Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W sobotę w Warszawie odbędzie się marsz w obronie miejsca Polski w Europie. W proteście przeciw łamaniu standardów demokratycznego państwa uczestniczyć będą nie tylko politycy, ale także zwykli obywatele. - Wyruszymy o godz. 13 spod siedziby Trybunału Konstytucyjnego i udamy się na plac Piłsudskiego. Będziemy podkreślać, że Polacy są Europejczykami i kochają Europę, i że nie damy się z Europy wypchnąć - zapraszał niedawno lider Komitetu Obrony Demokracji Mateusz Kijowski.

A my zapytaliśmy znanych płocczan, czym dla nich jest obecność Polski w Unii.

Najważniejsze, że mogę pojechać, dokąd chcę

Hanna Witt-Paszta, wychowawczyni wielu płockich muzyków, w tym obecnych pedagogów, Płocczanka Roku 2011: - Tak się składa, że dla mnie Europa - i to od moich prapra...dziadków - to wspólny dom. Przodkowie mieszkali we Francji, w Rosji, Serbii, Chorwacji, na Węgrzech, w Niemczech, niektórzy w Holandii. Tak jest z mojej, ale i z męża strony. Ta część zachodnia to byli poreformaci, przywędrowali do Polski ze względu na prześladowania religijne. Większość naszej rodziny mieszka w Polsce.

U nas była taka naturalna znajomość kilku języków. Nawet się nimi nie mówiło, ale wiedzieliśmy, że trzeba je znać. Mój tata powtarzał, że tyle masz żyć, ile znasz języków. I to powodowało, że - kiedy już można było bywać w świecie - wszędzie czułam się dobrze. A przez 30 lat, do 1990 r. właściwie nie mogłam nigdzie wyjechać, więc w użyciu, prócz polskiego, pozostawał język rosyjski, czasem, dużo rzadziej, węgierski.

Dla mnie Europa to jeden wielki wspólny kraj i jeśli gdzieś tam dzieje się coś złego, bardzo się tym przejmuję. Wejście Polski do Unii to była przede wszystkim możliwość poruszania się po kontynencie bez przeszkód i uprzedzeń. Nigdy nigdzie nie spotkałam się ze złym traktowaniem. I to jest najważniejsze - że mogę pojechać, dokąd chcę, że znajomi, rodzina, przyjaciele z tzw. Zachodu mogą przyjechać swobodnie do mnie. I że mogę im pokazać ten naturalny urok Polski, trochę rozwichrzonej, nie tak równej jak pod sznurek, jak jest choćby w Niemczech. Ale ten nasz krajobraz z rozrzuconymi domkami świadczy przecież o nas, o naszej historii, naszej różności, pomieszaniu kultur czy wyznań, o tym, że zachowaliśmy tę naszą fantazję. Chociaż... politycznie to nie zawsze wychodzi tak, jak powinno być.

Mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiała przeżywać tego, że czyimś postanowieniem będziemy musieli wyjść z tego świata. To, co dostaliśmy z tamtej strony - bo przecież nieprawdę mówią ci, którzy twierdzą, że tylko dopłacamy - pozwoliło nam podnieść, zbudować to, co jest ważne, a jednocześnie nie zniszczyć naszej polskiej ziemi. Polska rzeczywiście różni się od innych krajów. Mój znajomy z Darmstadt przejechał ze mną nasz kraj wzdłuż i wszerz i był nim zachwycony. Powiedział: "Wiesz, u was nawet chmury są inne niż gdzie indziej, piękne...".

Te unijne pieniądze nie poszły tylko w beton czy jednolitość zachodnią, u nas jest wszystko, co kto sobie zamarzy: lasy, do których na razie wciąż jest wstęp, jeziora, góry, morze. I jest wolność! To właśnie jest w moim życiu najważniejsze. A jestem w wieku, który określa się już jako sędziwy (śmiech), więc potrafię wszystko porównać: czasy powojenne, stalinizm, komunę, okres "Solidarności" no i teraz. Oczekuję, że nadal będziemy w tej Europie, w której nas cenią i którą my sami zadziwiamy.

