Stało się to akurat, gdy kolejne dziecko miało mieć wykonane zdjęcie rentgenowskie w pracowni Marii Skłodowskiej-Curie. Pomieszczenie trzeba było szybko opuścić, bo... na swoją kolej czekała już następna grupa zwiedzających.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Obejrzyjcie galerię zdjęć

Książnica jak zwykle nie zawiodła. Im bliżej ciemności, tym większa tworzyła się kolejka przed wejściem. Na szczęście wpuszczano co 15 minut grupy 25-osobowe, więc jakoś to szło. Przewodniczka witała wszystkich w holu i najpierw prowadziła do pracowni wielkiej polskiej uczonej, gdzie sama Skłodowska-Curie czekała na gości, by wprowadzić ich w świat chemii.

Najbardziej zachwycone były dzieciaki. Jak urzeczone patrzyły na kolby i menzurki, w których płyny, po dodaniu kolejnych składników, zmieniały kolory jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

– Ooo... żółty! A teraz znów biały! – dziwili się nawet rodzice. Potem chętni mogli zrobić samodzielnie świece, oczywiście również w wielu kolorach, a kiedy te zastygały w lodówce, już szukano kandydatów do prześwietlenia płuc – w takich warunkach, jak to kiedyś robiła polska noblistka. Niestety, wyszły na jaw straszne rzeczy. Czego te dzieciaki nie łykały! Na kliszach ujawniały się przedziwne przedmioty. A to połknięty pierścionek, a to nożyczki... – Musisz koniecznie iść do doktora – mówiły zmartwione panie w białych kitlach, a mali pacjenci-ochotnicy mieli naprawdę nietęgie miny. I tylko śmiech rodziców kazał wietrzyć, że tu uknuto jakiś podstęp.

I właśnie wtedy rozległ się niepokojący dzwonek. – To alarm, musimy szybko iść dalej – puściła oko przewodniczka i poprowadziła wszystkich do Ligi Kobiet Pogotowia Wojennego oraz Służby Narodowej Kobiet Polskich. Tam znakomite płocczanki, na czele z dzielną i dziarską Marceliną Rościszewską (czyli dyrektorką Książnicy Joanną Banasiak) szybko rozdzielały zadania: – Bardzo proszę, to dla naszych żołnierzy, którzy na froncie walczą o polską wolność! Trzeba obierać ziemniaki, zupę gotować, bo tygodniami nie mają ciepłej strawy. A do mnie proszę paczki dla naszych żołnierzy szykować, konserwy, bibułki do papierosów, bo oni z desperacji już kartki z Biblii wyrywają, bieliznę czystą, o tu jest papier pakowy. Kartki trzeba napisać do naszych żołnierzyków, wspomóc ich na duchu! – słychać było z różnych stron. Co było robić, ludzie ruszyli do tej patriotycznej pomocy, a niektóre panie zapisywały się do służby jako łączniczki czy telefonistki.

Uff, zmachali się wszyscy, a tu przewodniczka już do dalszej drogi wzywa. Tym razem do kawiarni przedwojennej. No proszę państwa, jakiż tam szarm był! Kwiaciareczka kwiatki panom podtykała, żeby dla wybranek serca róże kupowali, szampana podano, a jak na scenę wyszła sama Hanka Ordonówna, to już całkiem było przedwojennie. Artystka szukała teamu na zagraniczne tourné, więc się zaraz chętni znaleźli, żeby razem z nią zaprezentować talenty wokalne i taneczne, a zwłaszcza te charakterystyczne, wężowe ruchy rąk.

A już na sam koniec, jako że Książnica oddawała w tę noc hołd polskim niezwykłym kobietom, w ogródku można było spotkać znane polskie sporstmenkę i himalaistkę. No i samemu wykazać się fizyczną sprawnością. Na przykład rywalizować w biegu narciarskim. A zapewniamy, że to niełatwa konkurencja, kiedy do jednej pary długich desek są przypięte aż cztery osoby.

Kiedy po godz. 21 wychodziliśmy z Książnicy, przed wejściem czekał jeszcze większy tłumek. Niektórzy zerkali do notatek lub smartfonów. – Musimy jeszcze zdążyć do muzeum. do Małachowianki, do...

Lista była długa. Tumską wciąż szli ludzie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem