Najlepsze jest to, że w szkole z historii miałem dwóję. A dziś dyrektorzy szkół z całej Polski zapraszają mnie, żebym poprowadził lekcje dla dzieciaków - opowiada Michał Antczak, członek stowarzyszenia ?Sakwa?, które w tym roku ma w planach poszukiwania kilku czołgów, dwóch samolotów, depozytu w grobowcu AK i pewnym zamku.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Dużo znaleźliście skarbów? - pytam od razu.

- Dużo. Nawet bardzo dużo. Bo dla nas skarbem jest nawet malutki guzik. Liczy się tylko to, ile znalezisko jest w stanie powiedzieć o historii regionu i życiu ludzi, którzy kiedyś tam mieszkali - uśmiecha się Antczak. A potem, widząc moją nieco zawiedzioną minę, dodaje: - No dobrze, "skarby", w tym potocznym rozumieniu, także znajdujemy. Choćby srebrne monety z X-XI wieku. Wykopaliśmy ich kilkadziesiąt, ale podejrzewamy, że jest ich tam o wiele więcej. Ile są warte? Tego nie da się oszacować, w rozumieniu naukowym, historycznym są bezcenne.

Mamo, chcę wykrywacz

Michał Antczak pochodzi ze Słomina (to niedaleko Wyszogrodu), ma 27 lat, mieszka w Warszawie, jest inżynierem i na co dzień pracuje w stołecznym metrze jako inspektor ds. taboru. Ale kiedy nadchodzi weekend, zrzuca garnitur, ładuje do samochodu georadar, detektory metali, kamery endoskopowe, kilofy, łopaty. I razem z kolegami ze Stowarzyszenia Eksploracyjnego na rzecz Ratowania Zabytków "Sakwa" wyrusza w Polskę na poszukiwania pamiątek dawnych czasów. O jego ostatnim znalezisku - radzieckim bombowcu Pe-2, którego z ludźmi z "Sakwy" wyciągnął z błota niedaleko miejscowości Kamion (także pod Wyszogrodem) mówiły największe światowe media, BBC, Reuters i wszystkie rosyjskie serwisy.

- Wcale się na to nie zanosiło. W szkole z historii miałem dwóję - mówi "Wyborczej" Antczak. - Wszystko zmieniło się podczas jednej lekcji. Nauczyciel wspomniał, że w okolicy mojego Słomina odbyła się dawno temu wojenna potyczka. Nadstawiłem uszu. I pomyślałem, że fajnie byłoby znaleźć jakieś ślady tej potyczki, zajrzeć pod powierzchnię ziemi i wydobyć to co po niej zostało. Ale jak to zrobić? Skąd wziąć takie urządzenie do poszukiwań?

Tego samego dnia wieczorem na internetowej aukcji Antczak kupił swój pierwszy w życiu wykrywacz metali. Do kieszonkowego - niechętnie - dołożyli mu rodzice. Wyszedł z wykrywaczem przed dom i... od razu coś znalazł.

- To była srebrna bransoletka, którą kiedyś zgubił sąsiad i moneta, boratynka, z czasów króla Jana Kazimierza - wspomina. - W tym momencie mój los był już przypieczętowany.

Gdzie mój kilof?

Od tamtej pory młody Michał każdą wolną chwilę spędzał na szukaniu. Zaopatrzył się w książki historyczne, katalogi, informatory i badał wszystkie miejsca, które stwarzały choć cień nadziei na sukces. Kiedy nadeszła zima, kuł zmarzniętą glebę kilofem, bryły przynosił do domu i rozpuszczał - ku rozpaczy matki - w wannie.

- Pewnie, że często w tej wannie znajdowałem tylko gwoździe i kapsle - śmieje się poszukiwacz. - Ale trafiałem także na inne rzeczy. Boratynki, wojskowe guziki, zaczepy od mundurów, krzyżyki, monety Stanisława Augusta. Tak, to wszystko leżało w ziemi w okolicach Wyszogrodu, przecież to tu działy się rzeczy najważniejsze dla historii Europy, przebiegały szlaki handlowe, rycerze wędrowali na wielkie bitwy, tędy przechodzili powstańcy. Dlatego właśnie w tej ziemi można znaleźć prawdziwe skarby. Jestem dumny, że pochodzę stąd i dziś mam ogromne możliwości, aby odkrywać historię swojej rodzinnej ziemi. A także poszukiwać na terenie całej Polski i być może niedługo zagranicy, bo tam także nas zapraszają.

