Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W książce amerykańskiego krytyka literatury Stephena Greenblatta: "Shakespeare. Stwarzanie świata" czytam: "... raz po raz w jego sztukach pomyślność, dostatek i spokój nagle, wskutek nieprzewidzianego wypadku - do ulubionych należy rozbicie statku - przeobraża się w nieszczęście, przerażenie i stratę. Strata owa ma przede wszystkim charakter materialny, ale, co gorsza wiąże się ze znacznie dotkliwszą, miażdżącą utratą tożsamości. Zmiana lub zniknięcie imienia, a co za tym idzie pozycji społecznej, często symbolicznie podsumowuje sytuację bohatera, porzuconego na nieznanym brzegu bez rodziny, przyjaciół i zwykłych znajomych. Niejedna postać Szekspirowska rości sobie prawa do szlachectwa, które wcale nie jest widoczne ani oczywiste, gdyż zewnętrzne atrybuty odpłynęły w dal na wzburzonych morskich falach".

Do cytowanego wywodu można byłoby dodać osoby, które nie wsiadają do żadnych łodzi szarganych przez wiatry i burze, a mimo to na scenie życia zmieniają się, najczęściej pod wpływem złotych monet, miłości i zazdrości, ale przede wszystkim żądzy władzy. Aktorski glob wywraca dostatek do góry nogami, zaludnia wyspy abstrakcji i absurdu, zmienia maski pokazując zgubną rolę nie tylko groszy, ale wszelkich ludzkich namiętności.

Utratę tożsamości, rezygnację z poglądów, przystosowanie do stereotypów uświęconych tradycją i siłą władców, panów i instytucji, odzwierciedla odmieniony los Katarzyny z "Poskromienia złośnicy", zaproponowanego za grosze w sobotnim repertuarze płockiego Teatru Dramatycznego. Łamanie głodem, chłodem. Kij i marchewka. Wieczór staje się porankiem, zgodnie z wolą męża. Tak realizuje się "ideał". Bez dyskusji, skrupułów i znieczulenia. Komedia w pięciu aktach od 400 lat odbija w lustrach sceny rozumiane - nie jako przestroga, drwina, wytyk, ale jak instrukcja obsługi i drogowskaz.

Kilka lat temu prowadziłem w liceach lekcje o teatrze w 200. rocznicę tradycji płockiej sceny. Przeprowadzałem wówczas sondaż poprzez unoszenie rąk, na temat oglądalności Teatru Telewizji, który dostępny jest dosłownie za grosze. Rezultat był mizerny, a cena nie grała roli głównej. To wbrew pozorom pociesza, że Ci którzy odejdą jutro spod teatralnej kasy z kwitkiem, przyjdą na widownię z biletem prawdziwych mecenasów sztuki.

* Autor jest lekarzem pediatrą, prezesem Okręgowej Izby Lekarskiej i Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.