Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Dorota ma w swej niewielkiej, ale uroczej pracowni krawieckiej przy ul. Królewieckiej, przymocowaną do ściany mapę świata. Na niej szpilkami z czarnymi łebkami zaznacza miejsca, skąd spływają zamówienia na jej niezwykłe skrzydła. Mamy więc Alaskę (- Motyle skrzydła na Alasce to już prawdziwe science fiction - śmieje się nasza bohaterka), Hawaje (- No, Hawaje są już bardziej zrozumiałe), Kanadę. Cała masa szpilek wbita jest w USA, wszystkie kraje zachodniej Europy, są wetknięte w Chile, Koreę Południową, Singapur, Australię, Bahrajn. - Bahrajn? A jak ty to wysyłasz? - nagle przychodzi nam do głowy, jak egzotycznie musiał wyglądać adres na tej przesyłce. - Tak po prostu, pocztą? Z Bielskiej?

- Nie, skąd. Z Jachowicza - uśmiecha się artystka.

30 hektarów, 20 krów

Ona sama nigdy o sobie nie mówi "artystka". Umysł typowo ścisły, wielbicielka matematyki i konstruowania, wreszcie... rolnik - to określenia, których użyła, opowiadając o tym, jak zaczęła się jej przygoda z malowanym jedwabiem. Ale jest artystką niewątpliwie, bo robi piękne rzeczy. Skrzydła, jakie maluje na doskonałej jakości jedwabiu, oparte są na stworzonych przez naturę wzorach motylich skrzydeł: rusałki admirała, monarchy, motyla królowej Aleksandry. Chociaż natura pewnie jest nieco zazdrosna, bo barwy niezwykłych prac Doroty są żywe, ich zestawienia interesujące, no i ta delikatna zwiewność szlachetnej tkaniny... To wszystko daje zachwycający efekt.

Zapewne domyślacie się, że Dorota zaczęła malować swoje skrzydła zupełnie przypadkowo. By to rozumieć, musimy cofnąć się nieco w czasie, do momentu, kiedy 13-letnia Dorotka w swym rodzinnym domu w Cekanowie koło Bielska myszkuje w maminych szufladach. Z jednej z nich wyciąga kawałek pięknej wiskozy - brązowy, w listki. I kroi z tego swoją pierwszą prawdziwą spódnicę. Wedle ówczesnej mody: prostą, na dole z klinami.

- Rzecz jasna próbowałam już wcześniej, ale właśnie raczej kroić, analizować przyszły kształt i konstruować niż szyć. O moich odważnych próbach najwięcej powiedziałaby mama, powspominałaby, ile zasłon jej nacięłam! - opowiada nam dziś dorosła już Dorota. - Z tą spódnicą poszło mi średnio, nie przewidziałam, że prócz właściwego kształtu wykrój musi przewidywać także... miejsce na szwy! Pomogła starsza siostra, dodała specjalne wstawki, wszyła to wszystko. No i ma tę spódnicę do tej pory.

Do prób cięcia i zszywania dochodziły rysunki, malunki i wszystkie tego typu historie. - Zapełniałam rysunkami ostatnie strony zeszytów, mój anglista w Małachowiance śmiał się: "Oho, Jędrzejewska znowu zapisuje wszystko pismem obrazkowym" - opowiada Dorota, z domu Jędrzejewska. - Ale nie myślałam nigdy o szkole plastycznej. Swą przyszłość wiązałam... z rolnictwem!

Skończyła studia rolnicze w Bydgoszczy, wróciła w rodzinne strony i zaczęła gospodarzenie.

- 30 hektarów i 20 mlecznych krów. Nie jest to łatwa praca, zrywasz się o świcie, brudzisz ręce po łokcie, nieraz boli cię krzyż albo i inne części ciała - śmieje się. - Ale bardzo to lubiłam, naprawdę.

- Więc co się stało? Jak znalazłaś się w tej uroczej pracowni, pośród malowanych jedwabi?

- No cóż... Zakochałam się.

Żelazkiem albo parą

Pewnego dnia, jakieś dziewięć lat temu, siostrze Doroty zepsuł się aparat fotograficzny. Nasza bohaterka wzięła go więc pod pachę i zjawiła się w zakładzie naprawczym Jana Drzewieckiego (przy okazji - znanego płockiego fotografa). I... stało się, musiała pożegnać swe łąki, krowy i produkcję mleka, zamieszkała z ukochanym w Płocku i zaczęła układać sobie życie zawodowe w mieście.

- Początkowo krucho było z pracą. Próbowałam w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, potem w biurze pośrednictwa nieruchomości, ale czułam, że to wciąż nie jest to. Dopiero Janek mnie natchnął. Powiedział: "Skoro tak lubisz szyć, może spróbujesz coś w tym kierunku?" - zdradza nam nasza rozmówczyni.

Bo rzecz jasna cały czas szyła. - Na początek przerobiłam dla koleżanki strój Indianki, z rozmiaru 42... na pięciolatkę! Potem było coś dla mnie, torebka, także z zasłonki, jak przed laty. We wzór angielskich róż, z regulowanym paskiem i pięcioma suwakami, bo ja w ogóle bardzo te suwaki lubię - nie ukrywa Dorota. - Potem kurtka, także w róże, spodnie dla Janka, tak, też w kwiaty, dlaczego nie? Mąż ma już takich trzy pary! Kiedyś szyło się, bo niczego nie było w sklepach, dziś dlatego, bo mimo że w sklepach jest mnóstwo wszystkiego, trudno w tej masie znaleźć coś oryginalnego, dokładnie tego, czego chcemy.

Ale nie, zaprzecza, że wszystkiego nauczyła się sama. - Kiedy to całe szycie zaczęło mnie wciągać, zapisałam się na dwa kursy, szycia oraz modelowania i konstrukcji. Nie było łatwo znaleźć te odpowiednie, na rynku jest sporo propozycji, ale dla początkujących. Ci, którzy wiedzą już cokolwiek, mają mniejszy wybór. Mnie się udało, szczególnie zadowolona jestem z warszawskiego kursu modelowania i konstrukcji - Dorota jeszcze raz podkreśla, że jest umysłem ścisłym, fanką matematyki, obliczeń i konstruowania właśnie. - Dwa tygodnie, całe dnie intensywnego szkolenia w Studium Krawieckim. Istnieje od 1957 r., kursy dla czeladników i mistrzów krawieckich prowadził tam słynny mistrz Wacław Danowski, który obmyślił własną metodologię krojenia. Później pałeczkę przejęły jego synowa i wnuczka.

Do krojenia i szycia doszło w końcu malowanie na jedwabiu. Zaczęło się tak: Dorota obmyśliła sobie sukienkę na czyjeś wesele, jedwabną, w pięknych kolorach, z oryginalnym wzorem. Rzecz jasna potrzebnego materiału nie znalazła, natknęła się za to na sporo informacji dotyczących własnoręcznego malowania tej szlachetnej tkaniny. Dowiedziała się, że są specjalne farby, różne techniki ich utrwalania (żelazkiem bądź parowo, tak, by nic się nie sprało), że cała tajemnica polega na tym, by farby na materiale się nie zlewały, a jeśli już, to w sposób, w jaki chcemy. I że trzeba odpowiednio dobierać tkaninę, pędzle, ba, nawet wilgotność powietrza ma znaczenie! W domu jednak nie malowała, bo jak mówi, potrzeba jest do tego dużo miejsca, wielki wolny stół, a ona takich skarbów w mieszkaniu niestety nie miała.

A jedwab jest najlepszy, z Chin

Pracownię DOR przy Królewieckiej 23 (w naprawdę pięknym podwórku) założyła 1 czerwca 2013 r. Zainwestowała własne pieniądze, dostała także dofinansowanie z Wojewódzkiego Urzędu Pracy na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej (udało się, gdy aplikowała po raz drugi). Plan był taki - do Doroty zgłaszają się klientki, a ona je mierzy, a potem kroi materiały i szyje. Spódnice, sukienki, bluzki. Do tego maluje na jedwabiu apaszki, szale, całe kupony tkanin na piękne suknie i zwiewne spódnice. Planowała także "iść" w suknie ślubne, uszyła ich nawet ok. sześciu czy siedmiu - tiulową bezę, koronkową, dopasowaną w stylu koktajlowym. Ba, sama poszła do ślubu w wykonanej własnoręcznie "małej białej". Sukienka miała doszyte w pasie 10 metrów bieżących jedwabiu, wykrojone na planie koła i barwione na końcach w kwiatowe wzory w tonacji lawendy i lila.

Szybko zresztą okazało się, że to właśnie malowanie na tkaninie pociąga ją najbardziej, Dorota sprowadzała na Królewiecką całe bele wspaniałego jedwabiu pochodzącego z Chin (uwaga - w przypadku jedwabiu "chiński" jest przymiotnikiem gwarantującym jakość), malowała na nim kwiaty, abstrakcyjne wzory, twarze, pasy, plamy, ważki i ptaki. Szyła z tego swoje szale i tuniki, wystawiała je w internetowych sklepach, reklamowała się w mediach społecznościowych, dwa razy miała swój stragan na Jarmarku Tumskim.

