Niestety, taka jest prawda. Kiedy się wścieknę, to wszystko połknę - przyznawał skruszony oskarżony.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

We wtorek cała Europa obchodziła Dzień Wymiaru Sprawiedliwości. Z tej okazji w płockim sądzie odbyła się niezwykła rozprawa. Na ławie oskarżonych zasiadł Wilk Wolfowski, bezdzietny kawaler, który trudni się – jak sam określił – „chodzeniem po lesie”. Ciążyły na nim bardzo poważne zarzuty – Wolfowski miał dopuścić się usiłowania zabójstwa Babci i Czerwonego Kapturka. Prokuratura zarzucała mu, że połknął je w całości, a zamierzonego celu nie osiągnął tylko w związku z brakami w uzębieniu.

Była to rozprawa pokazowa, zorganizowana dla dzieci przez pracowników płockiego sądu, z pomocą zaangażowanych w projekt placówek. W rolę Wilka, części składu sędziowskiego, prokuratorów, obrońców, świadków, publiczności, ba, nawet konwojentów, wcielili się uczniowie klasy III z Profesora i IV ze Szkoły Podstawowej nr 6. Wprawdzie dzieciaki, kiedy tylko weszły do sali sądowej, natychmiast zabrały się do przymierzania tóg i wypróbowywania, jak głośno można uderzyć w stół sędziowskim młotkiem, szybko jednak ogłoszono początek całej inscenizacji. I wszystko odbyło się jak w czasie prawdziwego procesu.

Wilk Wolfowski – sympatyczny chłopiec, wcale niepodobny do wilka – usiadł na miejscu dla oskarżonych, przejęci sędziowie, prokuratorzy, obrońcy wdziali nieco przyduże dla nich togi. By wszystko poszło jak należy, rozprawie przewodniczył prawdziwy sędzia, a oskarżenie i obronę wspierali prawdziwi prawnicy. Był także narrator, którzy czasem przerywał przebieg sprawy i wyjaśniał – kim są strony, dlaczego świadkowie muszą mówić prawdę oraz dlaczego oskarżony ma prawo odmowy do składania wyjaśnień.

Przed Dniem Wymiaru Sprawiedliwości zaangażowani przy procesie pokazowym prawnicy odwiedzili szkoły, które brały udział w tej lekcji sprawiedliwości i za pomocą makiety sali sądowej zbudowanej z kloców Lego wyjaśnili, co dzieje się w trakcie rozprawy. Wtedy nastąpiło także losowanie ról. Dlatego we wtorek, w sądzie wszystko przebiegło gładko.

Wilk nie przyznał się do winy. – Jestem chory, genetycznie i nieuleczalnie – tłumaczył. – Kiedy się wścieknę, to połykam wszystko. Próbowałem się leczyć, ale to było na nic!

Czerwonego Kapturka nie było w sali sądowej – jako osoba niepełnoletnia zeznawał wcześniej, w tzw. niebieskim pokoju, a nagranie z jego opowieścią odtworzono. Kapturek powiedział, że spotkał Wilka w lesie, wyjawił, że idzie do babci, a potem, gdy się już u niej zjawił, czekał na niego... wiadomo kto, w babcinym przebraniu. Nastąpiło połknięcie. – W brzuchu Wilka była już babcia – objaśniała dziewczynka. – A potem uwolnił nas leśniczy.

Babcia, oskarżyciel posiłkowy, przyznała, że nie pamięta wiele. Świadkowie byli bardziej rozmowni. Trzy świnki opowiadały, że Wilk kiedyś chciał zdmuchnąć im domki. Wprawdzie Lisek próbował zapewnić Wilkowi alibi, ale Leśniczy wyliczał, że na jego oczach oskarżony połknął ze 20 zwierząt. – Próbowałem go powstrzymać, ale on tak szybko połykał – dodawał.

A kiedy wszystko było już właściwie jasne, obrona przedstawiła sądowi zaświadczenia lekarskie, że Wilk cierpi na... vacuumosa vulgaris, straszliwą chorobę nakazującą mu w chwili stresu zasysać powietrze tak mocno, że wraz z nim do wnętrza Wilka wpada wszystko w promieniu kilku metrów. Na tę okoliczności zeznawał także biegły psychiatra!

Potem była sędziowska narada, w której uczestniczyły wszystkie dzieci. W końcu zapadł wyrok (który nie był ustalony na początku, uczestnicy tej lekcji na wesoło musieli podjąć decyzję na miejscu) – sąd orzekł, że Wilk owszem, połknął Babcię i Kapturka. Miał jednak w tym momencie zniesioną poczytalność, nie może więc odpowiadać za swoje czyny. Został zobowiązany do podjęcia leczenia.

Nieco inny przebieg miała rozprawa, która odbyła się nieco wcześniej, tym razem z udziałem przedszkolaków z Entliczka Pentliczka i pierwszaków ze Szkoły Podstawowej nr 12. Punkt wyjścia był podobny – Wilk, Babcia, Kapturek, zarzut usiłowania zabójstwa. Ale okoliczności były inne, Wilk próbował przekonać wszystkich, że jest wegetarianinem, właściwie nikt nie widział, kiedy połykał Babcię z wnuczką. Dopiero w ostatniej chwili zgłosił się świadek – Zajączek, który przyznał, że stało się to na jego oczach. A nie mówił nic wcześniej, bo sam bał się odpowiedzialności – właśnie w momencie straszliwego zajścia, podkradał marchewkę z babcinego ogródka.

Oskarżony ostatecznie przyznał się do winy. Zapadł wyrok – trzy lata prac społecznych na rzecz Babci.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem