Kiedy słyszę to zniechęcanie do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, jest mi przykro, bo nie należy poniewierać dobra, dobrej energii, chęci czynienia czegoś ważnego na rzecz potrzebujących, to jest niezgodne z Dekalogiem - mówi wieloletnia, emerytowana już dyrektorka Młodzieżowego Domu Kultury. Przez wiele lat organizowała w Płocku WOŚP i wciąż angażuje się w tę wielką akcję.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wielki finał WOŚP odbędzie się już po raz 24. Dawno, dawno temu Jurek Owsiak, pomysłodawca, twórca i niestrudzony organizator akcji, niesiony falą ogólnego entuzjazmu, rzucił hasło: "Orkiestra będzie grała do końca świata i jeden dzień dłużej!". Niektórym politykom rządzącej aktualnie partii i części środowisk kościelnych stoi to kością w gardle. Słynny niedawny wpis na Twitterze posła PiS Stanisława Pięty - "Jeżeli funkcjonariusz publiczny zaangażuje się w hecę WOŚP, niech nazajutrz składa raport o zwolnienie ze służby" - wkurzył mnóstwo Polaków, z mundurowymi włącznie. Odpowiedź przyszła natychmiast. Niektórzy zadeklarowali, że na takie dictum do kwestarskich puszek wrzucą dwa razy tyle co zwykle. W mediach społecznościowych rozchodzi się deklaracja o treści: "Ja oraz moje dzieci (...) oświadczam, że w razie jakiegokolwiek wypadku czy też choroby nie życzę sobie udzielania pomocy sprzętem zakupionym przez WOŚP". To bardzo przewrotna deklaracja, bo pod nią jest napis: "SZACH MAT KRYTYCY WOŚP. Ciekawe, czy z taką samą zawziętością, z jaką krytykujecie WOŚP, będziecie tak odważni, by to podpisać?".

- Jak słyszę to zniechęcanie do Orkiestry, jest mi przykro, bo nie należy poniewierać dobra, dobrej energii, chęci czynienia czegoś ważnego na rzecz potrzebujących, to jest niezgodne z Dekalogiem - mówi Roma Ludwicka. - Żal mi tych malkontentów. Źle oceniam ich niejasne motywacje, to, że zazdroszczą Owsiakowi, że wymyślił największą akcję w Polsce i porwał tłumy zarówno młodych, jak i dorosłych.

Płock grał od początku

Ludwicka na rozmowę o Orkiestrze zgadza się natychmiast, przynosi ze sobą dwa albumy zdjęć i gadżety WOŚP. - Pierwszej i drugiej kwesty nie pamiętam, bo nie ja się wtedy zajmowałam akcją - przyznaje od razu. - Nie chcę teraz nikogo skrzywdzić, ale chyba szło to na początku nie za dobrze, bo przed trzecim finałem, w roku 1994, przyszli do mnie rockowi muzycy, którzy grali u nas, w MDK. I powiedzieli: - Pani Romo, zróbmy tutaj miejski sztab WOŚP, bo przecież mamy zespoły, u nas odbywają się koncerty, tu ludzie przyjdą.

Szefowa Młodzieżowego Domu Kultury ucieszyła się, że ta inicjatywa była taka oddolna, że wyszła od samej młodzieży. Ale była i obawa, bo to przecież wielkie wyzwanie, coś zupełnie innego niż organizowała do tej pory. - Zresztą Orkiestra w Polsce dopiero raczkowała, jeszcze nie było to tak świetnie poukładane, wszystko opierało się na entuzjazmie kilkudziesięciu zapaleńców - przypomina Ludwicka.

Nie ma najmniejszego zamiaru przypisywać zasług wyłącznie sobie. Twierdzi, że siłą napędową płockiej Orkiestry byli zapraszani do sztabu entuzjaści. Najbardziej twórczy, według niej, okazali się lokalni dziennikarze. - Nie chcę nikogo pominąć, ale to były np. Agnieszka Woźniak i Iwona Markiewicz z "Gazety na Mazowszu" [dawniejsza nazwa płockiego dodatku "Gazety Wyborczej" - red.], Małgosia Białecka, wtedy z "Tygodnika Płockiego", świetny radiowiec Darek Kryszak, Agnieszka Maćkowiak, Renata Kowalska z Katolickiego Radia Płock... Wiele było wspaniałych osób.

Z tej pierwszej organizowanej przez nią i MDK Orkiestry pani Roma niewiele już pamięta. Może dlatego, że najlepsze płockie finały miały dopiero nadejść. W jej ocenie te najbardziej super, o artystycznym zacięciu, przypadają na lata między 2000 a 2005 r.

