Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Michał ma 26 lat, jest absolwentem Jagiellonki, teraz kończy mechanikę w płockiej filii Politechniki Warszawskiej. Jak opowiada, cała jego rodzina oddała dusze szwedzkiej marce.

Pierwsze volvo - model v70 - u Świtalskich pojawiło się w roku 2006. Kupił je sobie tata.

- Ja na swoje, model 480, musiałem poczekać jeszcze dwa lata. Pamiętam, kupiliśmy je na płockiej giełdzie, ale zanim wsiadłem za kierownicę, musiało upłynąć jeszcze pół roku. Dopiero wtedy zrobiłem prawo jazdy! - śmieje się chłopak.

I tak się zaczęło. Michał kupił jeszcze jeden model, potem następny... Dziś podlicza, że przez jego ręce przeszło w sumie 15 samochodów marki Volvo. Niektóre sprzedał, inne wciąż cieszą oko na jego podwórku. - Mój cel? Po jednym egzemplarzu z każdego ciekawszego modelu. A przede wszystkim volvo p1800es - opowiada "Wyborczej". - To już taka choroba. Z tej miłości nie da się wyleczyć!

Potem Michał oprowadza nas po swoim podwórku. I pokazuje auta - na pierwszy ogień idzie to, które Michał kupił sobie jako pierwsze. Okazuje się, że jeździ nim do dziś i używa na co dzień. To rzadki model 480, produkowany w latach 1986-1995. - Pierwszy samochód tej marki, który miał napęd na przednie koła - podkreśla chłopak. - Trzy lata temu w Polsce było ich tylko 513 sztuk. Teraz zostało pewnie ok. 300, z tego kilkadziesiąt na chodzie.

Granatowy szwedzki kompakt z 1993 r. jest naprawdę ciekawy. Ma 110 koni mechanicznych, a waży tylko 900 kilogramów, więc jest naprawdę dynamiczny. Przednie światła całkowicie chowają się w masce, a tylna klapa jest ze szkła. W środku kryje się sporo elektronicznych gadżetów, a z tyłu zamiast typowej kanapy są dwa oddzielne fotele. Obchodzenie się z takim autem to wcale nie jest prosta sprawa. - Tu w ogóle nie ma skrzynki z przekaźnikami. Wszystkim steruje specjalny komputer. Wiele osób o tym nie wie i niszczy te samochody nieumiejętnymi naprawami - mówi Świtalski.

W jego kolekcji jest jeszcze drugi model 480. - Dużo ciekawszy, bo to wersja kolekcjonerska, w Polsce jest ich góra 10 egzemplarzy. Ostatnie 480 sztuk, które zjechało z taśmy, ma swoje wygrawerowane na tabliczce w środku numery. Mój to 158 - uśmiecha się Michał.

Na podwórku, obok protoplasty popularnego dziś modelu c30, stoi także białe 440. - To jest ciekawy samochód - pokazuje kolekcjoner. - Zaczęli go produkować w 1988 r. i ten pochodzi właśnie z tego okresu. Zjechał z taśmy montażowej jako 3182. sztuka. Jestem drugim właścicielem. Jakiś starszy pan kupił go sobie w Niemczech i sprowadził do Polski, a ja kupiłem go od niego w grudniu zeszłego roku.

Kilka metrów dalej oglądamy granatowe volvo 940 kombi, produkowane w latach 1991-1998. - Ten jest z kolei dawcą części dla samochodu, który jest teraz w budowie. Wyjmę z niego silnik, bo to słynny "red block", o pojemności 2,3 litra z turbodoładowaniem. Niezabijalny. Z tego auta posłuży też most i skrzynia biegów. To wszystko włożę do innego auta, które zobaczycie za chwilę. Zrobię z niego naprawdę szybki pojazd, limuzynę ze sportową aspiracją. Chciałbym, żeby miał około 250 koni mechanicznych - wyłuszcza swe plany Michał.

To nie koniec. Na podwórku pod wiatą stoją trzy kolejne modele - dwa 740, produkowane w latach 1984-1993 i jeden 240, z lat 1974-1993. Wszystkie w wersjach przeznaczonych na amerykański rynek, rzadko spotykane w Europie.