- No ale... nie było różowo, tak to ujmę. Chyba chodziło o ceny. Rzeczy unikatowe, własnoręcznie wykonane, z najlepszej jakości szlachetnego materiału, bez żadnej domieszki sztuczności, z jedwabiu autentycznie zrobionego przez jedwabniki, musiały kosztować nieco więcej niż masówka z sieciówek. Chociaż... bluzki z ręcznie malowanego jedwabiu, podobne do tej, którą mam dziś na sobie, wyceniałam na ok. 150 zł. Nie wiem, czy to tak bardzo drogo. W każdym razie klientek nie miałam tyle, ile sobie wymarzyłam - przyznaje dziewczyna.

23 gramy sukcesu

Zwrot akcji następuje w 2014 r., gdy w pracowni Doroty zjawia się pewna dziewczyna z Płocka. Ma nietypowe zamówienie - okazuje się, że tańczy taniec brzucha i potrzebuje do występów czegoś w rodzaju skrzydeł. Odpowiednio skrojonych dwóch jedwabnych płacht, najlepiej pomalowanych w jakiś kolorowy, abstrakcyjny wzór. Zapinanych na szyi. Tak, by kiedy dziewczyna uniesie ręce, przypominała trochę anioła, trochę kolorowego ptaka, po prostu - żeby wokół niej łopotało, szeleściło i skrzyło się barwami. Dorota rzecz jasna zamówienie przyjmuje i w ten sposób szyje swoje pierwsze skrzydła. Jeszcze nie wie, że to właśnie początek jej największej pasji.

- Wtedy nie przeczuwałam, że te skrzydła mogą mieć jakikolwiek potencjał. Dlatego dopiero po kilku miesiącach zdjęcie mojego dzieła wstawiłam na taki międzynarodowy internetowy sklep z rękodziełem. I już po tygodniu przyszło pierwsze zamówienie! To był luty 2015 r., napisała do mnie Vanneza z Florydy. Osoba, której dziś jestem niezmiernie wdzięczna - podkreśla nasza specjalistka od wzorów na tkaninie. - Vanneza ma na Florydzie hodowlę motyli gatunku monarcha. I jest także tancerką tańca brzucha. Zawsze chciała mieć skrzydła podobne do tych należących do jej ukochanych owadów. Przesłała mi ten piękny wzór, złoto-czarny, z białymi plamkami na końcach skrzydeł. Spełniłam jej marzenie, wysłałam skrzydła na Florydę. Przy okazji pochwaliłam się nimi w sieci. I tak się zaczęło...

Najpierw przyszły dwa zamówienia, potem jeszcze dwa kolejne, ale już na trzy pary skrzydeł. Coraz więcej klientów zaczęło domagać się swoich par jedwabnych płacht, zszytych u góry na tasiemce, którą można zapiąć na szyi. W zamówieniach pojawiały się także nowe motyle wzory - te z czerwienią, z niebieskim przechodzącym w turkusowy, jasne, ciemne, monochromatyczne, barwne... no właśnie, jak skrzydła motyla. Do dziś Dorota uszyła ich i namalowała ok. 250. A jej katalog wzorów to wielki, pękaty segregator (nasza rozmówczyni zdradza, że kiedy tylko się obrobi, "pójdzie w ptaki" i będzie malować na skrzydłach ptasie).

- Stanęło na tym, że dziś właściwie robię tylko to. Choć kończę właśnie także ślubną suknię, ale teraz czas oczekiwania na tego typu zamówienia nieco się wydłużył - uśmiecha się nasza rozmówczyni. - Z Polski docierają do mnie właściwie pojedyncze zamówienia, ale wysyłam skrzydła do klientów z całego świata, wystarczy spojrzeć na moją mapę. W większości na potrzeby tancerek tańca brzucha, panie zamawiają je także jako przebranie na imprezy i na pokazy fitness. Właśnie rozpoczynam pracę nad zamówieniem z Singapuru. Klient zażyczył sobie 14 sztuk!

- Czy nie uważasz, że to niesamowite...

-... że dzięki dzisiejszej komunikacji mogę mieć zamówienia z Abu Dhabi i Hawajów? Tak, też uważam, że to niesamowite. Rzeczy kiedyś nie do pomyślenia, wydają się dziś tak proste. Wystarczy odebrać maila, a po wykonanej pracy włożyć moje skrzydła do koperty, zaadresować...

- Do koperty? Tej jak tutaj? Takiej małej?

- No tak. Koperta z zawartością waży jedynie 23 gramy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.