Telewizja instaluje się w Mieście Aniołów

Jeden jedyny raz w Płocku TVP2 ulokowała swoje studio, które co jakiś czas pokazywało WOŚP z naszego miasta w wejściach na żywo na antenę ogólnopolską. To było podczas finału w 2003 r. Bo Płock wpadł na nietypowy pomysł - miał być orkiestrowym Miastem Aniołów. - O ile dobrze pamiętam, wymyśliła to Małgosia Białecka - przypomina Roma Ludwicka. - My wszyscy ze sztabu oraz wolontariusze mieliśmy mieć przyczepione skrzydła, po ulicach chodziło mnóstwo skrzydlatych aniołów. Przyłączyła się też wasza płocka redakcja "GW" i do gazety dokładała białe tekturowe skrzydła, wiele osób przyczepiało je sobie do ramion, więc miasto zrobiło się naprawdę anielskie.

Telewizja lubi takie widowiskowe akcje, więc nic dziwnego, że chciała to pokazywać. Ale też było z tym sporo zamieszania, bo relacje na żywo wymagały mnóstwa przygotowań. Tak więc jeszcze przed finałem WOŚP przyjeżdżali realizatorzy, żeby ustalać zarówno rzeczy techniczne, jak choćby złącza elektryczne, ale i dotyczące scenariusza. - Jednak w tym zakresie nie potrzebowaliśmy pomocy - z satysfakcją opowiada Ludwicka. - Scenariusz był nasz własny, pomógł go napisać reżyser z Płocka rodem - Tadeusz Bystram. I nikt się tego z Warszawy nie czepiał, telewizja była zadowolona z naszych przygotowań. A my mieliśmy wszystko rozpisane niemal co do sekundy, bo wiadomo, że w TV wszystko musi grać jak w zegarku.

Płocczanie postanowili przy okazji WOŚP zrobić wielką promocję swojego miasta.

A Dowbor chciał się porządzić i w Płocku witał z Sopotu

- Podczas tych wejść na żywo pokazywane były nie tylko nasze uskrzydlone anioły, ale i całe miasto, tak jak to zaplanowaliśmy - mówi dalej pani Roma. - Telewidzowie widzieli więc nasz rozświetlony Stary Rynek, Wisłę, katedrę, wszystkie nasze płockie skarby. A także nasze najlepsze zespoły, chóry, poruszające się po ulicach powozy ze stadniny w Łącku, naprawdę dużo się działo.

Naszą imprezę miał prowadzić Maciej Dowbor, wówczas student drugiego roku pedagogiki. Jakieś dwa tygodnie wcześniej przyjechał do Płocka z koleżanką ze studiów, by zapoznać się z koncepcją i scenariuszem. Anioły?! No nie, student tylko nosem kręcił. On i koleżanka oznajmili, że mają lepszy pomysł: kamery pokażą rafinerię i petrochemię, a na ulicach będą chodzić faceci w spodniach ogrodniczkach, takich jak na stacjach paliwowych, i nosić kanistry z benzyną. Że to niby takie "naftowe" miasto. I co? - I nic, nawet specjalnie tego nie skomentowaliśmy, po prostu zrobiliśmy swoje - bez emocji wspomina pani Roma. - Zresztą pan Dowbor raz jeszcze się popisał...

I to nie byle jak! O godz. 20 tradycyjnie było światełko do nieba, w tłumie przed ratuszem zapłonęły setki zimnych ogni, a Maciej Dowbor wykrzyczał radośnie w kierunku tłumu płocczan i kamer: - Witamy was gorąco w Sopocie!

- Trzeba było całą tę scenę powtarzać - śmieje się nasza rozmówczyni - ale zimne ognie niestety już się zdążyły prawie wypalić. Na szczęście zaraz rozbłysły fajerwerki i uratowały sytuację.

Jak się prezydent Milewski nie dowiedział o koncercie Rodowicz

Była jeszcze jedna bardzo gorąca sytuacja związana z finałem w 2003 r. Otóż jest już noc z soboty na niedzielę, godz. 1, za parę godzin na ulice wyjdą kwestarze. W sztabie w MDK wciąż sporo ludzi, choć wszystko już dopięte na ostatni guzik. Dzwoni telefon, odbiera Ludwicka, to z telewizji. - Nagle wyskoczyli ze "wspaniałą" propozycją - że zupełnie za darmo na koncert finałowy dadzą Marylę Rodowicz! Miasto ma zapłacić "tylko" 100 tys. zł, ale broń Boże nie za występ, a za rozstawienie sceny dla artystki oraz za jej podróż z ekipą. Trzeba tylko, żeby prezydent potwierdził jak najszybciej - opowiada pani Roma. - No nie, pomyślałam sobie. Ja lubię Rodowicz, ale telewizja chce nam ją dać, żeby potem mieć za darmo powtórki z tego z tego koncertu 20 razy w roku, bo Płocka tyle razy przecież pokazywać nie będzie! - jeszcze dziś pani Roma czuje tamto swoje oburzenie. - Dopiero od trzech miesięcy prezydentem był Mirosław Milewski, a nuż by się ugiął przed siłą telewizji? Postanowiłam mu wcale o tym nie mówić, zadzwoniłam do Jurka Owsiaka. A on: Roma, dobrze, że mi mówisz, nie wiedziałem za moimi plecami TV takie rzeczy sobie szykuje.