12 lat temu Antczak zalogował się na forum ludzi z podobną pasją. Kilka lat kontaktował się z nimi tylko w sieci. - W końcu postanowiliśmy, że założymy "Sakwę" - opowiada. - Pierwszy raz w realu spotkaliśmy się u mnie, na wsi. Od tamtej pory działamy już razem, od niedawna jesteśmy także organizacją pożytku publicznego. Jest nas ok. 20 osób, w różnym wieku, o różnych zawodach, z całej Polski, Szczecina, Warszawy, Torunia, Poznania, Lublina, Krakowa, no i maleńkiego Słomina, gdzie wszystko się zaczęło. W tygodniu każdy ma swoje "zwykłe" życie. Ale dwa, trzy razy w miesiącu, w weekendy, spotykamy się i eksplorujemy. Teraz to hobby robi się coraz bardziej popularne, właściwie codziennie ktoś zgłasza się do "Sakwy" i pyta o możliwość przyłączenia się. Jesteśmy otwarci na nowe znajomości, ale także ostrożni, nie chcemy, żeby ta nasza działalność wymknęła się nam spod kontroli.

Oddają wszystko

Bo - jak to zwykle bywa - owo poszukiwanie wydaje się dość proste jedynie z pozoru. Najpierw trzeba wyznaczyć odpowiednie miejsce. - Opieramy się na historycznych przekazach, dokumentach, także na tym, co opowiadają ludzie. Czasem to cynk od znajomego poszukiwacza, czasem lokalna legenda, którą ludzie przekazują sobie z pokolenia na pokolenie. Choć akurat one w 90 proc. okazują się zupełnymi bzdurami - uściśla Antczak.

Kiedy jest już miejsce, trzeba wystarać się o pozwolenie od urzędu konserwatora zabytków. Dogadać się z właścicielami terenu. I dojść do porozumienia z miejscem, gdzie poszukiwacze przekażą to, co znajdą - muzeum, instytutem czy inną tego typu instytucją.

- To bardzo ważne. Nie zatrzymujemy rzeczy, które uda się nam odkryć. Wszystkie należą do skarbu państwa. I wszystkie oddajemy - podkreśla młody człowiek.

Pytany o najważniejsze odkrycia "Sakwy" wymienia jako pierwszą średniowieczną bullę. Pieczęć - a właściwie połowę pieczęci, bo tylko tyle się zachowało - z ołowiu i cyny, z wizerunkami św. Piotra i Pawła i napisem JOHANNES PP XXIII. Eksploratorzy znaleźli ją w Brzeziu koło Opatowa, w woj. świętokrzyskim i przekazali do Muzeum Diecezjalnego w Sandomierzu. Naukowcy określili odkrycie stowarzyszenia jako "jedno z najciekawszych, do jakich doszło w ciągu ostatnich kilkunastu lat na ziemi sandomierskiej".

Pieczęć jest stara (pochodzi z XV wieku) i związana z niezwykle kontrowersyjną postacią wybranego podczas wielkiej schizmy zachodniej antypapieża Jana XXIII.

- Który, jak wynika z przekazów historycznych, uznawany był za awanturnika, korsarza i uwodziciela - dodaje Antczak. - Historycy do tej pory zastanawiają się, w jaki sposób dokument sygnowany jego pieczęcią znalazł się pod Sandomierzem.

Lochy arcybractwa i korytarz templariuszy

Są jeszcze katakumby Arcybractwa Dobrej Śmierci, istniejącej od 400 lat świeckiej organizacji, uprawnionej kiedyś do ratowania skazańców. Odkryte pod kościołem Franciszkanów w Krakowie, tuż pod słynnym papieskim oknem.

- O zbadanie starej legendy o istnieniu tych grobowców poprosili nas franciszkanie - opowiada nasz rozmówca. - Zrobiliśmy badania bezinwazyjne z użyciem georadarów, a następnie po obiecujących wynikach odwierty w Kaplicy Męki Pańskiej, wpuściliśmy pod ziemię kamery endoskopowe. Wtedy naszym oczom ukazało się nieznane dotąd pomieszczenie, a w nim 20 dobrze zachowanych trumien oraz prawdopodobnie sarkofag. Znaleźliśmy także inne pomieszczenia, połączone z kryptą korytarzami. Niewykluczone, że katakumby mają także dodatkowy niższy poziom.

