliśmy taki komunikat.

Efekt był jednak niesamowity. Klasztor i w ogóle Kościół mariawicki słyną w Płocku z tego, że pomagają wszystkim, którzy pomocy potrzebują. Gotują i wydają obiady dla bezdomnych i ubogich (także w pandemii), zorganizowali hostel dla osób w kryzysie bezdomności i robią wiele innych cennych rzeczy. Dlatego płocczanie bez wahania zaczęli tam zwozić wszelkie dobra: żywność, ubrania, środki higieny osobistej, zabawki, no po prostu mnóstwo wszystkiego.

- Ludzie wiedzą, że my to uczciwie wykorzystamy w dobrym celu - biskup Marek Babi nie ukrywa, że cieszy go to zaufanie płocczan. Tyle że klasztorne korytarze, refektarz i kilka wielkich pokojów już pękają w szwach. Ubrań, zabawek i jedzenia już nawet nie są tam w stanie przyjmować.

A ofiarność jest ogromna. - Dostajemy rzeczy albo w doskonałym stanie, albo nowe, jeszcze z metkami - pokazuje biskup. Wśród darów są np. piękne, duże, puchate miśki, wiele maskotek, wózki, chodziki, chemia gospodarcza, paki pampersów, środki higieniczne…

Biskup Babi: - Młode mamy przynosiły te rzeczy dla ukraińskich dzieci i płakały.

Firma Bambi np. podarowała wyprawki dla maluchów, po kilka łóżeczek, materacy, nocniki, stoliczki itp. W sumie za 5 tys. zł. We wtorek jakiś pan miał zainstalować nowy telewizor z dostępem do telewizji satelitarnej. Wszystko na własny koszt.

- To bardzo cenny dar, dzieci będą mogły pooglądać bajki, a mamy… no cóż, pewnie będą głównie szukać informacji z Ukrainy. Tak, to będzie traumatyczne, ale mają prawo wiedzieć, co się dzieje w ich kraju. Nie tylko z internetu, ale z lepiej sprawdzonych źródeł.

Całe to dobro jest pakowane w kartony, na których opisuje się zawartość. Do pomocy, prócz stałych wolontariuszy, włączyli się od razu z wielkim zaangażowaniem, uczestnicy Centrum Integracji Społecznej, którzy teraz mają sposobność odwdzięczyć się za opiekę. Czasem ktoś, kto przynosi rzeczy, zostaje i sortuje pomocowe stosy. Dyrektor pobliskiego „Ekonomika" Ireneusz Szychowski odpowiedział na prośbę klasztoru i pozwala uczniom, jak jest taka potrzeba, to także w czasie lekcji, przychodzić i również pomagać. Szychowski zaoferował też salę gimnastyczną (to już po lekcjach) i swoich nauczycieli do prowadzenia zajęć sportowych z Ukraińcami.

Starsze dzieci powinny chodzić do szkoły. Zgodziła się je przyjąć dyrektorka SP 17, trwają ustalenia, jak miałoby to wyglądać. Zgłosił się też mężczyzna (biskup akurat zapomniał nazwiska, ale już nie sposób spamiętać wszystkich, którzy oferują się z pomocą), który zaoferował prowadzenie zajęć rekreacyjnych z dzieciakami.

Każdy chce się włączyć na miarę swoich możliwości i zwyczajnej, ludzkiej potrzeby.

Chcą się dzielić

Mając tak wiele, mariawici chętnie oddaliby część rzeczy z darów, bo ich ilość zaczyna być już kłopotliwa. Jednak gdzie by nie zadzwonili ze swoją propozycją, wszędzie słyszą: - U nas jest to samo, dziękujemy, ale nie potrzebujemy.

Dlatego, jeśli gdzieś - czasem do prywatnych osób lub jakichś ośrodków - docierają kolejni uchodźcy, nie warto tworzyć nowych zbiórek, a zatelefonować tam, gdzie dóbr nagromadzono już ponad miarę. Mariawici chętnie się podzielą tym, co zgromadzili. A jeśli czegoś będzie brakować im samym, wydadzą komunikat w tej sprawie. Nie wiadomo, ile jeszcze osób z Ukrainy do nas dojedzie, może to być morze ludzi. Warto teraz jeszcze jakiś czas potrzymać w swojej szafie to, co będzie przydatne za jakiś, pewnie nieodległy już czas.

Jak się dowiedzieliśmy w ratuszu, w środę o godz. 10 pod opieką samorządu było w Płocku 64 uchodźców (włącznie z tymi mariawitów). Dzień wcześniej - ponad 70. - Część osób się przemieszcza, zabierają je rodziny - usłyszeliśmy. Magistrat nie ma danych o liczbie uchodźców, którymi zaopiekowały się osoby prywatne.

Jeśli jednak aż pcha nas do pomocy, to najpierw dowiedzmy się, co naprawdę jest potrzebne. Mariawici np. chętnie przyjęliby choćby worki na śmieci („przerób" pampersów przy takiej liczbie dzieci jest naprawdę spory). We wtorek brakowało też śmietniczek do pokojów uchodźczyń. Przydałyby się różne materiały do zajęć plastycznych dla dzieci: kredki, flamastry, plastelina, nożyczki do papieru, kolorowanki, bloki rysunkowe itp.

W obecnej sytuacji najlepiej jest podarować po prostu pieniądze. Raz, że można za nie kupić w każdej chwili to, czego pilnie brakuje, a dwa… Zwiększona liczba osób to wyższe rachunki za prąd, ogrzewanie, wodę, ścieki itp. A rachunki trzeba regulować, zaś mariawici krezusami jednak nie są.

Pieniądze można wpłacać na konto mariawickiego Stowarzyszenia Miłosierdzie i Miłość (biskup Babi twierdzi, że nie chce, by datki trafiały na konto Kościoła, dla większej przejrzystości). Albo wrzucić do skarbonki, która stoi w refektarzu. To, co się w niej uzbiera, to zapas na pilne wydatki, choćby na wykupienie leków z recepty, ale też na kieszonkowe dla ukraińskich mam, żeby miały trochę grosza i same mogły kupić coś sobie lub dzieciom w sklepie.

Gdzie i o co pytać

Telefonujcie i pytajcie o rzeczywiste potrzeby wszędzie tam, gdzie organizowane są zbiórki pomocowe.

Kontakt do mariawitów:

  • tel. 519 586 533 – całą dobę
  • tel. 502 282 597 – od godz. 8 do 20

Pieniądze możecie przekazywać - z dopiskiem „Ukraina" na konto Stowarzyszenia Miłość i Miłosierdzie. Numer konta: 08 1140 2004 0000 3202 8058 0963.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Mariawici to mała polska sekta wyrosła na gruncie katolicyzmu na pocz XX w. w czasie wojny uratowali wielu płockich Żydów dając im pracę i lewe papiery..., a jak nam nasz naczelny - narodowy kościół???? ile uchodźców przyjął w swoich luksusowych ośrodkach i pałacach ???
    już oceniałe(a)ś
    6
    0
    Brawo Mariawici!!! zdrowia i spokoju dla nowych mieszkańców!
    już oceniałe(a)ś
    3
    0