Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Jeśli masz ochotę złożyć mu życzenia, powinieneś 20 lutego wieczorem zjawić się w klubie Rock'69 na zorganizowanym przez szacownego jubilata okolicznościowym jam-session. Płocki gitarzysta Krzysztof Misiak zaprosił na tę imprezę muzyków, z którymi kiedyś współpracował i obiecuje, że zagra najfajniejsze kawałki swoich dawnych zespołów. Będzie okazja do wspominania i do rozmowy. My jednak, spodziewając się megatłoku i masy chętnych na przybicie piątki z Krzyśkiem, postanowiliśmy pogadać z nim już teraz.

ROZMOWA Z

Krzysztofem Misiakiem

Milena Orłowska: Trudno było mi uwierzyć, że kończysz 50 lat. Nie wyglądasz.

Krzysztof Misiak: Dzięki. Myślę, że to kwestia genów i usposobienia. Moi rodzice, dziś już emeryci, też są w dobrej formie. W ub.r. świętowali 50. rocznicę ślubu. To wszystko ich zasługa.

A muzyka?

- Muzyka zapewne też. Zawsze była obecna w naszym domu, tata grał na akordeonie i klawiszach, do dziś zresztą hobbystycznie naprawia akordeony. A ja jestem takim prawdziwym przedstawicielem pokolenia lat 80. i boomu rockowego tego okresu. Grały wtedy Perfect, Lady Pank, TSA, Krzak. Słuchałem ich, kochałem tę muzykę, byłem także wielkim fanem The Beatles, bluesa i szeroko pojętego jazzu. Chciałem grać, jak oni wszyscy.

Pierwsze sukcesy mieliśmy już w podstawówce. Chodziłem do "Szesnastki", występowałem wtedy na apelach szkolnych i różnych uroczystościach. Ja grałem na gitarze akustycznej, a Renata Mosiołek, moja koleżanka z klasy, późniejsza wieloletnia dyrektorka Płockiego Ośrodka Kultury i Sztuki, śpiewała.

A co?

- Kawałki Izabeli Trojanowskiej np. "Wszystko, czego dziś chcę...". Publika, powiedzmy, że szalała.

W podstawówce poznałem także Ireneusza Parzychowskiego. Irek grał na mandolinie, a później przerzucił się na gitarę. Razem graliśmy piosenki Beatlesów, Czerwonych Gitar, grupy Wawele. Graliśmy też w Spółdzielczym Domu Kultury. Później założyliśmy zespół Rybie Łości.

Skąd wzięły się te "Łości"?

- Nazwę jakoś przypadkowo wymyślił nasz wokalista, Paweł Sankowski. Bardzo zdolny gość... Ćwiczyliśmy w Marabucie, to był taki klub działający w miejscu, gdzie dziś jest POKiS, graliśmy w "Chemiku", w Domu Technika, po prostu wszędzie, wszędzie, gdzie się dało. Przyszły pierwsze sukcesy, najpierw na Ogólnopolskim Młodzieżowym Przeglądzie Piosenki we Wrocławiu, potem były Debiuty w Opolu. Wyjechaliśmy nawet na taki zlot młodzieżowy do Korei Północnej, spotkaliśmy się tam z Kim Ir Senem i generałem Jaruzelskim. Dokonaliśmy pierwszych profesjonalnych nagrań studyjnych i mówili o nas w Teleexpressie...

A potem?

- Potem... No cóż, nasze drogi po prostu się rozeszły. Zespół się rozpadł. Ale ja nie zerwałem z muzyką. Mnóstwo grałem, był moment, że nawet w pięciu zespołach naraz. A każdy z nich reprezentował inny gatunek muzyczny! Jeszcze w 1982 założyłem ze śp. Januszem Dądzikiem grupę Quiz, grałem tam na basie, a Janusz i Irek na gitarach. Z Leszkiem Tomaszewskim i Małgosią Kociędą założyliśmy grupę o nazwie Panama... Romek Kusy grał tam na basie. Na samym początku było jeszcze Stowarzyszenie Dobrowolne, gdzie graliśmy z naszymi nauczycielami ze szkoły muzycznej. Następnie S.O.S., Medusa i reaktywacja Rybichości, już pod nieco inną nazwą. Trudno byłoby nawet to wszystko wymienić.

A kiedy było najfajniej?

- Myślę, że w latach 1986-87, w czasie Rybich Łości. Człowiek był wtedy młody, marzył o zdobyciu całego świata. A jednocześnie był to okres intensywnej nauki, zgłębiania tajników technicznych grania, no i w ogóle - chłonięcia muzyki... Mam nadzieję, że uda się tę atmosferę odtworzyć właśnie na koncercie zaplanowanym na 20 lutego. Zagramy kawałki Rybich Łości, S.O.S. i Rybichości. Będzie mnóstwo gości, np. Grzegorz Grzyb, słynny perkusista, gość warsztatów muzycznych, które organizujemy co roku przy okazji festiwalu Rockowe Ogródki. Wanda Sobieraj, która śpiewała kiedyś w Petropolu... Nadrobimy towarzyskie zaległości.

