Krzysiek idealnie wstrzelił się w swój czas. Czas kreatywnych. Takich, którzy chcą iść swoją drogą, siejąc pozytywny ferment, inspirują i tworzą rzeczy nowe. Ryzykują, by spełniać kolejne marzenia. Krzysiek jest na etapie Czerwonego Atramentu - właśnie otworzył pierwszą w Płocku księgarnię-kawiarnię.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dziwnie jest pisać o kimś, kto jeszcze niedawno był dobrym kolegą z pracy. Człowiekowi wydaje się, że zna go dobrze, a tu okazuje się, że to "nieodkryty ląd". Krzysztof Blinkiewicz był dziennikarzem naszej redakcji, szczególnie chętnie pisał o kulturze w Płocku, o historii miasta i regionu. Spełniał się w tym zawodzie, ale któregoś razu... - To był dokładnie 1 maja, właśnie wróciłem do redakcji z pochodu, napisałem relację i położyłem naczelnemu na biurko moje wypowiedzenie - wspomina Krzysztof. - Byłem bardzo przejęty, zdeterminowany, ale trochę niepewny. Jednak musiałem powiedzieć "a", żeby iść dalej własną drogą.

Zaczęło się w liceum

27 lat, płocczanin z urodzenia. Absolwent III LO. Z wykształcenia politolog, który cały czas zbiera się do napisania pracy magisterskiej po studiach w UMK w Toruniu. Temat już ma, jest związany z badaniem demokracji na świecie.

Jeszcze jako uczeń liceum odbył staż dziennikarski w płockiej redakcji "Wyborczej". Kolejny staż podjął jako student. Potem była już praca na etacie. Dlaczego po 3,5 roku rzucił wymarzony zawód?

- Zrezygnowałem, bo cały czas miałem marzenie i bardzo chciałem, wciąż chcę je spełnić - odpowiada Blinkiewicz. - To zrodziło się we mnie jeszcze w szkole średniej, tkwiło uśpione, aż w końcu uznałem, że nadszedł ten czas...

Marzenie było takie: stworzyć grupę ludzi i miejsce, w którym by się spotykała. - Wiesz, takie miejsce, w którym się rozmawia, dyskutuje, spiera, inspiruje. Dla artystów, społeczników, wszystkich, którzy myślą nie tylko o sobie, ale i o innych. Takich, którzy w ogóle myślą.

Rok 2005, Krzysiek jest drugoklasistą w III LO. Z kolegą z klasy wpadają na pomysł stworzenia Salonu Trabantów. Właśnie na jęz. polskim przerabiali "Lalkę" Prusa, stąd wziął się salon. Ale musiała być jakaś równowaga i pada na trabanty, stare, śmieszne, ale mające duszę auta.

- Napisaliśmy wtedy 10-punktowy manifest, w którym wyłożyliśmy, o co nam chodzi - opowiada Krzysztof. - O to, żeby się spotykać, tworzyć różne projekty, kulturę, żeby po prostu robić coś razem. Zapisy prowadziliśmy podczas przerwy, każdy wpisywał na listę swoje nazwisko i numer telefonu. Zebrało się blisko 20 osób, nawet nasz katecheta, świeżo po seminarium, też się wpisał. Każdy miał jakiś talent - ksiądz grał na gitarze, kolega rapował, koleżanka śpiewała bardziej lirycznie...

Kiedy Trabanty zaczęły się rozkręcać, na tablicy pojawiło się ogłoszenie o warsztatach dziennikarskich organizowanych przez Iwonę Markiewicz (to też była dziennikarka z naszej redakcji) z POKiS-u. - Zapisałem się, najpierw byłem jedynym chętnym, ale za mną poszły inne Trabanty - opowiada Krzysztof.

To był bardzo twórczy czas. Siadywali w tzw. Farbiarni, oglądali klasyki największych włoskich reżyserów ("La Stradę" po wielokroć, tak się podobała), dyskutowali. Trzy osoby z tej grupy są teraz dziennikarzami.

Koło Wschodnie i Reggaeland

Potem był wyjazd do Torunia. - Na studiach założyłem koło naukowe - śmieje się Blinkiewicz. - Jeździliśmy na konferencje naukowe po całej Polsce, zapraszaliśmy gości z krajów byłego Związku Radzieckiego, poznawaliśmy ich historie...

