Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Trzeci dzwonek otworzył szpaler do drzwi na widownię, przez który wśród okrzyków szli jurorzy - reżyserzy i aktorzy. Jerzy Kawalerowicz - nie po raz pierwszy w ciągu tych lat festiwalowych spojrzeliśmy sobie w oczy - podał mi swoją wejściówkę. A ja, no cóż, przekazałem ją dziewczynie z Filmówki. Nie mogłem wejść sam, bez koleżanek i kolegów z roku...

Alicja Woy-Wojciechowska, autorka m.in. piosenek dla dzieci, nakrywała do stołu i opowiadała o córce przyjaciół, która marzyła o operze w najpiękniejszym dla tego celu postawionym gmachu w Sydney. Nie było internetu, a podróż pozwalała na znalezienie jednego tylko wieczoru, aby zrealizować plan. Ale wszystkie miejsca wykupili już Japończycy. W takiej sytuacji nie ma się nic do stracenia. Dziewczyna kilka lat wcześniej na międzynarodowym obozie nauczyła się liczyć do dziesięciu w języku japońskim i tę praktyczną umiejętność teatralnie wykorzystała wobec pierwszego napotkanego szczęśliwca z biletami. Japończyk, po chwili konsternacji i dłuższej rozmowie po angielsku, wręczył pięć biletów na "Madame Butterfly" dla całej europejskiej grupy swoich nowych przyjaciół.

Staliśmy przed metalowymi drzwiami Teatru Roma, aby obejrzeć "Nędzników" dwa dni po premierze. Bilety wyprzedane były na pół roku przed terminem. Godzinę wcześniej bez żadnych problemów dostaliśmy dwa miejsca, ale moja rodzina to trzy osoby, więc powoli żegnaliśmy się z możliwością wspólnego oglądania musicalu. Trzeci dzwonek i spóźnialscy wbiegający do holu. Krata zamykała się powoli i w tym właśnie momencie wyłoniła się podenerwowana para z wiadomością o nagłej konieczności powrotu do domu. Wybiegający pan wcisnął w moje ręce bilet doskonałej lokalizacji. Gasły światła. Orkiestra zaczęła uwerturę.

Kasjerka w telefonie uparcie odradzała nam podróż w stronę Gdyni. Teatr Muzyczny nie chciał zarezerwować "Opentańca" dla dwóch osób w drodze. Zziajany wbiegłem do przeszklonego westybulu, stanąłem w krótkiej kolejce do kasy, a 20 minut później podniosła się przed moimi oczyma kurtyna jednego z najciekawszych wydarzeń początku XXI wieku z muzyką Sztaby i Filipczaka.

Jeśli widz bardzo chce, teatry coraz częściej kładą poduszkę na schodach podczas spektakli ze stałym brakiem miejsc. Na dziesięć podejść dziewięć jest udanych, a fotel najczęściej wygodny. Trzeba tylko liczyć na łut szczęścia. Niekoniecznie po japońsku.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.