Oczywiście pojedziemy na sobotni marsz do Warszawy, będą tam także nasze dzieci z rodzinami. Trzeba wziąć udział, żeby zaakcentować swoją wolę - niech będzie jasno, prosto i spokojnie. To niesłychanie ważne, żeby pokazać, że duża część społeczeństwa się tym wszystkim interesuje i ma swoje zdanie. Bo już pojawiają się sugestie polityków, żeby wyjść z Europy.

Nikt nie zdoła zamknąć otwartych głów

Tadeusz Milke, dyrektor zespołu "Dzieci Płocka": - Europa jest naszym wspólnym dziedzictwem i jesteśmy z nim nierozerwalnie związani. Dlatego ta nasza polskość to także europejskość.

Kiedy zadaję pytanie: "Kto ty jesteś?" - nikt jeszcze mi nie odpowiada: "Europejczykiem", wciąż powtarzamy słowa wiersza Bełzy "Polak mały". Bo ta narodowość jednak w nas jest.

Mógłbym powiedzieć, że my w Europie... nie, to nie będzie nadużycie - jesteśmy jedną rodziną. I jak w każdej rodzinie są między nami różne waśnie, ale to przecież jest naturalne.

Wejście do Unii Europejskiej dało nam, mnie samemu zupełnie inną perspektywę, swobodę. W ogóle to jest szczęśliwy okres dla mojego pokolenia i wierzę, że z równie dobrą perspektywą dla moich dzieci. Inaczej niż moi dziadkowie - nie przeżyłem grozy wojny, choć gdzieś na kontynencie przetoczyły się różne konflikty. I teraz mamy właśnie tę szerszą perspektywę dającą możliwość poznawania się, nawiązywania kontaktów. A to pozwala rozwiązywać konflikty, kiedy widzimy, że innych ludzi cieszy i smuci właściwie to samo co nas i kiedy w końcu dochodzimy do wniosku, że wcale tak wiele się od siebie nie różnimy.

Otwarcie granic to był ogromny komfort, ta świadomość, że świat stoi wreszcie otworem. I nie chodzi mi tylko o aspekt ekonomiczny, możliwość znalezienia pracy za granicą. Przecież to także podróże, które dla wielu, wielu młodych ludzi są teraz osiągalne. Nie trzeba przecież mieszkać w luksusowych drogich hotelach.

Byli uczestnicy zespołu Dzieci Płocka mieszkają w różnych przedziwnych miejscach, robią kariery. Ale co bardzo szczególne - wciąż są stąd, czują więź z rodzinnym krajem i miastem i troskę o młodsze pokolenie. Kiedy przyjeżdżają do miasta, odwiedzają dzieciaki z zespołu.

Może najlepiej zobrazuje to taka historia: w przyszłym roku 3 maja będziemy koncertować w Helsinkach. Spiritus movens tego wydarzenia jest nasz wychowanek Maciek Kadłubowski, który pracował tam na wysokim menedżerskim stanowisku. To on zainteresował organizację polonijną naszym zespołem i w efekcie nasze dzieciaki będą miały możliwość poznać kolejny kawałek świata.

Dla najmłodszych świat bez granic to już normalność. Kiedy byliśmy w krajach Beneluksu, przejazd z jednego z tych małych państw do drugiego był niezauważalny, a bywało, że granice przekraczaliśmy po kilka razy dziennie. Dzieci w komórkach sprawdzały, w jakim kraju akurat jesteśmy, poznawały to po zmianie operatora sieci.

Odwrót od Europy wydaje mi się już niemożliwy, bo nawet jeśli się zamknie granice, to nikt nie zdoła zamknąć otwartych głów. Oczywiście ważne jest edukowanie w tożsamości narodowej, ale nie może to iść w parze z szowinizmem, który jest wywyższaniem własnej nacji, kultury ponad inne. Musimy być dumni z naszej polskości, ale bez nienawiści wobec innych, bez ksenofobii, bo to prosta droga do faszyzacji.