Badacze nie zeszli jeszcze pod posadzkę świątyni.

- Jest wielce prawdopodobne, że w krypcie rozwinęły się szkodliwe grzyby, które mogłyby nas zabić, dlatego do tego typu akcji trzeba się dobrze przygotować - uzupełnia nasz rozmówca.

"Sakwa" odkryła także korytarz templariuszy, ok. kilometrowy łączący kościół św. Idziego Opata w Ptkanowie z oddalonym zgromadzeniem sióstr zakonnych.

- Tu także wszystko zaczęło się od legendy. Henryk Sandomierski dwukrotnie brał udział w wyprawach krzyżowych, podobno po jednej z nich sprowadził do Polski templariuszy. A oni zbudowali te korytarze, zapewne na wypadek ucieczki, choć kto wie, czy nie ukryli tam swoich skarbów. Wejście do labiryntu miało być pod kościelną dzwonnicą - relacjonuje Antczak.

Członkowie stowarzyszenia najpierw odkopali zarzuconą ziemią piwnicę pod dzwonnicą - przy okazji znajdując szczątki ludzkie oraz ukryte w rogu pomieszczenia 40 srebrnych monet z okresu Zygmunta III Wazy. A potem, dzięki specjalistycznej metodzie elektrooporowej i skanowaniu georadarowemu, potwierdzili, że wejście w głąb, pod ziemię, i same tunele faktycznie się tam znajdują. Mało tego, udało się im także znaleźć wyjścia - jedno jest na terenie zajmowanym przez zakonnice, drugie prawdopodobnie w pochodzącej z XI w. głębokiej na ponad 50 m studni.

Szkielet był przykuty do ściany

Akcja w Kargowej, niedaleko Zielonej Góry, zaczęła się od relacji pana Juliana - mieszkańca.

- To bardzo już wiekowy człowiek, ma ok. 80 lat. Skontaktował się ze mną i opowiedział, że w latach 70. pracował przy remoncie oraz umacnianiu fundamentów starego ratusza w Kargowej - wspomina Antczak. - Zauważył, że kilka cegieł nie pasuje do pozostałych. Wykuł je, wsadził do środka głowę. I zobaczył nieznaną piwnicę, a w niej szkielety przykute łańcuchami do ściany.

Ówczesne władza ludowa nie była zainteresowana dochodzeniem, co to za szkielety, czemu są przykute i jak znalazły się pod ratuszem. Pan Julian nie zapomniał jednak o nieszczęśnikach z łańcuchami i po latach opowiedział wszystko Antczakowi.

- Pojechaliśmy więc do Kargowej, poszliśmy do gabinetu ówczesnego burmistrza. I mówimy mu, że siedzi na lochach. W pierwszej chwili wziął nas za kompletnych pomyleńców. Ale w końcu zgodził się na poszukiwania - uśmiecha się dziś Antczak. - Urzędniczka, która w jednym z pomieszczeń ratusza wydawała dowody osobiste, musiała pogodzić się z faktem, że wykuliśmy jej dziurę w posadzce!

"Sakwie" udało się dotrzeć do dwuosobowej więziennej celi i znaleźć pochodzące z XVIII wieku srebrne monety, nabijki do muszkietów, końcówkę pasa od lederwerki, blachę kciukową z inskrypcjami samego Fryderyka Wilhelma, gliniane garnki, talerze, pierwszą w Polsce w całości zachowaną patelnię z XVII w.

- Badania georadarem wykazały, że obok znajduje się piwnica "pana Juliana". Ale w międzyczasie odbyły się wybory samorządowe, władze w Kargowej się zmieniły. I pozwolenia na dalsze badania niestety już nie dostaliśmy. Szkoda, byliśmy tak blisko - rozkłada ręce nasz rozmówca. - Lokalna legenda głosi, że pod ratuszem w Kargowej więziono dezerterów z armii napoleońskiej. My oceniamy jednak, że byli to uczestnicy walk z okresu II rozbioru Polski. Obrońcy ratusza w Kargowej, których w podziemiach uwięzili Prusacy.

