Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Ahmad Gharib jest bardzo zapracowany, ma tylu pacjentów, że nawet nie odbiera telefonów. Na spotkanie z nami umawia się w gabinecie lekarskim przychodni w Płońsku, ale żeby z nami porozmawiać, rezygnuje ze swojej przerwy obiadowej. - To dobry lekarz, taki ludzki, nie wynosi się - mówi nam czekający w kolejce starszy mężczyzna. - On jest... no stamtąd, ze Wschodu...

Na studia do Polski

- Jestem narodowości palestyńskiej, wyznaję islam - podkreśla lekarz o śniadej skórze i z czarnymi jak węgle oczyma. - Ale tata emigrował i ja urodziłem się już w Syrii, tam się wychowałem, dorastałem. Nasz sąsiad był chrześcijaninem - żaden problem. To bardzo dobry człowiek, przyjaźniliśmy się. Jak zaprosił na ślub, to poszedłem do kościoła. Cukierków dali, cha, cha! To zwyczaj, że daje się gościom kule wypełnione słodyczami. W ogóle jest... no raczej było tak - bo teraz wszystko się zmieniło - że na śluby zawsze zapraszało się wszystkich znajomych. A oni mogli przyjść ze swoimi znajomymi i wszyscy razem dobrze się bawili, świętowali, każdy jest mile widziany. I nieważne, czy to muzułmanin, żyd czy chrześcijanin.

Rodzina Ahmada jest liczna - ma on pięciu braci i pięć sióstr. Mama, która już nie żyje, zawsze zajmowała się domem. Tata pracował. Byli bardzo bogaci, ojciec posiadał sieć salonów meblowych. I mieli kilka domów, bo wiadomo, spora ich gromadka. Mama zawsze dawała do szkoły dwie kanapki. - Mamo, a po co tyle? - dopytywał mały Ahmad, a matka tłumaczyła: - Bo jakby ktoś nie miał i był głodny, to się z nim podzielisz.

Chłopak uczył się dobrze, poszedł na medycynę, miał dobre stopnie. I kiedyś na uczelni ktoś go zapytał: - A nie chciałbyś jechać na wymianę do Polski?

Młody ciekawy świata człowiek zastanowił się chwilę. Bo co on wie o tej Polsce? No... że tam dużo ziemniaków uprawiają. Może być, bo frytki lubi. No i śnieg pada, a śniegu jeszcze nigdy nie widział. Zdecydował więc: - Jadę!

I tak w 1986 roku zameldował się w Łodzi, gdzie przez rok miał się nauczyć języka. Znał dobrze angielski, więc było łatwiej porozumieć się z lektorami. Trudno było z polskim? - Jak człowiek chce, to się nauczy, nawet jeśli jest mniej zdolny. Tylko leniwy nie da rady - doktor Gharib podaje swoją receptę na sukces.

Po tej rocznej nauce wyjechał do Lublina kontynuować studia medyczne. Jeszcze biegle nie znał polskiego, więc prosił, żeby mu testy zamieniali na egzaminy ustne. Uczelnię ukończył z wynikiem dobrym. Jest internistą.

- Na początku różnie w Polsce było - opowiada. - Wołali za mną: małpa, brudas, Arab, takie tam wyzwiska. Są ludzie i ludziska... Ja jestem Arabem, czego mam się wstydzić? Tylko koniem nie jestem, koniem arabem, cha, cha, cha!

Teraz ma obywatelstwo polskie i cieszy się życzliwością ludzi. Nikt mu już nie dokucza, pacjenci i personel lubią go i cenią.

Marta, czyli miłość

Może po uzyskaniu dyplomu Ahmad wróciłby do Syrii, ale poznał Martę, dziewczynę z Lublina, studiowała kierunek ekonomiczny. Pokochali się i świeżo upieczony lekarz postanowił zostać. Był tylko dylemat: on nie chciał brać ślubu chrześcijańskiego. Więc postanowili, żeby było sprawiedliwie, wziąć tylko cywilny. Tak się dogadali i ustalili, że każdy zostaje przy swojej religii.

Wesele było skromne, w hotelu w Lublinie. Przyjechał brat z Syrii, mama nie mogła. Ahmad zaprosił ludzi z ambasady syryjskiej, w sumie było 25 osób. To była impreza bezalkoholowa. - Jego kupowanie, noszenie, picie to grzech w mojej religii - mówi lekarz. - Postawiłem sprawę tak - jak ktoś chce, może sam sobie kupić w barze. I część polskich gości tak zrobiła, ale po cichutku, żeby mnie nie urazić.