Kolejna wielka miłość to było reggae. - Kilka lat temu, pamiętasz, w Płocku miał się nie odbyć festiwal Reggaeland - przypomina Blinkiewicz. - Kuba, "Ciara", "Kowal" i Maciek wpadli na pomysł, żeby zrobić jego alternatywną wersję na nadwiślańskiej plaży - Underground Reggaeland. Ja miałem trochę kontaktów, razem wzięliśmy się do roboty i... przyszło 6 tys. ludzi! Byliśmy za to nawet nominowani do tytułu Płocczanina Roku.

Na bazie tej grupy powstało Stowarzyszenie Inicjatyw Twórczych Uhuru Culture. Młodzi ludzie wspólnie podejmowali działania, nawiązywały się przyjaźnie, były wspólne akcje kulturalne i społeczne.

- Ale cały czas drzemało we mnie to marzenie, żeby zrobić coś własnego. Nie tylko dla siebie, a także dla środowiska podobnych wariatów, których w Płocku wcale nie brakuje - Krzysiek uśmiecha się trochę nieśmiało. - W końcu zapadła ostra decyzja: rezygnuję z pracy!

Rodzi się Czerwony Atrament

Pomysł był już właściwie skrystalizowany - powstanie księgarnia połączona z kawiarnią. Wczesną wiosną ub. roku pojawiła się nawet nazwa - Czerwony Atrament. Slavoj Žižek podczas słynnego wiecu Occupy Wall Street w Nowym Jorku w 2011 r., który został zorganizowany na fali masowych protestów przeciwko rozpasanemu kapitalizmowi, temu, że największe bogactwo jest skupione w rękach 1 proc. mieszkańców Ziemi, wygłosił słynne przemówienie metodą "żywego mikrofonu". - Mówił bez nagłośnienia, jego słowa na głos powtarzali ci, którzy stali najbliżej, po nich kolejni i kolejni, niosło się to jak wielka fala - opowiada Krzysiek. - Žižek przytoczył dowcip z czasów komuny. Grupa ludzi została zesłana na Syberię. Ustaliła z przyjaciółmi, że będą pisać listy; jeśli użyją niebieskiego atramentu, znaczy, że piszą prawdę, jeśli czerwonego - że nieprawdę. I jeden z nich pisze na niebiesko z Syberii, że jest ogólnie wspaniale, tylko... nie można kupić czerwonego atramentu. Czyli - brakuje wolności, języka, którym można by przeciwko temu zaprotestować. Wciąż go brakuje...

Pomysł był, nazwa też, zaczęło się szukanie lokalu. I podpatrywanie znajomych, którzy już prowadzili kawiarniany biznes, uczenie się. W końcu znalazła się siedziba - przybudówka kamienicy w podwórku pod adresem Kolegialna 4. Miejski Zakład Gospodarki Mieszkaniowej zgodził się na bardzo niski czynsz. Zresztą nic dziwnego, bo budynek stał pusty od pięciu lat i, prawdę mówiąc, jego stan załamał Blinkiewicza. Powierzchnia była podzielona ścianami, ściany pokryte starą, brzydką boazerią. Świeżo upieczony przedsiębiorca miał jednak szczęście. Podwójne. Bo dostał korzystny unijny kredyt oraz wsparcie od rodziny i przyjaciół. To oni pomogli w gruntownym remoncie: zrywaniu boazerii, usuwaniu grzyba z murów, rozwalaniu ścianek działowych, malowaniu, układaniu podłogi i płytek. Wytężona praca trwała trzy miesiące. W ostatnią sobotę Krzysiek zaprosił znajomych na otwarcie swojej księgarni-kawiarni. Przyszło mnóstwo życzliwych ludzi.

Ciąg dalszy nastąpi...

W Czerwonym Atramencie jedną ścianę zajmują książki. - Mamy w sprzedaży pozycje najlepiej oceniane w różnych polskich rankingach - oprowadza Krzysiek. - Nie są to jednak oczywiste tytuły z top listy najlepiej sprzedających się tytułów. To propozycja dla bardziej wyrobionego czytelnika.

Książki można kupić, ale i poczytać na miejscu - przy stoliczku, z filiżanką dobrej kawy i pachnącym smakowicie ciastkiem. Ciasta i ciasteczka są wypiekane na miejscu, aromat rozchodzi się na cały lokal; na razie sztuka cukiernicza jest w fazie eksperymentu. A kawa... Nigdzie indziej takiej w Płocku się nie napijecie. - Jest palona w The Barn w Berlinie, to jedna z najbardziej znanych w Europie palarni, która nie idzie na masówkę - zachęca Krzysiek. - A my z kolei jesteśmy chyba jedyną w Polsce kawiarnią, w której nie ma ekspresu do kawy. My przygotowujemy ją według całego ceremoniału, w specjalnych urządzeniach z ręcznie robionego japońskiego szkła. Cały cykl przechodzi przez drip, chemex i syphon.

