Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Manolo Cadenas, hiszpański szkoleniowiec, który dokładnie tydzień temu skończył 61 lat, w poniedziałek w Orlen Arenie oficjalnie pożegnał się z płockimi kibicami, a potem podczas zamkniętej imprezy również ze sponsorami, pracownikami klubu SPR Wisła Płock i swoimi zawodnikami. W prezencie dostał od nich elegancki zegarek.

Z piłkarzami ręcznymi Orlenu Wisły był związany od 2013 r. "Wisła ma szczęście, że będzie pracować z jednym z najlepszych trenerów nie tylko w Hiszpanii, ale na całym świecie. Po tylu latach trenowania różnych klubów w naszym kraju zasłużył na miano mistrza hiszpańskiej piłki ręcznej. Jest wspaniałym szkoleniowcem, ponieważ potrafi wydobyć to, co najlepsze ze swoich zawodników, mówię tu szczególnie o młodych graczach. Ma niesamowitą charyzmę i często jest dla swoich podopiecznych jak ojciec" - tak po nominacji na trenera płockiego zespołu pisał dla "Wyborczej" dziennikarz hiszpańskiego dziennika "Marca" Jorge Dargel Amigo.

I rzeczywiście z tej strony dał się u nas poznać Cadenas. Cieszył się sympatią kibiców, nie tylko tych z Płocka. W domu w Cekanowie ma mnóstwo pamiątek, statuetek, zdjęć, wśród nich jedno podarowane przez fanów z Głogowa. Jest na nim napis: "Remember us... Handball fans SPR Chrobry Głogów".

Adam Małachowski: Podczas pożegnania w Orlen Arenie zakręciła się łza w oku?

- Niejedna. Żegnać się z tyloma osobami, które się polubiło, było dla mnie czymś bardzo bolesnym.

Jak podsumowałby pan te trzy lata?

- Nie jestem usatysfakcjonowany, bo zawsze można było zrobić więcej. Mam na myśli przede wszystkim pojedynki z Kielcami. Ostatnie zwycięstwo w rundzie zasadniczej Superligi, owszem, dało wiele radości naszym kibicom, jednak myślę, że rywal nie zagrał w tym meczu na maksimum swoich możliwości. W pojedynkach decydujących o mistrzostwie czy Pucharze Polski już trudniej było zwyciężać. Bo oni zawsze starają się grać z nami jak najlepiej, a czasami, gdy tego potrzebują, mogą liczyć na wsparcie sędziów. Tak było m.in. podczas finału Pucharu Polski w 2014 r., gdy straciliśmy ostatnią bramkę po sześciu krokach Michała Jureckiego. I choć uważam, że poziom sędziowania w Polsce stoi na dobrym poziomie, to jednak mam wątpliwości co do arbitrów, którzy prowadzili niektóre mecze Wisły z ekipą z Kielc.

Pełnił pan w klubie jednocześnie funkcję trenera i menedżera i decydował o tym, który zawodnik ma przyjść, a który odejść. Dlaczego nie chciał pan zostawić w Wiśle najlepszego obecnie strzelca Bundesligi Petara Nenadicia?

- To bardzo dobry zawodnik. Ale chciałem kogoś o zupełnie innej charakterystyce. Takiego, który będzie współpracował z całą drużyną, a nie strzelca, który sam zdobywa bramki. Nie jest mi żal, że się rozstaliśmy.

Aleksandra Tioumentseva, Nemanji Zelenovicia też nie jest panu żal?

- Sasza dostał od nas propozycję przedłużenia kontraktu na rok, ale jej nie zaakceptował. Odpowiedzialność za prowadzenie gry zespołu przejął po nim Rosjanin Dmitrij Żytnikow. Już w trakcie sezonu okazało się, że Zelenović odejdzie do niemieckiego SC Magdeburg. Nie było możliwości, by go zatrzymać, bo zażyczył sobie naprawdę dużych pieniędzy. Udało nam się jednak pozyskać w jego miejsce Brazylijczyka Jose de Toledo - o podobnych parametrach i tańszego. W tym przypadku Wisła dokonała dobrej transakcji. Zelenović miał wyjechać z Płocka dopiero w czerwcu, ale klub z Magdeburga zaoferował Wiśle pieniądze za jego wcześniejsze wykupienie. Była to suma o połowę wyższa od tej, za którą kupiliśmy Toledo.

