Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kiedy zaczynała się pandemia, kiedy zamknięte zostały szkoły, a zakłady zaczęły przechodzić na pracę zdalną, ja jeszcze chodziłam do pracy. Dopiero po paru dniach obowiązywania restrykcji szefostwo zdecydowało, że część z nas będzie pracować z domów. Ja – w pierwszym rzędzie, bo jestem jednym z najstarszych wiekiem pracowników (za trzy lata osiągnę wiek emerytalny), a więc jestem osobą zagrożoną bardziej niż młodzi.

Nie czułam z tego powodu nadzwyczajnej wdzięczności, ale się podporządkowałam. Nagle zostałam niemal staruszką niepełnosprawną umysłowo – koledzy z pracy, własne dzieci, sąsiedzi oraz rząd i policja zaczęli mi mówić, decydować, co dla mnie jest dobre, lepsze, najlepsze. Lista zakazów okazała się długa. Nie wolno mi chodzić po sklepach. Nie wolno mi iść na spacer. Nie mogę pojechać własnym autem na działkę. Wizyty u fryzjera i kosmetyczki – odwołać! Zajęcia na siłowni (tak, dwa razy w tygodniu brałam udział w ćwiczeniach na siłowni) – niedopuszczalne. Spotkanie z przyjaciółką – ani się waż!

Chciałam iść na cmentarz, zapalić światełka na grobie męża i mamy, w Płocku podobno można. Rodzina podniosła wrzask – gdzie cię niesie, przeczekaj, siedź w domu. Poddałam się tej presji, ale kiedy zobaczyłam w telewizji, jak pan Kaczyński ze swoją świtą paradują po zamkniętym dla ludzi cmentarzu w Warszawie, to się popłakałam z bezsilności i upokorzenia.

Z drugiej strony ta przymusowa kwarantanna wiele mi przewartościowała. Wydaję o wiele mniej pieniędzy, ponieważ mniej jem, nie kupuję nowych rzeczy – i okazuje się, że wcale mi nie jest potrzebna kolejna piękna filiżanka czy bluzka, bo przecież te, które mam, zupełnie wystarczą. Chodzenie w dresie i wygodnych kapciach całe dnie po domu uzmysłowiło mi, jak niewygodne są moje „służbowe” garsonki i buty na obcasach. Jeśli czasem idę do sklepu, zakładam wygodne obuwie sportowe i czuję się w nim komfortowo. Okazuje się, że wcale nie potrzebuję tych wszystkich luksusów, za którymi każdy z nas goni.

Bardzo brakuje mi natomiast wolności. Możliwości decydowania, co i kiedy będę robić. Swobody. Świata bez zakazów. Wiem, że te rygory są konieczne, bo wszyscy walczymy o zdrowie i życie, swoje i innych. W moim domowym więzieniu odbywam swoją „karę” luksusowo: mam telewizor, komputer, w sklepach nie brakuje szynki i mandarynek, które albo sama, albo dzieci mi przynoszą.

Ale święta spędzam bez nich, bez wnuków. Bo, jak w więzieniu – nie ma widzeń. Kiedy termometry pokazują ponad 20 st. C, mogę na wiosenny świat patrzeć tylko przez okno. O wiele więcej mi nie wolno niż wolno. Świadomość, że tylu rzeczy nie mogę, wpędza mnie coraz bardziej w lęk i depresję.

Chciałabym wszystkim powiedzieć – wolność jest największą wartością. Jak nigdy rozumiem teraz morał bajki Mickiewicza: „Lepszy w wolności kąsek lata jaki niźli w niewoli przysmaki”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.