Niedługo potem kolejny telefon z TVP2: - Ale pani Romo, jak pani mogła, przecież Jurek musi wypocząć, on jutro idzie cały czas na wizji na żywo, musi mieć twarz! O koncercie Maryli nie było już mowy.

A płocki finał i tak udał się wspaniale. Rok później przed kolejną WOŚP Bystram nakręcił film inspirowany Miastem Aniołów. Uskrzydleni szczudlarze tańczyli na plaży nad Wisłą, ze skarpy na sankach zjechało 150 wolontariuszy ze skrzydłami, też dołączyli do tych pląsów, a potem cała grupa aniołów poszła na Tumy w kierunku katedry.

- Akurat było południe i odezwały się katedralne dzwony... Wspaniale to wypadło. Ten film dwa razy pokazali w 2004 r. na ogólnopolskiej antenie, tak się Owsiakowi spodobał - uśmiecha się pani Roma.

W zbiórce mieliśmy ogólnopolski rekord

- Orkiestra niesie ludziom dobro - twierdzi Roma Ludwicka. - Szpitale wiadomo, są niedofinansowane, A dzięki WOŚP np. na oddziałach noworodkowych jest dużo sprzętu z serduszkiem. WOŚP podnosi też niemal nieobecną geriatrię.

Płocczanie niemało się do tego przyczynili. Ludwicka co roku sama łapie za puszkę i kwestuje. Nikt nie odmawia, a najbardziej wzruszające są dzieciaki, które z przejęciem wysypują grosiaki ciułane w skarbonkach przez cały rok, na ten najważniejszy dzień. - Rekordowa suma padła... już nie pamiętam, ale w 2002 albo 2003 r. - mówi pani Roma. - Zebraliśmy 250 tys. zł i w przeliczeniu na jednego mieszkańca mieliśmy najwięcej w całej Polsce! Wtedy bardzo wydajnie pomógł PERN, wylicytował złote serduszko za 40 tys. zł. W ogóle złote serduszka do licytacji mieliśmy przez 15 lat.

Roma Ludwicka dwukrotnie została uhonorowana przez Owsiaka medalem WOŚP - na 10- i 15-lecie akcji. Ale dla niej liczy się równie mocno to, że Orkiestra zjednoczyła przez lata tak wielu ludzi, że dzięki wspólnej pracy nawiązały się przyjaźnie, że z kwestujących dzieci wyrośli dorośli orkiestrowi kwestarze. Dlatego boli ją deprecjonowanie tej ogromnej akcji z serduszkiem.

- Bardzo bym chciała, żebyśmy w tym roku w Płocku pokazali swoją hojność i akceptację dla WOŚP, żeby nasza zbiórka była rekordowa - zachęca wszystkich Ludwicka.

20 lat kwesty i kolędowania w szpitalu

 

Roma Ludwicka: - Już dwie dekady z uczestnikami dziecięcych grup teatralnych jesteśmy podczas każdego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w szpitalu wojewódzkim na Winiarach (na zdj. - styczeń 2015 r.). Zawsze w godzinach 14-17. I zawsze dyrekcja stwarza nam dobre warunki, żebyśmy mogli bezpiecznie poruszać się po oddziałach. Idziemy tam oczywiście z kwestarskimi puszkami, ale mamy dwa cele. Pierwszy to odwiedzić chorych. Zatrzymujemy się przy każdym łóżku, śpiewamy kolędy, każdemu nalepiamy orkiestrowe serduszko. Ludzie często są bardzo wzruszeni, szczególnie kiedy słyszą głosiki dzieciaków, wielu rozczula dźwięk skrzypiec. Często pojawiają się łzy, bo zresztą niektórych chorych prócz nas nikt nie odwiedza. W kolędowaniu mocno wspiera nas personel szpitalny, śpiewa razem z nami. I ci chorzy ludzie, sami wymagający pomocy, nierzadko dają jakiś grosz na WOŚP.

 

Ale jeśli chodzi o kwestę, to prowadzimy ją pośród odwiedzających, rodzin czy znajomych tych, którzy są leczeni w szpitalu. Spotykamy się z dużą życzliwością, wiele osób chętnie przekazuje datki. Taka jest właśnie siła i sens WOŚP.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem