Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wanda Gołębiewska zmarła w sobotę. Dziś przypominamy nasz tekst, który opublikowaliśmy w "Wyborczej" pięć lat temu.

***

- Wiem, że ta sztuka właściwie umarła, że teraz wszyscy piszą maile, SMS-y, komentują na Facebooku. Ale ja wciąż uwielbiam pisać listy. To dla mnie terapia, uspokajające relanium, sposób na samotność. Dlatego do dziś rujnuję się na znaczki pocztowe - uśmiecha się Wanda Gołębiewska.

Być może to wszystko... wina taty pani Wandy. Był kapitanem żeglugi śródlądowej, pływał na parowcu "Traugutt", wciąż gdzie indziej, wciąż w nowym krajobrazie. - A ja chyba po nim mam tę tęsknotę za światem, za innym widokiem, innymi ludźmi. Uczucie, że wciąż jest mi za ciasno. Więc listy są moją ucieczką w szeroki świat - opowiada poetka. - Ten świat przylatywał do mnie i lądował na moim biurku.

Bo śniegu w Kalifornii nie ma

Listy zaczęła pisać, gdy miała 12 lat. W gazetach - "Świecie młodych", "Radarze", "Nowej Wsi" - drukowano wtedy adresy osób, które chętne były podjąć korespondencję. - Wtedy wszyscy pisali, chyba wiele osób odczuwało ciasnotę, o której wspominałam - tłumaczy Wanda Gołębiewska. - Zazwyczaj te korespondencyjne przyjaźnie nawiązywało się ze swoimi rówieśnikami zza wschodniej granicy. Ja także wybrałam sobie jeden adres z gazety i zaczęłam pisać z dziewczynką z Kirgizji.

Listowne koleżanki wymieniały się pozdrowienia, pisały, jak minął im dzień, co lubią, co je smuci.

- Potem przybywało adresów i korespondencji. Z czasem, gdy krystalizowała się we mnie potrzeba poezji, życia w literaturze, nadstawiałam ucho, gdy mowa była o jakimkolwiek pisarzu czy poecie. Do każdego chciałam napisać, spytać o proces twórczy, podzielić się tym, jak wpływały na mnie ich książki czy wiersze - wspomina płocczanka. - I nawet jeśli miałam szczątek adresu, to wysyłałam.

Pierwszy list do Czesława Miłosza, który na początku lat 80. pani Wanda napisała z klasą IV a ze Szkoły Podstawowej w Borowiczach (była ich wychowawczynią i nauczycielką polskiego), zaadresowała po prostu "Czesław Miłosz, laureat Nagrody Nobla, Uniwersytet w Berkeley, Kalifornia". List doszedł, Miłosz w odpowiedzi wysłał dzieciom i ich nauczycielce fragment swego wiersza i pozdrowienia. Potem wymienili jeszcze kilka takich listów, to właśnie w jednym z nich poeta zwierzył się dzieciom i ich nauczycielce, że życzy im śniegu, na który tak bardzo czekały, i że sam, żeby zobaczyć śnieg, musi wsiąść do samochodu i dwie godziny jechać w góry Sierra Nevada. Bo w Kalifornii śniegu nie ma.

Pisarza nie można ominąć

- Najzabawniejsza historia wiąże się jednak z listami do Paulo Coelho - zdradza pani Wanda. - Kiedy jego książki święciły w Polsce triumfy, mnie to szaleństwo jakoś ominęło. Dopiero kilka lat później, kiedy odwiedzałam swych przyjaciół w Australii - a stało się to właśnie dzięki jednej z moich korespondencyjnych znajomości - zerknęłam na "Alchemika". I zupełnie zawładnął on moją wyobraźnią, już w Polsce przeczytałam wszystko, co wyszło spod ręki Coelho. Napisałam esej o tej prozie, inspirowane nią wiersze. Chciałam mu to wszystko wysłać, problemem był tylko adres...

Na szczęście Coelho udzielił kiedyś wywiadu Grażynie Torbickiej. I powiedział, że co roku, 31 grudnia, przyjeżdża do Groty Massabielle w Lourdes. - Właśnie to umieściłam na kopercie. Paulo Coelho, Grota Massabielle, Lourdes. Dopisałam po angielsku, że pisarz będzie tam 31 grudnia. List wrócił, ale spróbowałam po raz kolejny, tym razem o przetłumaczenie adresu poprosiłam moją koleżankę, nauczycielkę francuskiego. Dałyśmy też tam dopisek, że Coelho zjawi się z końcem roku w Lourdes, bez najmniejszej wątpliwości. I ten list dotarł do rąk adresata!