Miał być też drugi ślub, w Syrii, ale żona Marta nie bardzo chciała się zgodzić, krępowała się. Trochę też była nieufna, jak wynika ze słów Ghariba. Bo kiedy pierwszy raz lecieli do jego rodziny, to pytała, czy na pewno nic mu się w tej Syrii nie odmieni, czy jej na jakimś targu nie sprzeda. A on żartował: - No zobaczymy, czy się jakiś kupiec na ciebie znajdzie.

Ale po tej pierwszej wizycie wszystkie obawy prysły i rodzina do Syrii latała już co roku, choć mogła poznawać np. całą Europę. Ale wolała tam.

Małżeństwo ma dwoje dzieci: 11-letniego Adama i 15-letnią Natalię. Jeszcze przed ślubem postanowili: dzieci będą chodzić i do kościoła, i do meczetu. Nie są ochrzczone. - Ja jako ojciec chcę im dać najlepszą religię i najlepsze życie. Ale matka też przecież chce im dać najlepszą religię. Ustaliliśmy więc, że jak osiągną pełnoletność, same zadecydują, jaką wiarę wybiorą. Kiedy jadą do polskiej babci do Lublina, pobożnej kobiety, spotykają się z chrześcijaństwem. A w Syrii - z islamem. Ja czasem zabieram je do meczetu w Warszawie, ale nasze muzułmańskie święto wypada nie jak u was - w niedzielę, a w piątek. Tylko że ja wtedy mam pracę, więc nie mam kiedy tam jechać. Ostatni raz byłem chyba ze trzy lata temu... W domu zachowujemy tradycję polskich świąt, zawsze mamy choinkę, są prezenty. W tym roku dostałem od żony niebieską koszulę i perfumy.

Ahmad Gharib o dzieciach może opowiadać w nieskończoność. Adam to mały urwis, a Natalia - wygląda na to, że jest oczkiem w głowie taty. Jest z niej bardzo dumny, opowiada, że dziewczynka jest bardzo grzeczna i świetnie się uczy.

O swojej religijności mówi, że nie jest typem ortodoksa. Modli się pięć razy dziennie, nie tyka alkoholu i nie je wieprzowiny. I tyle. Kiedyś żona próbowała go namówić do dań z wieprzowiny, więc w Biblii wyszukał fragment, w którym mowa, że mięso świni jest nieczyste i nie należy go spożywać. - A ona na to, że jednak jest smaczne - śmieje się doktor Gharib. - Mówię jej więc: jak tak, to w porządku, to jedz.

Tata został uchodźcą

- W Syrii od dawna dzieje się nie najlepiej - opowiada doktor Ahmad. - A od pięciu lat to jest bagno, przestaliśmy tam jeździć. Ojciec zresztą nie zachęcał, powtarzał: "Masz tam rodzinę, musisz o nią dbać, troszczyć się, nie możesz jej narażać na niebezpieczeństwo".

Tata doktora ma 77 lat. Kiedy zaczęło się mordowanie ludności, chciał, żeby wszystkie jego dzieci wyjechały, ratowały się. Tylko troje rodzeństwa zostało w Syrii, najmłodszy brat próbuje pilnować rodzinnego majątku. Ale wiele przepadło. Owszem, były pieniądze w domowym sejfie, ale to co w banku... Czasem można zrobić jednorazową wypłatę, do 10 dolarów. Ale jak żyć za taką kwotę? Tata uparł się jednak, że z Syrii nie wyjedzie, tam jest całe jego życie. Syn Ahmad musiał go oszukać. Powiedział, że tam banki nie wypłacają, ale w Polsce można pobrać swoje oszczędności. - To oczywiście nieprawda, ale ojciec jest bardzo chory, ma cukrzycę, a ja jestem lekarzem, mogę mu pomóc. Tam dzieją się straszne rzeczy, ja sam, za krytykę władz, byłem w Syrii bity - pokazuje blizny i szramy na głowie i twarzy. - Snajper strzelił do taty, kiedy stał on na własnym podwórku, zranił go w klatkę piersiową.

Gharib senior przyleciał do Warszawy w kwietniu ub.r. Był zbyt dumny, by siąść na wózek inwalidzki, stawiał krok, przystawał, potem drugi. Z pomocą Ahmada krótki odcinek z dworca na parking przebrnął w całe pół godziny. Teraz jest już lepiej, starszy pan może spacerować nawet po dwie, trzy godziny. Czas spędza z synem, synową, wnukami. O to oszustwo nie ma żalu, bo tu po latach zaznał ciszy i spokoju. Choć na początku stale nasłuchiwał samolotów, z których będą strzelać do ludzi. Czasem nawet mówił, że w Polsce jest... aż za cicho.