Przed startem ostatniego sezonu można było odnieść wrażenie, że zespół był kompletowany z tzw. łapanki...

- Dużym błędem kierownictwa klubu było to, że nie udało się zatrzymać, przynajmniej na rok, Kamila Syprzaka. Dla nas było to duże osłabienie, trudno było zastąpić tak ważnego gracza. O ile mogłem decydować o transferach, o tyle jako trener nie miałem wpływu na budżet klubu, który z roku na rok był zmniejszany. Nie mieliśmy zbyt dużych pieniędzy, więc musiałem czekać na zawodników, na których będzie nas stać. Czasami więc trzeba było ryzykować. Zawsze jednak starałem się sprowadzać tylko takich graczy, którzy będą przydatni drużynie.

Ale Marco Oneto czy Bartosz Konitz - to gracze, którzy nie pomogli drużynie.

- Tak, to ja ich wybrałem do zespołu. Ale to klub przed podpisaniem kontraktów powinien przeprowadzić szczegółowe badania lekarskie. Z tego, co wiem, obaj je mieli. Piłka ręczna jest dyscypliną kontaktową. Brak szczęścia powoduje, że zawodnik szybko może złapać kontuzję. I niestety, oni wypadli nam ze składu. Jestem przekonany, że gdyby grali na swoim poziomie, zespół miałby o wiele większy potencjał.

Nie chciał pan sprowadzić kogoś w ich miejsce?

- Miałem wytypowanych dwóch bardzo dobrych niedrogich graczy. W grudniu poprosiłem kierownictwo klubu, aby podpisało z nimi kontrakty. Ale usłyszałem: "nie".

Dlaczego?

- To już pytanie do kierownictwa.

Z moich informacji wynika, że po tym, jak źle zdiagnozowano uraz jednego z zawodników, stracił pan zaufanie do lekarzy zajmujących się zespołem. Kolejne kontuzje miał pan konsultować z lekarzami z Barcelony. To prawda?

- Nie będę tego komentować. Mogę tylko powiedzieć, że klub powinien mieć lekarza, specjalistę od medycyny sportowej z prawdziwego zdarzenia, który będzie przy drużynie non stop! Nie tylko podczas meczów, ale również treningów. W przypadku urazu powinna być natychmiast postawiona diagnoza i podjęte leczenie. Nie można z tym zwlekać czy tego odkładać. Zdrowie zawodników jest najważniejsze. Jest to bardzo ważny temat na przyszłość, którym klub powinien się zająć jak najszybciej.

W jednym z wywiadów określił pan współpracę z prezesem SPR Wisła Arturem Zielińskim dosadnie: "katastrofa". Naprawdę było aż tak źle?

- Trener potrzebuje zaufania prezesa. Na początku miałem do czynienia z Andrzejem Miszczyńskim, który wybrał mnie na trenera Wisły. To osoba, która miała wizję, doświadczenie. Fakt, że nie miałem okazji z nim współpracować, odbił się na mnie negatywnie. Współpraca z Robertem Raczkowskim układała się dobrze. W tym czasie jego zastępcą był Artur Zieliński, który pomagał mi zintegrować się z tutejszym środowiskiem. W trzecim roku mojej pracy okazało się, że to on przejął stery w klubie. Nie miał do mnie zaufania.

Kiedy je stracił?

