Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
- No cóż, nie ma sensu tego ukrywać - jesteśmy już po prostu zmęczeni. Zmęczeni latami niepowodzeń przy zabieganiu o jakiekolwiek wsparcie, odrzucaniem próśb, przekreślaniem naszych starań - mówi Beata Jaszczak, szefowa galerii i prezeska prowadzącego ją Stowarzyszenia "Oto Ja". - W ostatnich latach utrzymywaliśmy to miejsce z prywatnych funduszy. W ten sposób nie da się funkcjonować.

Płock stolicą sztuką

Stowarzyszenie Edukacyjno-Artystyczne "Oto Ja" powstało w 2006 r. Pod statutem podpisało się 16 osób, pasjonatów z wielkim zapałem i marzeniami. Wspólnie działali już wcześniej, od dobrych kilku lat, przy Farbiarni - pracowni plastycznej Płockiego Ośrodka Kultury i Sztuki, prowadzonej wtedy przez Beatę Jaszczak.

Tam właśnie powstała kolekcja "Oto Ja": kilka tysięcy prac plastycznych z kręgu sztuki naiwnej - obrazów, rysunków, rzeźb. Ich autorami są mieszkańcy domów pomocy społecznej z Płocka i okolic. Najważniejsi to: Adam Dębiński, którego prace poznańska Galeria Tak zestawiła z dziełami Pabla Picassa, Barbara Chęcka, nagradzany za granicą Tadeusz Głowala, Halina Dylewska, Krzysztof Paradowski, Regina Chludzińska, Krzysztof Reszczyński.

Wszyscy to uczestnicy i laureaci konkursu "Oto Ja", zainspirowanego przez Beatę Jaszczak i organizowanego od 1994 r. wydarzenia, które w oficjalnych nurtach sztuki narobiło sporo zamieszania. Początkowo ogłaszał je działający w Płocku Wojewódzki Dom Kultury, potem POKiS. Po każdej edycji kilka, kilkanaście prac trafiało do kolekcji.

I konkurs, i kolekcja zyskały ogólnopolską sławę, obrazy jeździły na wystawy w całym kraju, były na Zamku Ujazdowskim w Warszawie, w krakowskiej Galerii d'Art Naif na Kazimierzu, w Poznaniu, Szczecinie... Płock zaczęto wtedy nazywać "stolicą, zagłębiem sztuki naiwnej".

"Gazeta Wyborcza Kraków" w 2014 r. pisała: "Czym dla twórców ludowych był w czasach PRL-u Paszyn, tym dla outsiderów jest w ostatnich latach Płock. (...) Wspólną cechą ich sztuki jest nieokiełznana wręcz wyobraźnia i nadwrażliwość kolorystyczna. To twórczość tak instynktowna i wolna, że aż dzika. (...) Wszyscy autorzy pochodzą z Płocka (lub okolic) - miejsca zwanego stolicą polskich naiwnych, określanych też jako outsiders. Ale to wcale nie oznacza, że tylko tam rodzą się samorodne talenty. Po prostu w Płocku, podobnie jak w czasach PRL-u w małopolskim Paszynie, znaleźli się ludzie, którzy odkryli te talenty i stworzyli odpowiednie warunki do ich rozwoju".

Profesor z Paryża i TVP Kultura

- Nasze zbiory znane były w całym kraju, tymczasem w Płocku mało kto o nich słyszał. Obrazy trzymane były w Farbiarni, piwnicy, w koszmarnych warunkach, dwukrotnie groziło im zalanie - wspomina Jaszczak. - Temu wszystkiemu miało zaradzić stowarzyszenie. Marzyliśmy o stworzeniu stałego miejsca ekspozycji, promocji kolekcji, organizowaniu wystaw i konferencji.

I... udało się. Zaraz po rejestracji stowarzyszenie zorganizowało ogólnopolską dwudniową konferencję "Sztuka naiwna" i XI wystawę "Oto Ja". Do Płocka przyjechały największe autorytety z branży - prof. Aleksander Jackowski, Zofia Bisiak, Andrzej Kowal.

Rok później - kolejny sukces. W 2007 r. "Oto Ja" wynajęło od Towarzystwa Naukowego Płockiego lokal przy pl. Narutowicza 2 (na tyłach Biblioteki Zielińskich, wejście jest koło pizzerii 10,5). Od POKiS-u, w zamian za przejęcie na siebie jej utrzymania, otrzymało w depozyt całą kolekcję.

Dzieła sztuki naiwnej w końcu były przechowywane w bezpiecznym miejscu, a Płock zyskał nowe stałe miejsce artystycznych wydarzeń na najwyższym poziomie.

A potem już poszło - "Oto Ja" organizowało kolejne wystawy, plenery, konferencje, projekty związane ze sztuką np. dla dzieci niewidomych czy tych z rodzin patologicznych. Galerię i Płock odwiedzali najwięksi artyści: Artur Żmijewski, plastycy z Galerii Rusz, prof. Alain Bouillet z Université de Paris (światowej sławy autorytet, był zachwycony, pozostali zresztą także), TVP Kultura nakręciła o tym miejscu dokument pod hasłem "Płock - polskie zagłębie art brut".

Cios nożem w plecy

Tyle że z jednej strony do Płocka zjeżdżały paryskie autorytety, z drugiej członkowie stowarzyszenia łamali sobie głowy, jak zdobyć pieniądze na czynsz, przepaloną żarówkę i papier do ksero. Wygrywali konkursy o dofinansowania w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ale te pieniądze mogły iść tylko na działania ściśle związane ze sztuką.