- To bardzo honorowy człowiek - podkreśla nasz rozmówca. - Byliśmy tacy bogaci, on sam na to wszystko zapracował. Tam w Syrii wystarczyło, że jeden człowiek pracował i mógł utrzymać rodzinę. W Polsce trzeba harować. Ja stale jestem w pracy, żona nie pracuje, ale z tego jestem zadowolony. Mamy dom w Płońsku, ale żeby go kupić, musiałem wziąć kredyt.

W Płońsku Ahmad Gharib pracuje w przychodni i w szpitalu - jako lekarz pogotowia. Przedtem pracował w przychodni garnizonowej w twierdzy Modlin. Został dwukrotnie odznaczony.

Dlaczego uchodźcy nie chcą zostawać w Polsce, ale prą na Zachód, gdzie jest lepszy socjal? Doktor Ahmad obrusza się na takie stwierdzenie. Jego ojciec właśnie zamierza pojechać do Danii. Bo tam ma kuzynów, krewnych. Chodzi o rodzinę, nie o pieniądze. - Przecież gdybym ja sam miał gdzieś uciekać, to przecież nie do Rosji, w której nikogo nie znam, a może do Szwecji czy Niemiec, do rodzeństwa, które wesprze, pomoże.

Pacjentów leczy się wszystkich

A co z obawą przed islamizacją Europy? - A czy można komuś nakazać wiarę, przystawiając pistolet do głowy? - odpowiada Ahmad Gharib. - Teraz tak źle się ocenia uchodźców, a przecież pięć lat temu nikt z Syrii nie uciekał. Trzeba zobaczyć człowieka, jego problem, jego lęk i zagrożenie. Czy ktoś, kto ratuje własne dzieci, może być zły? Ludzie w Syrii sprzedają swoje majątki, warsztaty i płacą gangom po kilka tysięcy dolarów, byle wydostać się z tego piekła. Pani jest w Polsce, ma męża, dzieci. I wybucha wojna - co pani wtedy zrobi?

Gharib przyznaje, że wśród uciekających może się trafić niejeden "świr". Może nawet rząd takich wysyła? Ale jak w każdej nacji, także pośród Arabów są dobrzy i źli ludzie. - To trzeba widzieć - że cała ta wojna jest przeciw człowiekowi - doktor zaczyna mówić coraz szybciej i momentami trudno go zrozumieć. - Nie rozumiem tego, co się dzieje, świat zwariował. Niektórzy mówią: pomożemy tylko chrześcijanom. A przecież jak mam pacjentów, to nie wybieram, którego będę leczył, a którego nie, każdy jest ważny. Znam wiele religii, interesowałem się tym, i wiem, że złych religii nie ma, żadna nie każe zabijać. Czy jak ksiądz molestuje dzieci, to chrześcijaństwo jest złe? Nie, to ten człowiek jest zły. Tak samo jest z muzułmanami. Też są wśród nich źli ludzie. A Allah uczy, że nawet jak uszkodzisz drzewo czy zerwiesz owoc, którego nie zjesz, a rzucisz na ziemię - popełniasz grzech.

Gharib mówi, że nie popiera żadnego prezydenta czy rządu stamtąd, z Syrii, dla niego wszyscy to dyktatorzy i mordercy. - Dzisiejsi władcy zabijają własny naród, a świat na to patrzy i nic nie robi - konstatuje ze smutkiem. - Ludzie stamtąd opowiadają, że Rosjanie podczas nalotów bombardują szkoły, ludność cywilną, zabijają dzieci. Co komu dzieci zawiniły!?

Poznawanie człowieka

W czwartek doktor Ahmad Gharib był głównym bohaterem spotkania sekcji dialogu Towarzystwa Naukowego Płockiego. Opowiadał o sobie, o rodzinie, o islamie. Uczestnicy pytali o wiele rzeczy. Np. o dżihad. - Największy jest wtedy, kiedy mężczyzna pracuje, troszczy się o swoje dzieci, o rodzinę - mówił gość. - A święta wojna jest wtedy, kiedy broni się swojego kraju przed najeźdźcą. Kiedy słyszę o dżihadystach, którzy sami atakują, to tego nie rozumiem. To są po prostu terroryści, mordercy.