Pierwszą oglądamy białą 740. Na razie nie ma reflektorów ani atrapy chłodnicy, bo jest w trakcie budowy - to samochód, który będzie miał części z granatowego modelu, wspomniana limuzyna z pazurem.

- To było trzecie volvo w domu. Kupiliśmy je z tatą w 2010 r. Szukaliśmy właśnie takiej wersji. Rocznik 1985, w Polsce jest od 1990 r. Sprowadził go ze Stanów Zjednoczonych pan profesor, który jeździł tam na jakieś sympozja. Właściciel zmarł w 2004 r. i przez 6 lat ten samochód po prostu stał. Uratowaliśmy go od szrotu - twierdzi płocczanin.

Potem Michał uchyla plandekę i prezentuje beżowy model 240 kombi z 1983 r. - To także nietypowa wersja, w Stanach to mało popularne, żeby ktoś kupił sobie diesla i to z manualną skrzynią biegów. Samochód ma fabryczną klimatyzację i pierwsze na świecie radio samochodowe z RDS-em - chwali auto 26-latek. Beżowy klasyk też jest dosyć szybki. Ma sześciocylindrowy silnik 2,4 litra. Michał dołożył do niego turbosprężarkę i dokonał kilku innych modyfikacji. Teraz szacuje, że auto może mieć nawet 160 koni mechanicznych.

Świtalski zaprasza nas na przejażdżkę, właśnie beżowym 240. Samochód nie jeździł od listopada, trzeba włożyć do niego akumulator. A potem... ponad 30-letni pojazd odpala bez najmniejszego problemu! Siedzimy w wygodnych, brązowych fotelach. Doceniamy, że nie trzęsie nas na wybojach, że auto się "zbiera". A Michał opowiada: - Volvo słynie z tego, że jest bardzo bezpieczne. Ten samochód jest z 1983 r. i już ma kontrolkę, która przypomina o zapinaniu pasów. W moim egzemplarzu nie ma akurat poduszki powietrznej, ale w tym roczniku już występowały.

Dziarskie autko ma także wiele ciekawych dodatków. Np. akcesoryjny obrotomierz, który nie występował w podstawowej wersji modelu. - Trzeba polować na tego typu dodatki. Codziennie rano, do śniadania, przeglądam zagraniczne portale aukcyjne w poszukiwaniu takich ciekawostek. Czasami coś się trafi - śmieje się nasz kierowca.

Klasyczne volvo zaczynają zyskiwać na wartości. Według Michała w Polsce dopiero zaczyna się rynek na te szwedzkie auta, ale za granicą potrafią one kosztować już spore pieniądze. - Jeżeli jakiś model u nas ceni się na 10 tys. zł, to za granicą kosztuje 10 tys. euro - mówi Świtalski.

Swoje samochody młody płocczanin zdobywa, gdzie tylko się da. Na forach internetowych, aukcjach czy od znajomych. - Kiedyś tata jechał gdzieś w trasie i zobaczył, że w jakimś garażu stoi volvo. Zatrzymał się i je kupił. Zdarzyło się to... dwa razy! Zawsze, kiedy widzimy volvo, musimy się zatrzymać i je zobaczyć. Dzięki tym autom przeżywamy fajne przygody i poznajemy ciekawych ludzi - zdradza 26-latek.

Michał należy do ogólnopolskiego klubu tej szwedzkiej marki. Mówi, że zawsze najciekawsze są spotkania z innymi zapaleńcami. - We wrześniu byłem na zlocie serii 200. Pojechałem beżowym kombi. Było 15 aut z całej Polski. Wyruszyliśmy wspólnie do Biskupina, ludziom skręcały się karki, tak się oglądali. I to cieszy - oznajmia Świtalski. Radzi też: - Jeżeli ktoś chce zacząć swoją przygodę z tą marką, polecam wybrać model 850. Jest prosty, a puryści uważają, że to ostatnie prawdziwe volvo. Dobry egzemplarz do jazdy kupimy za mniej więcej 5 tys. zł.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.