Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
To miała być opowieść o hotelu Petropol, który został zbudowany w połowie lat 60. Miał trzy gwiazdki i mógł jednorazowo przyjąć 116 gości w 80 pokojach, w tym w czterech apartamentach. Ale Petropol dla Płocka był czymś więcej niż tylko jakimś tam hotelem. To był powiew wielkiego świata, tu zatrzymywali się zagraniczni goście, w restauracji organizowane były dancingi... zaraz, zaraz, czy młodzież wie, co to dancing? Bo na pewno nie można go mylić z dyskoteką, choć też chodziło się tam na tańce.

Jak opowiedzieć dziś o tym miejscu? Najlepiej poprzez kogoś, kto spędził w nim ponad 20 lat, pracował, bawił gości... No to oczywiście - Wanda Sobieraj! Tylko że ona jest tematem na osobną barwną opowieść. Jakoś to muszę pogodzić...

A miała być aktorką!

Panią Wandę niełatwo od razu namówić na wspomnienia, zgadza się po namyśle, na drugi dzień. To artystka profesjonalistka, jak powiedziała "a", to idzie za ciosem. Znaczy - zgadza się na zdjęcia, choć najpierw jest leciutka nuta sprzeciwu: - Przecież ja po wstaniu wyglądam jak papier pakowy w radosnych czasach PRL-u!

No, piosenkarka jest wyraźnie w swej dobrej formie. Zaprasza do swojego niewielkiego domu z ogródkiem... rany, ależ ten dom ma klimat! Piękne stare meble, mnóstwo rodzinnych pamiątek i zdjęć, trzy koty, które trochę rządzą, no i te niezwykłe rośliny w ogrodzie! Gospodyni słucha zachwytów z pełnym zrozumieniem - ona i jej mąż, muzyk Marek Kapuściński, sami czują się tu doskonale.

- Najpierw odkryto we mnie talent aktorski - zaczyna opowieść przy kawie pani Wanda. - To było jeszcze w Szkole Podstawowej nr 2, kiedy mieściła się przy sądach. Na konkursie dla podstawówek recytowałam "Lokomotywę" Tuwima i zajęłam pierwsze miejsce.

Śpiewanie zaczęło się w Jagiellonce. W duecie z koleżanką Anią Wanda wykonuje "Oczy czarne" - ale po angielsku. - Ania miała tylko trochę wyższy głos niż ja, swingowałyśmy i wyszło super, choć to było tylko na szkolnym apelu - czarne oczy uśmiechają się do tamtych lat.

Po maturze młoda Sobierajówna decyduje się na Państwową Szkołę Teatralną w Warszawie. Ma duże wsparcie swojej opiekunki artystycznej, do której udała się na konsultacje.

- I ona mówi do mnie: "Wanda, w PST rok bierze Jan Kreczmar, ty zabieraj papiery i jedź zdawać do Filmówki w Łodzi, tam się dostaniesz bez problemu" - opowiada gospodyni. - Bo ja charakterystyczna byłam, silna, a Kreczmar lubił takie bardziej... sarenki. To straszny kobieciarz był. Ale się uparłam i poszłam na egzamin. Miałam monolog Pilar z "Komu bije dzwon" Hemingwaya. I z takiego ogromnego wkurzenia tekst "Słuchaj, Ingles, ty, który się nie znasz na kobietach..." skierowałam do przewodniczącego komisji, czyli do Kreczmara właśnie. Stoję potem na korytarzu, a tam idą Kreczmar i Kazimierz Rudzki. Rudzki mówi: "Ja ją wezmę, chcę ją mieć u siebie". Kreczmar mu odpowiada: "A ja na nią patrzeć nie mogę". To ja na to: "A ja ani patrzeć, ani słuchać!".

Arabeska w Kongresowej

Pierwszy zespół? - O mój Boże... - pani Wanda chwilę się zastanawia. - Najpierw była Arabeska, założył ją śp. Leszek Mierzejewski "Owca".

Arabeska wykonywała na początku transkrypcje muzyki klasycznej. - Skład był różny, ze mną piątka, potem doszły skrzypce, altówka i wiolonczela - wspomina. Występ w Sali Kongresowej zapamiętała dokładnie.

- Mieliśmy tam zagrać przed zespołem ABC i Haliną Frąckowiak - mówi z coraz większą werwą. - To była straszna trauma. Sala pękała w szwach, ale przecież przyszli dla Frąckowiak, a nie dla nas. My zaczynamy grać, a tu wycie i gwizdy! Byłam sztywna jak słup soli, ale twardo robiliśmy swoje. I nagle na widowni zaczęło się robić coraz ciszej i ciszej, aż zapadła taka cisza totalna. A po występie były brawa, takie wielkie, poważne brawa! Nieprawdopodobne przeżycie, ze sceny zeszłam cała mokruteńka. Halina Frąckowiak uspokajała mnie za kulisami.

