Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pomysł wyklarował się podczas wspólnych narad naszych wodniaków z dyrektorem Płockiego Ośrodka Kultury i Sztuki Radosławem Malinowskim, które dotyczyły organizacji Dnia Wisły. I jest naprawdę fajny. Chodzi o... przeciąganie liny. Ale nie takie zwyczajne, na „ubitej ziemi”, a przez Wisłę!

Pod wysoką skarpą niedaleko starego mostu ustawią się chętni płocczanie z tej części miasta, zaś między mostem a stocznią na słabo zazielonionym terenie – ci, którzy mieszkają z drugiej strony rzeki. Obie grupy chwycą za linę i pod okiem sekundantów oraz zgodnie z opracowanymi zasadami zacznie się wielkie przeciąganie. Zabawa zakończy się w momencie, gdy trzy osoby z danej drużyny znajdą się w wodzie. Zaplanowano trzy rundy, wygra zespół, który wciągnie przeciwników do rzeki przynajmniej dwa razy.Nad bezpieczeństwem uczestników na obu brzegach czuwać będą policjanci w swoich łodziach oraz WOPR-owcy.

Zwycięzcy – uwaga, uwaga! – będą przez rok mieli prawo zadzierać nosa na widok płocczanina z przegranego brzegu (rzecz jasna, wszystko jest traktowane jako wesoła zabawa).

Malinowski, dla którego plaża nad Wisłą to jak drugi dom...

Radosław MalinowskiRadosław Malinowski PIOTR AUGUSTYNIAK

... powiedział nam, że od poniedziałku będą przyjmowane zapisy do drużyn. Mieszkający w „wysokim” Płocku mogą zgłaszać się do POKiS-u, natomiast ci z niskiego (chodzi nie tylko o Radziwie, ale także o Góry, Ciechomice czy Pradolinę Wisły) – do radnego Tomasza Kominka, który już teraz głowi się, jak skompletować załogę.

Tomasz KominekTomasz Kominek -

Zawodnikami mogą być i kobiety, i mężczyźni w wieku od 16 lat w górę. Nikt tego sprawdzać nie będzie, ale organizatorzy proszą, by chętni brali pod uwagę stan swojego zdrowia i nie ryzykowali nadmiernie, zwłaszcza przy dolegliwościach z krążeniem, sercowych itp. Obowiązkowym „strojem” są rękawice – porządne, grube, najlepiej typu narciarskiego.

– My już mamy pierwszych chętnych i sponsora, która zafunduje nam jednakowe kamizelki odblaskowe z napisem „Lewa górą!” – zdradza radny Kominek.

Ale najważniejsza w całej historii jest... lina. – Bo potrzeba jej cały kilometr – podkreśla Radosław Malinowski. – Tymczasem kiedy wpisałem w wyszukiwarkę internetową „producent lin”, to wyskakiwały mi same liny stalowe. No nie! Zastanawialiśmy się nad plecionkami z żyłki, ale to też nie jest to. Na szczęście mamy kontakt z firmą na północy Polski i właśnie się z nią dogadujemy. Nie, nie zdradzę jeszcze nazwy tej firmy, bo nie domknęliśmy umowy, w której wstępnie zapisaliśmy, że będą oni sponsorem i partnerem tej rywalizacji.

Aby konopny gruby sznur nie zanurzył się w wodzie, a przez to nie nabrał ciężaru trudnego do udźwignięcia, armator Mariusz Pielaciński mniej więcej pośrodku rzeki zacumuje jeden ze swoich statków, na pokładzie którego ustawi coś w rodzaju wysięgnika zakończonego stalowym kółkiem, przez które zostanie przewleczony sznur. A żeby dodać całej zabawie kolorów, w czasie zmagań między brzegami będą kursowały dwa inne statki z pasażerami zagrzewającymi do boju.

Dokładny termin tych zawodów ma być podany najpóźniej 10 maja.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.