Były takie obawy na początku, ale z perspektywy czasu widać, że Unia Europejska nie odbiera nam pierwiastka narodowego, nie wykorzenia polskości - wbrew temu, czym wciąż straszą eurosceptycy.

Nie wydaje mi się, żeby było możliwe, by wypchnięto nas z UE. To się wiąże ze sposobem myślenia - moim i bardzo wielu ludzi także z młodego pokolenia. Ktoś, kto wpadnie na taki pomysł, może się srodze rozczarować. A przecież trzeba wziąć pod uwagę i to, że dla Polaków rozsianych po świecie ponowne zamknięcie granic miałoby zbyt poważne konsekwencje.

Przedsiębiorcy dostali dodatkową energię

Katarzyna Przykłota, dyrektor Hotelu Herman: - Wspólnota europejska ma wiele wymiarów. Ten podstawowy to rzecz jasna światopogląd, system wartości, którego podstawą jest tolerancja, wolność człowieka i wolność przekonań. I każdy, kto uważa się za Europejczyka, powinien te idee nosić w sercu.

To także wymierne korzyści ekonomiczne. Zarówno w skali makro - to chyba jasne dla każdego, że w ciągu ostatniej dekady, dzięki unijnemu wsparciu Polska dokonała kroku wprost milowego, wielkiego cywilizacyjnego skoku. Z zamkniętego nieprzyjaznego kraju o ubogiej infrastrukturze staliśmy się miejscem, które w różnego rodzaju rankingach zajmuje czołowe lokaty pod względem wygody, bezpieczeństwa, atrakcyjności. Wystarczy rozejrzeć się wokół - mnóstwo jest ulic z tabliczkami, że właśnie tutaj coś dzięki Unii zbudowano, zmodernizowano, wyremontowano. Niedawno w naszym hotelu gościliśmy parę Brytyjczyków, którzy zwiedzają całą Polskę, podróżując... pociągiem. Są zachwyceni.

Rzecz jasna, można by dyskutować o trafności podziału pieniędzy płynących z Unii. Czy właściwym było inwestowanie w tym stopniu w infrastrukturę, czy nie lepiej było postawić w większym stopniu na rozwój kapitału ludzkiego i rynku pracy. To są jednak kwestie poboczne, które - de facto - zależą także od nas.

Wreszcie skala mikro. To oczywiste - Hotel Herman nie powstałby, gdyby nie unijne dofinansowanie. Dzięki temu małemu przedsiębiorstwu udało się zmienić zabytkową, choć podupadającą kamienicę, w centrum konferencyjne i hotel o wysokim standardzie. Z takiego wsparcia skorzystało wielu przedsiębiorców, poczynając od tych najmniejszych. To była dla nich dodatkowa energia, wsparcie, bez którego trudno byłoby im zrealizować swoje projekty. A trzeba pamiętać, że to taka mądra pomoc, rodzaj kredytu pomostowego. Dostajesz coś, ale w zamian musisz dać coś od siebie, stworzyć nowe miejsca pracy, nowe możliwości, przyczynić się do wzrostu atrakcyjności miasta, regionu.

W Hermanie nie poprzestaliśmy zresztą na stworzeniu centrum konferencyjnego. Przez 18 miesięcy realizowaliśmy - także ze środków Unii - cykl szkoleń dla osób zatrudnionych w branży turystycznej, z całego Mazowsza. Były to całkowicie bezpłatne szkolenia przy udziale profesjonalnych trenerów.

Czujemy się częścią Europy i na każdym kroku staramy się to podkreślać. Temu mają służyć imprezy tematyczne, poświęcone kulturom naszych europejskich sąsiadów. Organizowaliśmy wieczór francuski, portugalski, hiszpański, w czasie których nasi goście mogli spróbować potraw pochodzących z tych krajów, posłuchać ich muzyki, podziwiać tańce...