W odpowiedzi Coelho wysłał Wandzie Gołębiewskiej kartę ze swą sentencją. W swym rozpoznawalnym stylu: "To magiczny moment, gdy jedno tak lub nie decyduje o całym twoim życiu".

- Dostałam także adres francuskiego hotelu, w którym się zatrzymał, potem udało się mi znaleźć namiary na jego brazylijską agencję. Napisałam do niego jeszcze kilka razy, a on przesłał mi odręcznie napisaną wiadomość: "Droga Wando, dziękuję Ci za kartkę, niech Boże błogosławieństwo będzie z Tobą w roku 2005" - wspomina poetka. - Moja znajoma widywała go w Rio de Janeiro, to podobno już bardzo starszy pan. Do tej pory dziwię się, że nie odważyła się podejść do niego i porozmawiać. Ja na pewno bym to zrobiła! Pisarza nie można tak po prostu ominąć.

J.K. Rowling przeniosła się w czasie

Wanda Gołębiewska wymieniała listy m.in. z ks. Janem Twardowskim, Julią Hartwig, Ewą Lipską, Ludmiłą Marjańską (to także poetka), Anną Frajlich-Zając (poetka i prozaik żydowskiego pochodzenia, teraz mieszkająca w USA), Markiem Baterowiczem (polskim pisarzem mieszkającym w Sydney), Samanthą Smith (małą bojowniczką o pokój w okresie zimnej wojny), a także np. z Ruth K. Ziółkowski - żoną Korczaka Ziółkowskiego, znanego amerykańskiego rzeźbiarza polskiego pochodzenia, autora słynnego "Crazy Horse", gigantycznej rzeźby w skale w Południowej Dakocie.

- To zaczęło się jeszcze w latach 80. W "Płomyku" przeczytałam reportaż o "Crazy Horse", monumentalność tej rzeźby i jej historia zrobiła na mnie duże wrażenie. Napisałam więc do rzeźbiarza, okazało się niestety, że już nie żyje, ale na list odpowiedziała jego żona, Ruth. Która zresztą prowadziła... pocztę! - zaznacza z uśmiechem pani Wanda. - Ta wymiana listów trwa właściwie do dziś, choć pani Ziółkowski także już zmarła. Teraz pisuję z jej córką, Jadwigą.

Był jeszcze list do J.K. Rowling, autorki cyklu o Harrym Potterze. - Przyznam, że akurat te opowieści mnie nie porwały. Ale widziałam sytuacje, w których dorośli ludzie dosłownie je połykali. Dlatego zdecydowałam się napisać do autorki, ciekawiło mnie, jak ona zapełnia te tysiące stron, sam proces twórczy - wyjaśnia Gołębiewska. - I także dostałam bardzo miłą odpowiedź.

Na ozdobionym sową, siecią pajęczą i gwiazdkami arkuszu Rowling napisała, że właśnie urodziła synka Davida, który, zadziwiająco jak na osobę, która zajmuje tak mało przestrzeni, zabiera jej tyle energii i czasu. Pracowała wtedy nad szóstą częścią serii, która nie miała jeszcze tytułu. I czuła się jak przeniesiona w czasie, do momentu, gdy powstawał "Kamień filozoficzny", a malutka była jej, już starsza w tym czasie, córka Jessica.

Pani niewiarygodnie uprzejma myśl

Bardzo elegancka była także odpowiedź na list płocczanki od Williama i Kate, księcia i księżnej Cambridge (- Angielski dwór królewski zawsze mnie fascynował - podkreśla poetka z Płocka). Na papierze jest stylizowana litera "W" w koronie, pod spodem jest napis: "St.James Palace". I treść, którą warto przytoczyć w całości: "List z Pałacu Buckingham - odpowiedź na życzenia Wandy Gołębiewskiej wysłane młodej parze dla księcia Williama i Kate Middleton. Od: Biuro Ich Królewskich Mości Księcia i Księżnej Cambridge oraz Jego Królewskiej Mości Księcia Walii Henry'ego. Prywatne i poufne. 4 lipca 2011 r. Droga Pani Gołębiewska, Książę i Księżna Cambridge poprosili mnie, abym podziękowała Pani najszczerzej za książkę, którą Pani tak wspaniałomyślnie ofiarowała, aby uczcić okazję Ich Ślubu. Ich Królewskie Mości bardzo doceniły Pani niewiarygodnie uprzejmą myśl i były bardzo wzruszone, że zadała sobie Pani trud wysłania prezentu. Książę i Księżna Cambridge żałują, że nie mają możności odpowiadania osobiście na ogromną liczbę listów i prezentów, które otrzymali. Pragnęli jednak, abym przesłała Pani ich najcieplejsze podziękowania i najlepsze życzenia. Z poważaniem, Gemma Kaza".

