Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mnie tymczasem marzy się, byśmy w niedzielę pobili rekord obecności przy urnach i dokonali wyboru, który przywróci nam poczucie, że żyjemy w prawdziwie demokratycznym kraju.

Jak to rozumiem?

Poczynając od rzeczy najprostszych – żeby skończył się ten paskudny, wyniszczający podział na „gorszy sort”, „chamską hołotę” i „nawiedzone mohery”. Żeby można było znów spotkać się przy stole w święta z całą rodziną, bez eliminowania tych, którzy nakarmieni polityczną nienawiścią nie są w stanie powstrzymać złych emocji. Żeby nie czytać i nie słyszeć w mediach, jak Unia Europejska martwi się o stan naszej demokracji i chce nas karać za łamanie jej zasad…

Po prostu – niech w końcu będzie pięknie i normalnie.

Mój głos jest ważny, Twój też. Ich suma przesądzi, czy będziemy się żreć między sobą, czy pójdziemy drogą premiera z Płocka Tadeusza Mazowieckiego, który uczył: „Można się różnić, można się spierać. Ale nie można się nienawidzić”. Ja tej nienawiści mam szczerze dość!

Niedawno zadzwoniła do mnie pani z ośrodka sondażowego Kantar. W ankiecie miałam wskazać, czy prezydent Polski powinien być niezwiązany z żadną partią, czy właśnie mieć partyjne zaplecze. Nie umiałam odpowiedzieć. Bo wiem tylko, że powinien to być i mój prezydent, i tego pana, który niedawno obrzucił mnie obelgami, ponieważ kocha inną opcję polityczną. Nie było jednak możliwości dania takiej odpowiedzi.

Swoje zdanie wyrażę więc w niedzielę w lokalu wyborczym. I spokojnie zniosę długie stanie w kolejce, bylebyśmy wszyscy tam byli.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.