Topór zgubiony w drodze pod Grunwald

Do kolekcji największych odkryć "Sakwy" trzeba także dołączyć armatę z I, a używaną również w czasie II wojny światowej, odkopaną niedaleko Wiślicy koło Kielc. I kilkadziesiąt monet z X-XI w., tzw. denarów krzyżykowych, wykopanych niedaleko dawnego grodziska w Wielkopolsce.

- Sygnał o pierwszej odnalezionej tam momencie dostaliśmy od zaprzyjaźnionego poszukiwacza. Pojechaliśmy na miejsce, znaleźliśmy drugą, trzecią, dziesiątą. Kiedy każdy dołek "oddawał" nam po pięć srebrnych krążków, wiedzieliśmy już, że to dopiero wierzchołek zakopanego w początkach polskiej państwowości skarbu - opowiada poszukiwacz. - My, pod nadzorem archeologicznym, znaleźliśmy kilkadziesiąt. Przekazaliśmy je do Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie. Ale z pewnością jest tam tego o wiele więcej. Ślady historii, kopalnia wiedzy o tamtych czasach i żyjących w nich ludziach, ich handlu, podróżach, kontaktach z innymi regionami. Rzecz o wartości trudnej do oszacowania, która wciąż czeka na pełne odkrycie.

Przypomnijmy jeszcze, że wiosną 2014 r. Michał Antczak z "Sakwą" znalazł pod Wyszogrodem topór. Niepozorne, ważące około kilograma żelazne ostrze, z odłamaną częścią, zwaną przez znawców bordą. Pochodzące... z okresu bitwy w 1410 r. - Wojska Jagiełły, które ciągnęły tędy pod Grunwald, z pewnością po drodze urządzały sobie treningowe potyczki. Być może topór wyszczerbiono w trakcie jednej z nich. A potem porzucono - mówił "Wyborczej" Zdzisław Leszczyński, dyrektor Muzeum Wisły w Wyszogrodzie, gdzie teraz można oglądać znalezisko. Według niego jest jeszcze jedna teoria: - Mogli używać go cieśle, którzy w tym czasie budowali drewniany most na Wiśle w Czerwińsku.

Oprócz tych znalezisk Michał Antczak oddał do Muzeum Wisły w Wyszogrodzie mnóstwo innych historycznych i cennych zabytków, w tym pieczęć Bolesława III, plombę tekstylną z XI wieku, mnóstwo monet, fibule z okresu rzymskiego, słowiańskie kabłączki skroniowe, pieczęcie żydowskie, grot od włóczni. Wszystko to można oglądać na stałej ekspozycji.

W tym roku "Sakwa" ma w planach odkopanie kilku czołgów, samolotów, prace nad depozytem w grobowcu AK. - A jeśli starczy nam czasu, poszukamy katakumb, które znajdują się podobno pod jednym z płockich kościołów - zapowiada Michał Antczak.

***

Bronili się do końca

To jedno z najważniejszych i najgłośniejszych odkryć "Sakwy". Latem ub.r. niedaleko miejscowości Kamion pod Wyszogrodem stowarzyszenie wyciągnęło ze starorzecza Bzury szczątki bombowca Pe-2. 18 stycznia 1945 r. samolot wykonywał lot zwiadowczy nad tą częścią Mazowsza. W Wyszogrodzie roiło się wtedy od Niemców, przeprawiali się tam przez most, który zresztą tego samego dnia wysadzili. Ich artyleria strąciła samolot. Maszyna zawadziła skrzydłem o zamarzniętą rzekę, jeden z silników eksplodował. A to, co zostało z Pe-2, uderzyło z gigantyczną siłą w ziemię.

O tym, że w Kamionie może być wrak radzieckiej maszyny, Michałowi Antczakowi opowiedział mieszkaniec tej miejscowości Bogusław Ksyna. Wspominał, jak przed laty dzieci skakały do wody z wystającego nad jej powierzchnię elementu.

"Sakwa" początkowo liczyła, że odnajdzie tylko silnik Pe-2. - A udało nam się wyciągnąć większą część samolotu, z wyposażeniem. Oraz szczątki załogi - podkreśla Antczak.