Gharib mówił o szacunku dla kobiet. - U nas kobieta pokazuje włosy tylko swojemu mężczyźnie. Moja siostra, która uciekła przed wojną do Europy, w sklepie na zakupach była szarpana, ktoś chciał zerwać jej chustkę. Dla niej to tak, jakby miała być zgwałcona. Trzeba poznać człowieka, a nie patrzeć na jego kolor skóry, wyznanie!

Ludzie na spotkaniu kiwali głowami, że nie jesteśmy otwartym narodem. - Ja rozumiem, o czym pan mówi - przyznawała kobieta ze śpiewnym akcentem. - Jestem Polką z Ukrainy, katoliczką, mieszkam w Płocku już wiele lat, ale wciąż moi koledzy z pracy najchętniej wypchnęliby mnie przez okno...

To mnie boli

Ks. prof. Ireneusz Mroczkowski: - Jako człowieka i jako księdza ranią mnie skrajne poglądy na kwestie uchodźców. Dlatego zorganizowałem spotkanie z człowiekiem, który pochodzi z kultury i religii świata arabskiego, a mieszka w Polsce. Żeby dał świadectwo swojej wiary, swoich związków i doświadczeń w naszym kraju, w końcu swojej miłości, swojej rodziny, małżeństwa z Polką i katoliczką. Boli mnie, kiedy słyszę, czytam, że jeśli gdzieś nawet deklaruje ktoś przyjęcie uchodźców, to zaraz zaczynają się masowe protesty, wylewa się fala hejtu.

W roku 1980 wyjechałem na studia do Rzymu. W pobliżu były obozy dla uchodźców z Polski, czekali w nich na wizy do Australii, USA... Widziałem, w jakich żyli warunkach, wciąż widzę, ile przeżyli. Potem byłem w Niemczech i spotykałem Polaków, którzy przyjechali tam pracować. Spotykały ich upokorzenia, mnie jako księdzu z Polski też nie każdy podawał rękę. I to we mnie tkwi, uważam, że teraz możemy pomóc innym. Nie ma dialogu między chrześcijaństwem a islamem, nawet podczas obchodzonego 27 stycznia Dnia Islamu. I mnie jako chrześcijanina boli, że te nasze wartości chrześcijańskie tak słabo wybrzmiewają w kwestii uchodźców. Dlatego zaprosiłem pana Ahmada Ghariba, żeby płocczanie poznali go jako człowieka, dowiedzieli się, co i jak myśli, kim jest on i jego znajomi z Syrii. Bo te nasze lęki i niechęć często wynikają z niewiedzy, z nieznajomości drugiego człowieka.

Kilka słów o Syrii

Początki państwa sięgają ponad 2 tysięcy lat przed naszą erą. Historia tych ziem jest bardzo burzliwa, były podbijane przez Rzymian i Arabów.

Czasy po drugiej wojnie światowej również były dla niej niespokojne. W 1970 roku władzę przejął al-Asad, który wraz z partią Bass zaczął wycofywać niektóre socjalistyczne reformy i ogłosił budowanie demokracji. Niestety, to były tylko deklaracje.

Kiedy w roku 2007 w wyborach prezydenckich wystartował jego syn Baszar al-Asad - wykształcony na Zachodzie, głoszący hasła prawdziwej demokracji - uzyskał (wg oficjalnych danych) prawie 98 proc. głosów. Ale i on okazał się despotą, kraj pod jego rządami toczy niesamowita korupcja. Syryjczycy w końcu zaczęli wychodzić na ulice; protesty były tłumione krwawo, reżim użył przeciwko obywatelom trujących gazów, uśmiercając tysiące ludzi. Bunt zaczął przybierać na sile, zwłaszcza ze strony zwalczanego mocno Bractwa Muzułmańskiego.

Tymczasem w sąsiednich krajach do głosu zaczęli dochodzić islamscy terroryści. W 2014 r. ugrupowanie proklamowało utworzenie kalifatu na terenie Syrii i Iraku. Jego członkowie rekrutują się zarówno z krajów arabskich, jak i europejskich. Słyną z okrucieństwa.

Syryjczycy są więc w potrzasku - z jednej strony mają zbrodniczego prezydenta, z drugiej - groźną, zabójczą organizację. Świat, który w pewnym momencie wspomagał rebeliantów w walce z reżimem Asada, teraz jest gotów go wspierać w walce z tzw. Państwem Islamskim.



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.