W Czerwonym Atramencie chętnie pokazują, jak wygląda parzenie, opowiadają o kawie. Jej aromat mile łechce nozdrza... Można też zamówić herbatę - pyszną. Pochodzi z niszowej fabryczki w Poznaniu, w której robią ją z polskich owoców i ziół. Alkohol? Nie ma.

Dla kogo jest to miejsce? - Dla każdego - odpowiada Krzysztof. - Można przyjść nawet z niemowlakiem, lada moment będziemy mieli przewijak. Dla dzieci jest kącik z drewnianymi klockami, zamówiliśmy je w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Przy Kolegialnej 4 będą różne imprezy. Już niedługo np. zostanie zorganizowany spektakl, warszawska grupa teatralna wystawi go dla niewidomych. W planach są też wieczorki muzyczne, poetyckie - z myślą o studentach.

- Zdradzę, że zarejestrowałem się także jako agencja PR i wydawca - mówi jeszcze Blinkiewicz. - W ciągu półtora roku chcę zacząć wydawać książki o Płocku, bo takich po prostu brakuje. Zainteresowanych autorów zapraszam do współpracy.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Krzysztof, życzę ci powodzenia w prowadzeniu tego interesu. Ale.... tak prawdę mówiąc to będziesz musiał się dość mocno nagimnastykować, aby ten interes pokrył zainwestowane koszty i abyś mógł cieszyć się tym biznesem :-) Oczywiście życzę ci, aby ten atrament nie wysechł zbyt szybko z tego dość mocno agresywnego rynku tego typu kawiarenek. Wiesz, to jest coś niszowego i można tego typu biznes prowadzić dla zabawy, relaksu, aby własnie się spotkać z ludźmi i sobie porozmawiać... ale trzymam kciuki, i mam nadzieję, że którego pięknego dnia zawitam na kawę.. :-) Płock nie jest miastem KULTURY, sorry no taki mamy w mieście klimat. I wiem, że wielu się oburzy tym stwierdzeniem, ale nie jesteśmy Krakowem, Gdańskiem lub warszawską starówką, gdzie spacerują ludzie z duszą. Smutne to, ale prawdziwe... ale powodzenia!
    już oceniałe(a)ś
    6
    3
    Bardzo miła wiadomość w ten zimowy poranek-pachnąca kawą i kusząca książkową przygodą. Trzeba skorzystać:) Monika
    już oceniałe(a)ś
    6
    3
    W Płocku bywam sporadycznie, ale właśnie takiego miejsca tu brakuje. Mam nadzieję, że goście będą dopisywać. Co do alternatyw, to bardzo fajny pomysł, ale jednak jest to alternatywa i mam nadzieję, że ekspres z czasem też się pojawi. Podobnie do mieszanek, że będzie kilka ciekawych, zmieniających się singli i nie tylko z The Barn, choć i to jest najlepsze ziarno w Płocku. Ciekawe propozycje mają w warszawskich palarniach Kofi Brand i Java (w tej pierwszej według mnie mają lepszego roast mastera). Dodatkowym atutem w tym wypadku jest łatwiejszy kontakt i szybsza wysyłka, w związku z czym ziarno zawsze będzie świeżo palone. Ekspres można wydzierżawić. Skok na samą alternatywę, to skok na bardzo głęboką wodę. Nawet w warszawskich lokalach rzadko kiedy to się sprawdza, bo ludzie po prostu lubią latte i capu. Niech mówią i lansują co chcą, ale nie ma nic lepszego niż dobrze przygotowane espresso, z dobrej mieszanki i w fajnym towarzystwie. Pozdrawiam i życzę wytrwałości.
    już oceniałe(a)ś
    1
    1
    Wiadome, koledze się nie odmówi sponsoringu
    @g-i-tner Myślę, że miejsce warte odwiedzenia i zatrzymania się na chwilę. A Pan ma tzw. "ból d..y"?
    już oceniałe(a)ś
    13
    8
    @g-i-tner Proponuję sprawdzić w słowniku znaczenie słowa "sponsoring", bo ja widzę tutaj najwyżej promocję. A takie artykuły promocyjne czytałem już wielokrotnie wcześniej w Gazecie i nie dotyczyły kolegów czy koleżanek.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0