Sama akcja wydobywcza była niezwykle trudna. Poszukiwacze pracowali po pas w błocie, szlam wciągał i nie pozwalał zrobić kroku (dwa razy o mało nie doszło do utonięcia), w dodatku koszmarnie śmierdział. Ludzie z "Sakwy" pokaleczyli sobie ręce, potem musieli szybko szczepić się na różne choroby, które mogli złapać, brodząc w mule. Sam Antczak zachorował na półpaśca. Były też pozytywy - eksplorerów wspierała cała lokalna społeczność, ludzie oferowali swoje koparki, strażacy ochotnicy wspomogli ich pompami, zaprzyjaźnieni rekonstruktorzy wywozili odnalezione elementy maszyny do Muzeum Wisły w Wyszogrodzie. Samo muzeum zabezpieczyło i zakonserwowało całe znalezisko.

Sława odnalezionego samolotu rosła, o poszukiwaniach donosiły światowe media, w badanie losów Pe-2 zaangażowali się rosyjscy historycy Borys Dawidow i Siergiej Siergiejew, sprawą zainteresowała się rosyjska ambasada.

18 stycznia 2016 r. Muzeum w Wyszogrodzie otworzyło swą nową ekspozycję, na której w specjalnym oszklonym pawilonie można oglądać to, co badaczom udało się wydobyć ze szlamu i błota. Drugi silnik, skrzydło, fragment kabiny pilota, karabiny maszynowe, broń krótką załogi, spadochrony. Tego dnia zaproszeni na uroczystość goście poznali także historię ostatniego lotu bombowca.

Samolot wystartował z lotniska pod Łukowem. Jego załogę stanowili: pilot Eustachy Nikołajewicz Czułowski, nawigator Iwan Żywotowski i strzelec-radiotelegrafista Jakow Polkin. Czułowski był potomkiem polskiego zesłańca Jana Aleksandra Czułowskiego. Pochodził z Omska, gdzie rodzina Czułowskich zalicza się do najstarszych i najbardziej znanych w mieście. Jej członkowie z pokolenia na pokolenie przekazują sobie zawód lekarza i polskie tradycje.

Eustachy był utalentowanym pianistą, wraz z siostrą pobierał lekcje u słynnej polskiej pianistki Marii Karczewskiej-Krzyżanowskiej, absolwentki Warszawskiego Konserwatorium, wielbił i grywał utwory Chopina.

Los i miejsce spoczynku tej trójki młodych ludzi do roku 2015 było nieznane. Dziś można rozpocząć starania o ich godny pochówek.

18 stycznia 71 lat temu odnaleziony samolot musiał zmagać się z fatalną pogodą, zerową widocznością i silnym ostrzałem. A także z brakiem doświadczenia - cała załoga Pe-2 była bardzo młoda, na swym koncie miała niewiele lotów. Badacze wśród szczątków znaleźli aparat fotograficzny, niestety nie udało się wywołać zdjęć z kliszy. Wiadomo jednak, że była ona przesunięta zaledwie o kilka pozycji. Oznacza to, że samolot został trafiony dość szybko, tuż po tym, jak załoga przystąpiła do zwiadu. W komorze zamkowej karabinu nawigatora były odłamki szkła z brunatnymi śladami krwi. Karabin "zassał" potłuczone szkło w ostatnim momencie walki. A to z kolei znaczy, że lotnicy bronili się do końca.

Epilog. Historycy rosyjscy, którzy pomogli w identyfikacji lotników, podkreślają, że miejsce, w którym zginął Czułowski, jest symboliczne - niedaleko przecież urodził się i zostawił swoje serce Chopin.

- Przy okazji - dwa tygodnie po odnalezieniu samolotu na giełdzie staroci kupiłem pewien rękopis. Okazało się, że to... rękopis hrabiego Fryderyka Skarbka, ojca chrzestnego polskiej ekonomii i... samego Chopina - opowiada Antczak. - Skarbek był także dramatopisarzem, ten rękopis to zapis jego sztuk. Jedna z nich wystawiana była także w Płocku. Według mnie nic nie dzieje się bez przyczyny. Historia do nas przemawia i daje nam znaki, a my teraz musimy te znaki interpretować.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Co za gość! Fajną zajawkę ma chłopak. No i to co robi jest niesamowite. Podziwiam
    już oceniałe(a)ś
    6
    1
    Lubie takich Bozych Szalencow. Jacek z Iwna chodzi po polach i zbiera kule od napoleonskich muszketow. A w Igolomi wyorywaja garnki, z czasow rzymskich Jest tam nawet stacja PAN. Jak sie zaczyna orka to wola sie ktoregos z doktorow na traktor by patrzyl do tylu.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0