Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kiedy podpłynęli do brzegu, pierwszy z załogi powitał nas Misiek – wielki pies sternika, który wszedł łapami na burtę i zaszczekał. Potem pojawili się pozostali: Grzegorz Bigaj (góral), Ewa Ciepielewska (szyper) oraz Marcin Lizoń (sternik). Po krótkim przedstawieniu się weszliśmy na pokład „Solnego”, gdyż tak nazywa się galar. A goście wysiedli, aby obejrzeć figurę Św. Jana, który przyglądał się nam ze skarpy Wiślanej. Następnie zjedliśmy po pączku i wyruszyliśmy w rejs do Płocka.

Zobacz zdjęcia z tej wyprawy

Rozmowy w zasadzie dotyczyły historii galarów oraz spraw technicznych związanych z budową takiej jednostki, bo marzy mi się w Jordanowie zakład szkutniczy produkujący tradycyjne duże łodzie wiślane. W trakcie rejsu dowiedziałem się, skąd biorą się tak idealne wręgi, jakie od razu zobaczyłem po wejściu na pokład. Okazuje się, że nie są one ani akacjowe, ani dębowe, tak jak w pychówkach naszej produkcji, tylko świerkowe, jako że korzenie świerku odchodzą od pnia prawie idealnie pod kątem 90 stopni i dlatego galar ma pionowe burty.

Dowiedzieliśmy się także, że obecnie na Wiśle pływa 6 galarów. Każdy z nich trochę inny, bo np. warszawskie mają zabudowane budy, takie pomieszczenia. „Solny” jest zupełnie odkryty, a dach jest prowizoryczny, zrobiony z listew i materiału. Te warszawskie przypływają do Płocka podczas pielgrzymki z hermą Św. Zygmunta i obrazem Św. Barbary. Jest jeszcze typ ulanowski znad Sanu, też jeszcze trochę inny.

W tak doborowym towarzystwie czas szybko płynie. Ledwo przeszliśmy do tematu uregulowania Wisły i przywrócenia na niej żeglugi towarowej a już wchodziliśmy do portu MORKA w Płocku.

Grzegorza ucieszyła dzisiejsza pogoda. – Nie zawsze była taka pogoda, jak wchodziliśmy do Płocka – stwierdził. – Nie zawsze było nawet jasno, bo docieraliśmy już wieczorem. Czasami była fala, wiatr, ciemno i te stojące słupy [podpory molo]. No czasami była to walka z żywiołem.

Po wyjściu na brzeg w Płocku nie zabrakło oczywiście pamiątkowych zdjęć z załogą oraz logiem projektu i głównego sponsora. Cieszę się, że zabrałem na ten rejs moich chłopców. Mogli na żywo posłuchać ciekawych historii, namacalnie zobaczyć, jak dawniej pływało się po Wiśle, i poczuć ten wiślany wiatr we włosach.

Królewski Flis na Wiśle rozpoczął się pod koniec kwietnia z okolic Oświęcimia, czyli na 0 kilometrze szlaku żeglowego Wisły. Po tygodniu, ze względu na duży stan wody, przez tydzień szlak wodny był zamknięty, gdyż wszystkie zapory na południu zrzucały maksymalnie wodę po dużych opadach deszczu. Do końca wyprawy pozostał jeszcze tydzień. Cała wyprawa trwa prawie 4 tygodnie, ale nie ze względu na szybkość galara, a dlatego, że po drodze załoga bierze udział w różnych imprezach typu koncerty, warsztaty, spotkanie z dziećmi a także plenery.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.