Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Analizowałem wówczas głównie egzamin z podstawy języka polskiego i prezentację wybranego tematu, która to część już dzisiaj nie obowiązuje. Problemy widziałem już na początku nauki.

Moja krytyka podważała założenia podziału na trzyletnie okresy, w tym gimnazja, które zamiast wyrównywać szanse, zaowocowały siecią szkół elitarnych, w tym organizowanych przez Kościół. Nie podobał mi się egzamin szóstoklasisty, do którego uczniowie nie są gotowi emocjonalnie i właśnie zapowiedziano jego likwidację. Za błąd uznawałem skrócenie kształcenia licealnego, w którym nie ma czasu na utrwalenie materiału i to się według zapowiedzi zmieni. Występowałem przeciw systemowi, który na wszystkich niemal szczeblach wymusza wspomaganie ucznia korepetycjami.

W ciągu kilku ostatnich lat rozmowa o szkole została poszerzona o sześciolatki. Pomysł z maluchami uznałem za dobry, zwłaszcza w kontekście sposobu nauczania dzieci poza Polską. Wielu rodziców pytało w gabinecie, czy odroczyć swoje dzieci? Najczęściej namawiałem do odwagi, wierząc w odpowiednie dostosowanie programu. Po cichu liczyłem, że władza, obniżając wiek szkolny, wydłuży liceum. Dodanie obowiązkowego przedszkola od trzylatków gwarantowałoby pracę dla nauczycieli i nie powodowało wśród nich paniki.

Z jakimi więc propozycjami zmian mamy do czynienia teraz? Czy spełniają one postulaty wygłaszane od lat? W moim przekonaniu i tak, i nie, głównie z powodu upływu lat, nowych przyzwyczajeń, utrwalonego podziału i stabilizacji struktur, specjalizacji nauczycieli i, wbrew zawołaniu wyborczemu, niechęci do zmian gwałtownych.

Fundamenty reformy z 1999 roku chwieją się, bo przez lata nie słuchano rodziców i nie uznawano racji nauczycieli np. przedmiotów podstawowych, wywracając w atmosferze konfliktu nie dalej jak dwa lata temu całe programy. Tak rodził się bunt, który najbardziej zogniskował się przeciw nauce sześciolatków. Dla mnie zupełnie niezrozumiały, ale jeśli ktoś maszeruje z transparentem, to jest mu bardzo trudno zrobić krok w tył i słuchać innych. Pochód szedł po sześciolatka, a zniszczy przedszkola, przywróci ośmioletnią szkołę podstawową, pomiesza roczniki, bez sensu zaostrzy wojnę o prymat reform.

Mały Polak po raz kolejny przeciągany jak lina wypełni swój obowiązek szkolny i za kilka lat postawi wszystko do góry nogami, nauczony, że w Polsce nie szanuje się osiągnięć poprzedników i realizuje wyłącznie bezrefleksyjne pomysły wyborcze.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.