A miasto Płock... Pora powiedzieć to otwarcie - miasto nigdy nie darzyło "Oto Ja" szczególną sympatią. Wnioski o wsparcie albo odrzucało, albo przyznawało je w bardzo ograniczonym zakresie.

- Ale prawdziwy cios nożem w plecy dostaliśmy w 2014 r. - mówi Beata Jaszczak.

Bo stowarzyszenie, nie ustając w próbach zdobycia pieniędzy na utrzymanie galerii, postanowiło stworzyć tam klub młodzieżowy dla najmłodszych mieszkańców Starego Miasta "Oto My". W 2013 r. dostało dotację z ratusza i przez pół roku prowadziło jedyny w Płocku klub socjoterapii artystycznej. Działał do końca roku, kilkanaścioro dzieci przychodziło raz w tygodniu na zajęcia plastyczne, fotograficzne i filmowe, korzystało z porad psychologa. "Oto Ja" postanowiło iść za ciosem i skupić się na edukacji artystycznej najmłodszych. Rozpoczęły się starania o uzyskanie większej dotacji i prowadzenie rozszerzonej wersji klubu młodzieżowego.

Stowarzyszenie aplikowało w mieście o 200 tys. zł, te pieniądze pozwoliłyby na swobodne działanie "Oto My" (a przy okazji zapewniłyby bezpieczeństwo kolekcji) przez dwa, może nawet trzy lata. Klub miał działać po kilka godzin dziennie, przyjąć więcej członków i wprowadzić program dożywiania. A sama kolekcja sztuki naiwnej byłaby dzięki temu częściej dostępna dla zwiedzających. Stowarzyszenie załatwiło wszystkie pozwolenia, znalazło sponsora na urządzenie łazienki. Ale zaraz na początku 2014 r. okazało się, że miasto dotacji nie przyznało...

Całe 7 tys. Rocznie

- Prowadziliśmy jeszcze jakiś czas zajęcia odpłatne, ale na dłuższą metę takie funkcjonowanie okazało się niemożliwe - powtarza Jaszczak. I podsumowuje: - Dziewięć lat walczyliśmy o przetrwanie, chwytając się najróżniejszych sposobów, pisząc niezliczone wnioski, prośby i zaklęcia. Jesteśmy tym wszystkim zwyczajnie zmęczeni...

Umowa na wynajęcie lokalu od TNP wygasa z końcem czerwca. - Jeśli nie wydarzy się cud, nie będziemy mogli podpisać kolejnej. Opuścimy to miejsce. I galeria "Oto Ja" przestanie istnieć - przyznaje smutno prezeska stowarzyszenia. - Wciąż głowimy się, co począć z kolekcją, pomysły są różne, ale idealnego rozwiązania jeszcze nie znaleźliśmy.

A teraz uwaga - na roczne utrzymanie miejsca, które jest dumą tego miasta, potrzeba... całe 7 tys. zł. Od tej właśnie, w skali roku niezauważalnej sumy, zależy istnienie i funkcjonowanie galerii "Oto Ja", o której zbiory wciąż upominają się i Warszawa, i świat. W ub.r. "Oto Ja" dwa razy wypożyczało obrazy na ekspozycje w stolicy, raz pojechały one do Francji, a dwa lata temu wystawiane były w Brukseli.

- Nie wiem, skąd taka niechęć do naszej placówki - mówi jeszcze Beata Jaszczak. - Może byliśmy zbyt ambitni, gdy chcieliśmy stworzyć tu, prócz miejsca wystawienniczego, niezależnie działającą instytucję kultury? Może to drobnomieszczańskie lekceważenie sztuki naiwnej, której autorami są osoby niepełnosprawne intelektualnie? Nie wiem nawet, czy jest sens to analizować.

Cud albo ostatnia wystawa

Piątkowa wystawa "Tu była Marylin Morow" jest prawdopodobnie ostatnią okazją do odwiedzenia galerii "Oto Ja" i kontaktu z jej niezwykłymi, potężnymi w wyrazie i niepokojącymi w przekazie dziełami sztuki naiwnej.

Na ekspozycji obejrzeć będzie można dzieła 10 kobiet - prace siedmiu pochodzą ze zbiorów "Oto Ja", a trzech są "z zewnątrz". Obrazy Marii Wnęk, zwanej polską Nikiforką i Katarzyny Gaweł pochodzą ze zbiorów Zofii Bisiak. Natomiast prace Justyny Matysiak, artystki znanej w Polsce i nagradzanej za granicą, to własność poznańskiej Galerii Tak.

Tytuł wystawy to nawiązanie do prac Barbary Chęckiej, która oprócz obrazów tworzyła także teksty (je także będzie można obejrzeć na wystawie). Świat jej wyobraźni zapełniały bardzo konkretne wyraziste postaci, obdarzone osobowością, kulturowymi powiązaniami i nazwiskami. Jedną z nich była właśnie przedstawicielka popkultury Marylin Morow. "Pokaz prac dziesięciu kobiet, niezwykłych indywidualności. To jedyna okazja, by zobaczyć je w tak unikatowym zestawie" - zaprasza galeria.

Wernisaż rozpocznie się o godz. 18, wstęp jest wolny. Prace przy Narutowicza 2 będzie można - z przyczyn wymienionych wyżej - oglądać do końca czerwca.

"Oto Ja" realizuje to wydarzenie we współpracy z Fundacją Fers. Razem z nią aplikowała do ratusza o dotację (wnosili o 16 tys., dostali 4 tys. zł), razem będą jeszcze organizować trzy cykle warsztatów plastycznych (w niedługim terminie, "Oto Ja" obiecuje, że niebawem na nie zaprosi), w planach jest jeszcze koncert.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.