- Wydaje mi się, że po wysokich porażkach w Płocku z THW Kiel (23:37) i w Kielcach z Vive (22:32) przestał wierzyć w ideę mojej pracy. Nie rozumiał, że takie mecze się zdarzają. W rywalizacji o ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Vardarem Skopje, który dysponuje czterokrotnie wyższym budżetem od nas, teoretycznie też nie mieliśmy szans. Ale do wyeliminowania tego zespołu zabrakło nam szczęścia. Przypomnę, że w rewanżu nie zagrał Dan Racotea. A już w pierwszej połowie tego meczu czerwoną kartkę dostał Tiago Rocha. Jestem zadowolony, że mimo wielu trudności moja ekipa zawsze wywiązywała się ze swoich zadań znakomicie! I za to bardzo dziękuję zawodnikom. Było dla mnie wielką przyjemnością z nimi trenować.

We wrześniu Artur Zieliński publicznie zapewniał, że przedłuży z panem umowę. Dlaczego tego nie zrobił?

- Na początku sprawa się przeciągała, bo mój menedżer miał poważne problemy zdrowotne. W tym czasie miałem zapewnienia nie tylko od prezesa Zielińskiego, ale również od prezydenta Płocka Andrzeja Nowakowskiego, że będę mógł kontynuować pracę z Wisłą. Obaj mi to obiecywali, ale nie spełnili przyrzeczeń. Od tego momentu sytuacja w klubie zrobiła się niestabilna. Nie było wiadomo, kto po mnie obejmie drużynę, więc nie było komu zająć się transferami na przyszły sezon. Większość zawodników, którym kończyły się kontrakty, nie wiedziała, na czym stoi. To rodziło w nich frustrację.

Czy oczekiwania wobec pańskiej drużyny nie były zbyt wysokie jak na niski budżet, którym dysponowała Wisła?

- Jak się patrzy na kluby, które kwalifikują się do Final4 Ligi Mistrzów, to wspólnym mianownikiem są pieniądze. Umożliwiają podpisywanie kontraktów z dobrymi zawodnikami. Powodują, że można realizować plany długoterminowe, mieć do dyspozycji szeroki skład, dobrą opiekę medyczną. Ale uważam, że i my, z tym budżetem, którym dysponuje Wisła, wypadliśmy dobrze. Wygrywaliśmy z bogatszymi. Daliśmy z siebie wszystko. Bo to, co najważniejsze, to postawa, ambicja, walka.

Słynie pan z przywiązania do taktyki. Denerwuje się pan, jeśli któryś z zawodników nie wykona akcji tak, jak to było wcześniej ustalone. Mocno pan krzyczał na zawodników...

- Zawodnik musi być przyzwyczajony do stylu trenera. Dopiero wtedy w każdej sytuacji stanie na wysokości zadania. Podam przykład finału Pucharu Polski, w którym walczyliśmy z Vive. Tałant Dujszebajew był bardzo wymagający wobec swoich graczy. I ci wypełnili wszystkie zadania.

Przypominam sobie sytuacje z pierwszej części sezonu, w których Dmitrij Żytnikow często dostawał od pana reprymendy. Można było odnieść wrażenie, że chłopak sobie z tym nie radzi. W Wiśle nie grał tak dobrze, jak chociażby później podczas Euro 2016.

- Forma zawodników w trakcie sezonu nie jest regularna z wielu powodów. Trzeba pamiętać, że Dima był w Wiśle świeżym zawodnikiem, w Płocku zaczął nowe życie, potrzebował czasu. Jego forma była wtedy niska w porównaniu do potencjału.

Jestem ciekawy: czy Wisła byłaby silniejszą drużyną, gdyby prezesem był Andrzej Miszczyński?

- Na pewno byłoby inaczej. Andrzej Miszczyński to osoba z dużym doświadczeniem i z szerokimi kontaktami w świecie piłki ręcznej. To on zdecydował się mnie zatrudnić, miał do mnie ogromne zaufanie. A ja ufałem jemu. Znał mnie, wierzył, że wspólnie możemy sporo zdziałać. Wiedział, że specjalizuję się w pracy z młodymi utalentowanymi zawodnikami. Miał plan na to, jak moje umiejętności wykorzystać dla dobra drużyny. Wiedział, co może osiągnąć ze mną, mając stosunkowo niski budżet. A chciał Wisły na europejskim poziomie. Szkoda, że nie było nam dane zagrać razem dla Wisły. Późniejsze zmiany w kierownictwie klubu nie pomagały mi w pracy. W tym przypadku idealnie pasuje powiedzenie, że ryba psuje się od głowy.