Zespół grał także na festiwalu piosenki zdradzieckiej [w rzeczywistości - radzieckiej - red.], jak określa to Sobieraj. Tyle że ona uwielbiała Okudżawę i Wysockiego, artystów na indeksie. I właśnie piosenki Okudżawy śpiewała, rogata dusza. Z takim repertuarem szans na nagrody nie było.

- Potem z zespołem, który nie miał nazwy, graliśmy w Płocku w kawiarni Nowoczesna - pani Wanda wylicza skład: - Ja, nieżyjący już Krzysiu Kruszyński, Krzysiu Magnuski, Andrzej Pączkowski i klawiszowiec "Owca". Stamtąd przez dwa lata, rok po roku, jeździliśmy na sezon do Mikołajek grać na dancingu w takiej kultowej dla żeglarzy, nieistniejącej już knajpie, która nazywała się "Sielawa". Aha, w latach 70. z Arabeską byliśmy też na dwóch kontraktach zagranicznych, w Bułgarii i Jugosławii. A w roku 1980 zaczął się Petropol.

Goły facet bez krawata i wielcy artyści

- Ja tam już wcześniej czasem śpiewałam na zastępstwach - Wanda Sobieraj zapala jeden z 10 papierosów, które sobie pozwala dziennie wypalić. - Czym był wtedy Petropol? Złapanie tam wolnego stolika to jak złapanie wróbla w locie. W komunie trzeba było słuchać, więc jak obowiązywały stroje wieczorowe, to trzeba było je mieć, jak nie wolno było głośno przeklinać, to nie wolno, inaczej kelner wypraszał. A była taka historia: kiedyś chciał wejść mężczyzna bez krawata. Szatniarz, śp. Jurek, mówi mu, że nic z tego, bo jest nieodpowiednio ubrany. Stoimy już na scenie, a tu wchodzi ten sam facet, golusieńki, tylko w butach i skarpetkach, z ubraniem złożonym w kostkę pod pachą. Zrobiła się totalna cisza... a potem - ryk śmiechu! Ja i zespół byliśmy ugotowani!

Pani Wandzie praca w Petropolu najbardziej kojarzy się z nazwiskami artystów dużego formatu. - Pamiętam, jaka byłam wzruszona, kiedy śpiewałam "Kasztany", a z boku wychyliła się blond głowa z charakterystycznym końskim ogonem. Agnieszka Osiecka. Zobaczyłam w jej twarzy zadowolenie, uznanie. Miód na moje serce.

Bywała w Petropolu Grażyna Łobaszewska, artyści z krakowskiej Piwnicy pod Baranami, którzy lubili spędzać czas z zespołem na małej sali bankietowej. Byli Stanisław Tym i Iga Cembrzyńska. Piosenkarka tak to wspomina: - Pani Iga słuchała występu, w pewnym momencie podchodzi do mnie i tym swoim charakterystycznym głosem pyta: "Dziecko, a co ty tutaj robisz?!". Ja na to: "Zarabiam, mam dziecko...". Cembrzyńska przerywa: "Ale co ty tutaj robisz?!". Cudna była ta rozmowa. A Tym kiedyś podaje mi rękę i klepie po ramieniu: "Dziewczyno, dziewczyno, bardzo dobrze!".

Zespół idzie kiedyś do klubu Filip na występ Hanny Banaszak. Nie może zostać do końca, bo trzeba lecieć już do Petropolu. Do Wandy podchodzi kelner i szepce, że właśnie obsługuje Banaszak. - Chłopaki mówią: "Najpierw śpiewasz ? Summertime ?". To jest z jej repertuaru. Znieczuliłam się setką w bufecie i zaśpiewałam! A ten kelner podszedł do Banaszak i powiedział jej, że solistka jest zdeprymowana. Kazała przekazać, że absolutnie nie mam się czego wstydzić.

Takich opowieści nazbierało się bez liku. - Kiedyś wchodzimy na scenę, a tu w drzwiach Tomasz Stańko z instrumentem! - znów zanurza się we wspomnienia pani Wanda. - Siada przy stoliku, tak trochę bokiem. A ja śpiewałam akurat standard jazzowy. I wielki Stańko zaczął bić brawo. Ależ mi się nogi trzęsły...