Każdego dnia korzystamy także z sytuacji, którą wejście do Unii, nasze członkostwo we Wspólnocie, stworzyło na rynku pracy. Nie ma już mowy o pracy na czarno w Berlinie Zachodnim, Polacy mogą wybrać miejsce realizacji swych zawodowych planów, za granicą uczą się języków, nabywają nowe umiejętności, całą tę kulturę organizacyjną, której u nas - przynajmniej w pozbawionej tradycji branży turystycznej - do pewnego momentu brakowało. I bardzo często przywożą te kompetencje z powrotem, do kraju. Dziś, zatrudniając w naszym hotelu młode osoby, widzę, że są to ludzie biegle mówiący po angielsku, z doświadczeniem z zagranicznych hoteli czy restauracji. Dla pracodawcy to sytuacja wręcz wymarzona.

Dlatego wręcz śmieszy mnie hipokryzja eurosceptyków. Ludzi, którzy wspominają naszą historię albo powołują się na aktualne problemy, choćby ze zjawiskiem imigracji. I deklarują, że "nienawidzą Niemiec", że Unia stwarza zagrożenie dla naszej niezależności, że jej wsparcie - takie sformułowanie padło niedawno w debacie publicznej - "nam się należało". Bo słyszę to wszystko z ust osób, które np. same korzystały z unijnego wsparcia i chętnie podróżują po Europie.

Dla mnie sprawa jest jasna - jesteśmy częścią Europy. Na dobre i na złe. Czerpiemy korzyści, ogromne korzyści, szaleństwem byłoby tego nie zauważyć. Ale musimy być świadomi, że w związku z tym ponosimy też odpowiedzialność za Europę.

Poczułem, jakbym nagle zamieszkał w innym mieście

Jacek Mąka, aktor płockiego teatru, związany także z wieloma scenami francuskimi: - W czasach komunizmu Europa była przedstawiana jako miejsce, gdzie szaleją zgniły kapitalizm i imperialistyczne zapędy. Na drugim biegunie, rzecz jasna, był blok socjalistyczny, zdrowy, przyjazny wszystkim świat pod przywództwem ZSRR. Oczywiście, zbrojenie atomowe, np. interwencja w Czechosłowacji jakoś tej propagandzie nie przeszkadzały...

I wielu ludzi wtedy wydawało się z tym pogodzonych. Nie miało marzeń o podróżach, zachodnich filmach, płytach, książkach, nie mówiąc o obywatelskich swobodach. Na szczęście byli też tacy, którzy godzić się na to nie chcieli.

Ten nasz powrót do zachodniego świata odbywał się powoli. Pierwszym światełkiem w tunelu był dla mnie moment, gdy Jan Paweł II został papieżem. Byłem wtedy w Akademii Teatralnej, pamiętam ten moment, wszyscy byli tacy natchnieni, radośni. Nawet na uczelni wszyscy witaliśmy się: "Niech będzie pochwalony...".

W 2004 roku weszliśmy do Unii. Niezmiernie się wtedy ucieszyłem. To było niesamowite uczucie - choć nie zmieniłem miejsca zamieszkania i wciąż byłem, jak pisała o mnie kiedyś "Wyborcza", "obywatelem starówki", poczułem, jakbym nagle zamieszkał w innym mieście. W innym kraju. I do tej pory ta radość we mnie jest. Mało tego - jestem wręcz entuzjastą naszego członkostwa, i to mimo krytycznych głosów dotyczących Wspólnoty. Głosów, z którymi częściowo nawet się zgadzam - chodzi o biurokrację, nadmierne skręcanie Europy raz w lewo, raz w prawo, nieradzenie sobie z problemem imigrantów.

Trzeba jednak zrozumieć - tak naprawdę do Europy nie wprowadził nas w 2004 roku Miller czy Kwaśniewski. Zrobił to Mieszko I, podejmując w 996 roku decyzję o chrzcie Polski. Wtedy staliśmy się krajem cywilizacji Zachodu, przejęliśmy wszystkie jej idee, prawo, filozofię, kulturę, z którymi jak najbardziej się utożsamiam. To przede wszystkim poszanowanie praw człowieka. Wolność, równość i braterstwo. Prawa kobiet, szacunek dla konstytucji, monteskiuszowski podział władzy. To wszystko właśnie jest Europą i nie wyobrażam sobie, by Polska miała kiedykolwiek porzucić te ideały.