- Adres? Och, napisałam po prostu na kopercie "Książę William i Księżna Kate, pałac Buckingham" - śmieje się poetka.

Któż to taki, ten S.W.?

- Bez Leszka Skierskiego po prostu bym zginęła - Wanda Gołębiewska opowiada o płockim dziennikarzu i publicyście, który jej i jej twórczości poświęcił dwie swoje książki. - Ufam mu bezgranicznie, dlatego przekazałam mu kiedyś swoje dzienniki. A on znalazł w nich rzeczy, o których dawno już zapomniałam.

Tak było z listami do Sławomira Worotyńskiego, nieżyjącego już znanego i utytułowanego polskiego poety z Wilna. - Leszek znalazł w moim dzienniku inicjał "S.W.". I dociekał, o kogóż tu chodzi? W ten sposób wróciły wspomnienia ze wspaniałej, bogatej korespondencji, którą na przełomie lat 60. i 70. prowadziłam z Worotyńskim. Udało mi się w swych szufladach odnaleźć te listy...

"Poeci opisywali w listach rytuał dnia codziennego, charakterystyczny styl życia miast, obyczaje mieszkańców Wilna i Płocka. Szukali piękna i miłości w każdej postaci oraz muzy podobnej do tej, która przemierza mierzeje Wisły i Wilejki - westchnienie młodości Worotyńskiego" - tak o tej korespondencji pisał później w swej poświęconej Gołębiewskiej książce "Niepokorna" Leszek Skierski.

Dzięki temu odkryciu oboje - poetka i autor "Niepokornej" oraz wydawca, Joanna Banasiak, dyrektor Książnicy Płockiej - pojechali do Wilna na zaproszenie prezesa Republikańskiego Stowarzyszenia Literatów Polskich na Litwie Aleksandra Sokołowskiego. Spotkanie odbyło się 23 stycznia w Domu Kultury Polskiej. Przybyła na nie ponadstuosobowa grupa litewskiej Polonii. Wśród niej siostra poety Alicja Worotyńska i przedstawiciele wileńskiego środowiska poetów: Henryk Mażul, Józef Szostakowski, Romuald Mieczkowski, Wojciech Piotrowicz, Alina Lassota, Aleksander Śnieżko Wieczór poprowadziła Jadwiga Podmostko, dziennikarka "Kuriera Wileńskiego", współautorka książki o Sławomirze Worotyńskim "Złamana gałązka bzu".

- Gdybym prowadziła ewidencję swej korespondencji, z pewnością trafiłabym do Księgi Rekordów Guinnessa - uśmiecha się jeszcze Wanda Gołębiewska. - W domu listy zapełniają wszystkie moje szuflady, półki, zakamarki - nic dziwnego, bo bywały dni, gdy dostawałam 15 listów dziennie. Moja mama mówiła: "Jaką ty masz głowę, że pamiętasz tych ludzi, wiesz, co do każdego odpisać!". Ale takie pisanie listów prócz tego, że wyrabia niesamowicie zmysł obserwacji, uczy także skupienia. Dzięki temu mogę pisać gdziekolwiek, na ławce, w kawiarni, w samolocie. I do dziś wysyłam ich pięć tygodniowo!

Wanda Gołębiewska

Polonistka, poetka i podróżniczka. Urodziła się 23 grudnia 1945 roku w Płocku, w rodzinie o silnych tradycjach wodniackich. Absolwentka płockiej Jagiellonki (1963) i Studium Nauczycielskiego (1966). W latach 1972-1976 studiowała filologię polską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autorka sześciu tomików wierszy: "Na mojej ulicy" (1999), "W Radziwiu" (2005), "Nikt się nie spodziewał" (2005), "Po osiemnastej na Tumskiej" (2006), "Tam, gdzie do góry nogami" (2007), "Kartki z Ukrainy" (2010).

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.