Od mikrofonu na zmywak

W tych pierwszych latach pracy dancingi są codziennie, od godz. 20 do 1 w nocy, potem gra się już tylko na życzenie. - Był też taki okres, że graliśmy tam na fajfach, od 17 do 20 - dodaje Wanda Sobieraj. - Fajfy były luźniejsze, dla młodych, dla nich grało się ostrzej. Na dancingach ludzie bawili się doskonale, mówili nam, że jesteśmy bardzo dobrzy. Staraliśmy się mieć superrepertuar, przemycać numery trudniejsze, bo wtedy takiego powszechnego osłuchania z muzyką światową nie było. Na parkiecie często nie dało się szpilki wsadzić.

Wszystko urywa się w stanie wojennym, obowiązuje zakaz zgromadzeń, nie wolno organizować dancingów. Cały zespół zatrudniony jest na etatach w Petropolu (- Za najniższą krajową, jak poprosiliśmy dyrektora o podwyżki, to stwierdził, że przecież mamy "boki". No i teraz zostały nam... marne emerytury - ubolewa Wanda Sobieraj). Wokalistka Wanda zostaje więc skierowana... na zmywak. A chłopaki - do cukierni. - Tylko że w Petropolu cukiernicy to byli najwyższej klasy specjaliści; jakie oni torty robili, jak pięknie je zdobili! - przypomina Sobieraj. - Muzycy tylko im przeszkadzali!

O tym czasie piosenkarka nie chce opowiadać, był dla niej bardzo trudny, naznaczony lękiem przed represjami. Zwłaszcza że angażowała się w podziemną robotę. - Te ulotki, plakaty, całe mieszkanie śmierdziało farbą drukarską, a ta farba była bardzo podłej jakości - mówi tylko. - Nie chcę do tego wracać.

Potem reżim rządowy trochę luzuje i znów życie w Petropolu zaczyna kwitnąć. A tam zawsze jest barwnie i kolorowo. Bywalcami są Japończycy, Amerykanie, Francuzi, Niemcy, którzy przyjeżdżają w związku z kontraktami w Mazowieckich Zakładach Rafineryjnych i Petrochemicznych.

- I była też często ekipa włoskich myśliwych - śmieje się, usadowiona wygodnie w fotelu Wanda. - To był ewenement: byli jedynymi gośćmi, którzy zostali wpuszczeni do kuchni. Robili tam spaghetti, mięsne i rybne, i rozdawali ludziom na sali. A to przecież wbrew przepisom sanitarnym.

Gdzieś tak w połowie lat 90. zaczyna się wszystko psuć. Stały bywalec (nie chce podać nazwiska) opowiada: - Zaczął w Petropolu bywać płocki półświatek, to była prawie mafia. Co się tam działo! Wyzwiska, przekleństwa, krew na podłodze... Zwykli ludzie powoli i skutecznie zaczęli unikać tego miejsca.

Pani Wanda nie chce o tym mówić, powołuje się na zasadę, która obowiązywała w Petropolu: "To, co się dzieje na sali, na sali zostaje, nic nie wynosi się na zewnątrz". Ale codzienne dancingi przechodziły do przeszłości. Odbywały się już tylko w weekendy, czasem zespół grał w tygodniu, jeśli ktoś zamawiał zamkniętą imprezę. Wanda na emeryturę przeszła w 2006 r. - Za rok zacznę 70 lat - mówi uśmiechnięta. Wraz z jej odejściem skończyły się dancingi.

Zatańczmy, jak za dawnych lat!

Wanda Sobieraj i Petropol przygotowują dla płocczan wielką niespodziankę! W czasie Nocy Muzeów hotel zaprasza na nostalgiczną podróż w przeszłość. Dawne dzieje przypomnimy sobie na zorganizowanej specjalnie na tę okazję wystawie fotograficznej "Podróż w czasie - Petropol wczoraj i dziś".

Dyrektor oprowadzi po pierwszym piętrze, pozwoli zajrzeć do współczesnych pokojów. A w restauracji... zaśpiewa znów Wanda! Co? - Wszystko - śmieje się artystka, ale dodaje: - Podchodzę do tego na chłodno, bo mam wrodzoną wadę strun głosowych, więc nie wiem, jak będzie. Już dawno lekarz mi mówił, że mogę śpiewać "miesiąc, 10 lat, 20 lat, nie wiem".

Próby jednak trwają już kilku dni, z piosenkarką wystąpi Leon Smolarek - gitara i wokal. Będą trzy muzyczne wejścia - o godz. 19, 20 i 21. - I koniecznie trzeba tańczyć, kocham, jak się ludzie bujają, kiedy śpiewam - zagrzewa "do boju" pani Wanda.

A poza tym w programie jest też degustacja zestawu rodem z PRL-u - w specjalnej cenie.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.