Jestem dumny, że żyję w kraju, który jest częścią Europy. A nie w państwie islamskim czy Uzbekistanie, gdzie o wszystkim stanowią siła i kacykowie. Gdzie prawo to oni.

I jeszcze jedno - nasz udział we Wspólnocie to nie tylko idee, ale także całkiem realne korzyści. Mam tu spore doświadczenie, bo pracowałem wiele lat w teatrach francuskich, i to od 1993 roku. Czyli zarówno przed naszym wstąpieniem do Unii, jak i już po. W latach 90. czułem się tam niestety jak obywatel drugiej kategorii. Nie, nie chodzi o to, jak traktowali mnie ludzie, koledzy z pracy, pracodawcy. Oni byli zawsze w porządku, chodziło o sam system. Co trzy miesiące musiałem przedłużać sobie prawo do pobytu i pracy we Francji, pamiętam te koszmarne formalności, godziny oczekiwania w paryskiej prefekturze, kolejki, w których stali obywatele całego świata, biurokrację.

Pewnego razu koledzy namówili mnie, bym po zakończeniu sezonu został we Francji na trochę, nie ukrywam, że argumentem było także dość sensowne wsparcie socjalne. Pracowałem tam cały rok, zupełnie jak inni aktorzy, uznałem, że spróbuję. Przez dwa tygodnie próbowałem to załatwić, początkowo nawet wydawało się, że się uda. Ale w pewnym momencie powiedziano mi: do widzenia, nic się panu nie należy. No cóż... To nie było miłe.

W 2011 roku z kolei przez cały rok pracowałem w teatrze Saint Etienne. I nie było już takich problemów, żadnego załatwiania zezwoleń, kłopotów z pracą na terenie Francji. Nie chodzi o to, że poczułem się wtedy lepszy. Ale że po prostu w końcu mogę cieszyć się z pełni moich praw, z tego, na co sobie zapracowałem.

I to jest właśnie uczucie, którego nie powinniśmy sobie dać odebrać. Nie oszukujmy się, jesteśmy uprzywilejowani. Jak obywatele rzymscy w czasach Imperium Rzymskiego. Jak (śmiech) Paweł z Tarsu na tle innych apostołów...

Maj 2004 - pamiętacie, jak Płock wchodził do Unii?

"Tysiące płocczan powitały Unię Europejską na Starym Rynku. - Słodkiego miłego życia, bez chłodu, głodu i bicia - śpiewał im Grzegorz Skawiński z zespołu Kombii" - pisaliśmy w "Wyborczej" w maju 2004 r. Dodawaliśmy, że takiego weekendu nie było w Płocku od dawna. Atrakcja goniła atrakcję. Koncerty na kilku scenach, wystawy, jarmark, pokaz sztucznych ogni... i co najważniejsze, wszędzie tłumy rozbawionych ludzi. Wyjaśnialiśmy: "Okazja do zabawy była podwójna: przystąpienie Polski do Unii Europejskiej i szósta, wyjątkowo huczna edycja Pikniku Europejskiego. Organizatorzy obliczają, że tylko pierwszego dnia Pikniku, w piątek, gościli przed ratuszem ponad cztery tysiące ludzi. Tłok był na ulicach, w okolicznych kafejkach i restauracjach, na deptaku, nad Wisłą. Co krok słychać było najróżniejsze języki z całego świata, na parkingi podjeżdżały kolejne autokary z turystami z kilkunastu krajów. Delegacja włoska poczuła się u nas jak w domu dopiero, gdy wybrała się na wycieczkę po dyskotekach. Ulubieńcami sprzedawców stali się z kolei Anglicy, którzy wszędzie zostawiali gigantyczne napiwki. Kulinarnym przebojem okazała się natomiast kaszanka, choć wolontariusze opiekujący się VIP-ami na wszelki wypadek dostali zakaz mówienia... z czego się ją robi".

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.