Nie mówisz nic o współpracy z Agnieszką Chylińską, z którą w roku 2004 nagrałeś płytę "Winna". Źle to wspominasz?

- Wspominam bardzo dobrze! Pozwoliło mi to wypłynąć na szerokie wody, zdobyć nowe doświadczenia.

Lubisz tę płytę? Którą piosenkę najbardziej?

- Lubię, lubię. Trudno żebym nie lubił, skoro ją współkomponowałem, wymyślałem te wszystkie riffy. Piosenkę trudno mi wskazać... Może "Niczyja"? To moja kompozycja, od początku do końca, wymyśliłem to tak na szybko, ale wyszło fajnie. I może "Zmysłowa"... Czyli ogólnie rzecz ujmując - ballady.

Romantycznie. Chyba nieczęsto ujawniasz tę stronę swej natury...

- Jestem w końcu spod znaku Ryb. Mam dwie strony. Kto chce zobaczyć je obie, z pewnością je dostrzeże.

Wciąż grasz tak intensywnie?

- Może nie tak jak kiedyś. W sensie, że nie szukam już wszelkich okazji do zaistnienia gdzieś na szerszym forum. Dziś mam swój świat i wybrane grono ludzi, z którymi lubię grać, gdzie mogę się wypowiedzieć w pełni jako instrumentalista. To Krzysztof Ścierański, Grzesiek Grzyb... Wciąż nagrywam płyty, ostatnia, "Nowe okoliczności", ukazała się w roku 2014.

Zabrałeś się także za uczenie innych. O festiwalowych warsztatach już wspomniałeś, prowadzisz także zajęcia gitarowe w Młodzieżowym Domu Kultury. Powiedz coś o młodych ludziach, z którymi się spotykasz. Są jak ty kiedyś? Słuchają tych samym płyt?

- To bardzo fajne grupy, złożone z miłych, młodych ludzi, którzy sukcesywnie się rozwijają. Słuchają w zasadzie wszystkiego, ja staram się tylko ich lekko ukierunkować, podpowiedzieć, co jest bardziej wartościowe, gdzie można się czegoś nauczyć. Dzięki sieci każdy rodzaj muzyki jest teraz na wyciągnięcie ręki. Z jednej strony to rzecz jasna dobrze, z drugiej strony obok dobrej muzyki do słuchania, można w necie trafić na sporo chłamu... Podobnie jest z tutorialami gitarowymi, część jest w porządku, część zamiast pomagać, to szkodzi, dużo ludzi ma po tym choćby źle ustawioną rękę, trzeba to wszystko odkręcać. Moim zdaniem w nauce gry na gitarze nic nie zastąpi relacji mistrz - uczeń.

A do słuchania, co polecasz?

- Zawsze Pata Metheny'ego, to wspaniały gitarzysta, gra romantyczną muzykę, skomplikowaną, choć na pierwszy rzut ucha tego nie słychać. Taka jest finezyjna. Z nowszych rzeczy lubię szwedzki Dirty Loops, metalowego Celldwellera. Lubię taki właśnie industrialny metal. I wszystko, co oparte jest na bluesie, od Jimmiego Hendrixa po Joe Bonamassę...

Myślisz, że młody zespół z Płocka może dziś odnieść duży sukces?

- Pewnie. Wszystko zależy od jakości grania i pomysłu na muzykę. Są przecież minimum dwa zespoły z Płocka, którym udało się taki sukces odnieść. Farben Lehre, to już właściwie legenda, też są 30 lat na scenie. Fajne chłopaki, znam ich od dzieciaka, czasem wspominam, że pierwsze płyty nagrywali na pożyczanych ode mnie wzmacniaczach i gitarach. No i oczywiście Lao Che, granie może nie z mojej bajki, ale bardzo inteligentne.

Tylko czy komuś w mieście jeszcze się chce? Dawniej wszyscy chłopcy mieli gitary i marzyli o karierze na rockowej scenie... Dziś wydaje się, że wszyscy wolą Fifę.

- Faktycznie, internet zabił trochę tę pasję spotykania się i wspólnego muzykowania. Są w Płocku kluby, przy których mogą działać zespoły, mówiliśmy już o MDK wraz ze studiem nagraniowym, jest jeszcze POKiS z dobrze wyposażoną salą prób. Tylko że kiedyś młodzi ludzie zabijali się o miejsce w sali prób, dziś, kiedy organizujemy przegląd, frekwencja nie powala... Z drugiej strony komputery stwarzają teraz możliwości tworzenia muzyki bez wychodzenia z domu. Tak więc kto wie. Może za chwilę objawi się nam jakiś kolejny płocki talent.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.