Jakie wrażenia, wspomnienia wywiezie pan z Płocka?

- Przyjście do Wisły było dla mnie początkiem nowego życia. Z żoną Carmen zamieszkaliśmy w przepięknie położonym domu w Cekanowie, który szybko stał się oazą spokoju, naszym miejscem na ziemi. Mojej rodzinie przysporzyło to wiele szczęścia, radości.

Gościł pan nawet u siebie kadrę narodową Hiszpanii w piłce ręcznej.

- To był dla mnie wielki dzień. Byłem dumny ze swojego życia. Chciałem się podzielić pozytywnymi doznaniami. Byłem szczęśliwy, że mogłem ich zaprosić. W Hiszpanii takich miejsc nie ma. Cekanowo bardzo im się spodobało.

Co jeszcze urzekło pana w Płocku?

- Genialna atmosfera do uprawiania piłki ręcznej, której z trudem szukać np. w Barcelonie. Zawsze, kiedy wchodziłem do Orlen Areny, dziękowałem losowi, że to właśnie tu mogę wykonywać swoją pracę. Z sentymentem będę wspominał naszych wspaniałych kibiców. Na meczach w Płocku, ale również na wyjazdach zawsze nas wspierali w trudnych momentach. Byli z nami nawet po porażkach, choć po niektórych z nich sam miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Takie sytuacje bardzo przeżywałem. Zdarzało się, że płakałem. Piłka ręczna to moja wielka pasja. Trzy lata temu spotkało mnie wielkie szczęście, że mogłem rozpocząć pracę w Płocku. To miasto jest szczególne, wyjątkowe do uprawiania piłki ręcznej. I powtórzę: będę pamiętał, że zawsze nam towarzyszyli kibice. Za to im serdecznie dziękuję!

Ma pan jakieś inne pasje poza piłką ręczną?

- Nie miałem zbyt wiele czasu na inne rzeczy. Cały swój czas poświęcałem na prowadzenie reprezentacji Hiszpanii i Wisły. Często też prowadziłem indywidualne zajęcia z młodymi. Ale to samo robił Krzysztof Kisiel, który bardzo dużo czasu poświęca na pracę z młodymi. A także Artur Góral, który pracuje z młodymi bramkarzami. Młodzi zawsze powinni trenować z pierwszym zespołem i jego szkoleniowcami.

Czy nadal będzie pan trenerem reprezentacji Hiszpanii?

- To nie zależy ode mnie. Może być tak, że zakończę pracę z kadrą narodową. Mam nadzieję, że znajdę też nowy klub, w którym będę mógł dalej realizować się jako trener. Chciałbym, aby to był projekt podobny do tego z Płocka.

Plany na urlop?

- O tym nie myślę. Jeszcze przez kilka dni nacieszę się Cekanowem. Teraz mam na głowie przeprowadzkę do Hiszpanii, muszę się spakować. Chcę też dalej zgłębiać tajniki pracy szkoleniowej, która pomoże mi stać się jeszcze lepszym trenerem.

Co pan sądzi o trenerze Piotrze Przybeckim, który od 1 lipca przejmie Wisłę? Na co będzie stać zespół w nowym sezonie?

- Nowy trener przejmuje drużynę z większością moich zawodników. Życzę Wiśle jak najlepiej, samych sukcesów.

Za tłumaczenie bardzo dziękuję doc. dr. Janowi Harasymowiczowi, dziekanowi Wydziału Wychowania Fizycznego Szkoły Wyższej im. Pawła Włodkowica w Płocku

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.