Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Wpiszcie sobie w Google "elewator". Przekonacie się, że te nowsze wyglądają po prostu jak skupisko stalowych walców, te starsze zaś przypominają w większości ponure, betonowe, gigantyczne schrony. Zaledwie kilka może zwracać uwagę jakąś szlachetniejszą formą. No a nasz... Nasz jest po prostu piękny, najpiękniejszy.

- I bardzo funkcjonalny - dodaje Jolanta Olszewska.

Jest wiceprezesem zarządu Silopolu, spółki, do której ceglany elewator należy od roku 1996. - Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, jaki to świetny projekt - mówi. - Budynek się po prostu sprawdza, nie zawodzi. Posadowiony jest na dwóch niezależnie od siebie pracujących betonowych płytach, więc niestraszne mu osadzanie terenu. Pod silosami jest wielka komora zabezpieczająca je przed wylewaniem rzeki. W 1982 r. na Radziwiu wszystko pływało, a tu zboże było bezpieczne. Same silosy w końcu - nie ma w nich wilgoci, nie przytrafia się nam tu żadna niespodzianka, wszystko działa jak w zegareczku. Wspaniała myśl techniczna.

Elewator z nawą i prezbiterium

Pasją pani wiceprezes, prócz zbóż, nasion, żniw i odmian mąki, jest historia. Poznajemy to od razu, kiedy tylko wchodzimy do jej gabinetu, siadamy przy stole, a Jolanta Olszewska zaczyna opowiadać: - Istnieją przekazy, choć w zasadzie niepotwierdzone żadnymi oficjalnymi odkryciami, że spław zboża odbywał się właśnie z tego miejsca już w wieku XV. W okolicy były podobno dwa takie punkty, jeden w Dobrzykowie, a drugi właśnie tu, na Radziwiu. Składowano tu towar, a potem spławiano go rzeką, aż do Gdańska.

O tym, że nad brzegiem Wisły powinien stanąć duży elewator, zaczęto myśleć na początku XX w. Z inicjatywy Polskiego Towarzystwa Rolniczego powstał projekt. Spichlerz miał przypominać neogotycką katedrę, nawiązywać do dominikańskiego kościoła pod wezwaniem św. Mikołaja w Gdańsku. "Nawą" miał być magazyn, "transeptem" (nawą poprzeczną) - wieża, a "prezbiterium" - młyn. Blendy (puste okna) zdobiące elewację silosa to z kolei detale charakterystyczne dla toruńskiego ratusza czy gdańskiej Bramy Chlebnickiej. Budowa imponującego obiektu miała kosztować według planów aż 50 tys. rubli, nic z tego nie wyszło.

Idea powracała jeszcze kilka razy w dwudziestoleciu międzywojennym, ostatecznie plany budowy pokrzyżowała wojna. Do pomysłu powrócono w latach 50.

- Odgrzebano wtedy początkowy projekt. Ale władza ludowa nie chciała nawet o tym słyszeć, nie w smak było jej stawianie budynku przypominającego świątynię - mówi Olszewska. - Na szczęście władze przekonano, zadziałał argument, że "kościelny" elewator będzie przeciwwagą dla górującej nad miastem po drugiej stronie rzeki katedry. Ba, będzie ją przewyższał. Bo sięgający 50 m obiekt miał być najwyższym budynkiem w mieście. Projekt zakładał budowę 13 pięter, każde miało być wysokie na 4 m.

Miała to być taka "świątynia pracy socjalistycznej".

Ostatecznie zgodę wydano. - I ustanowiono płocki rekord wysokości. Do tej pory niepobity. Nasz elewator to wciąż najwyższy w mieście budynek. Dlatego ratownicy wysokościowi przeprowadzają na nim treningi, a remontują nas alpiniści - podkreśla nasza rozmówczyni. - Dziś trudno nawet wyobrazić sobie, jak w trudnych latach 50. wyglądała budowa takiego kolosa. Gigantycznie rusztowania, nieustanne wylewanie betonu, "obudowywanie" nim kolejnych zbiorników, tony cegieł pochodzących prawdopodobnie z rozbiórki powojennych ruin... Podobno przy pracach zginęło tu troje ludzi.

Pora na "Przegląd Młynarski"

Silopol, zarządzany przez małżeństwo Jolantę i Mirosława Olszewskich, działa na rynku już 20 lat. W firmie wszystko kręci się wokół zboża - spółka je przechowuje, skupuje, sprzedaje, mieli. Prócz elewatora w Płocku, zdolnego pomieścić 30 tys. ton wszelkiego rodzaju ziarna (najpopularniejsza jest pszenica), ma jeszcze elewator w Płońsku (o pojemności 50 tys. ton, większy, ale jak podkreśla prezes Olszewska, nie tak piękny), Oporowie (4 tys. ton) i gospodarstwo rolne w Luszynie.

- Pomyśleć, że 20 lat temu nie miałam o tym wszystkim zielonego pojęcia - przyznaje szefowa Silopolu. - W Gąbinie, bo stamtąd pochodzimy i tam mieszkamy, prowadziliśmy z mężem firmę handlującą ciężarówkami, sprowadzaliśmy je z Niemiec. Pewnego dnia pojawiła się możliwość zakupienia elewatora, nie tego w Płocku, ale w okolicy, o wiele mniejszego. Stanęliśmy do przetargu, przegraliśmy go. Ale to tylko pobudziło naszą ambicję. Dlatego, kiedy pojawiła się oferta sprzedaży spichlerza na Radziwiu, zdecydowaliśmy się.

Jolanta Olszewska nie ukrywa, że czasem z mężem śmieją się, jak bardzo byli wtedy naiwni.

- To były trudne czasy, transformacja ustrojowa, dzika prywatyzacja, nie mieliśmy pojęcia, na co się porywamy. Byliśmy nowicjuszami, bez poparcia, politycznego umocowania, które - jak się szybko okazało - wtedy bardzo liczyło się w branży. Byliśmy jedynymi chętnymi na zakup, ale konkurencja tylko się przyczaiła, liczyła, że kiedy wpłacimy wadium i wygramy przetarg, szybko wyłożymy się na pierwszych miesiącach działalności - wspomina pani Jolanta. - Poprzedni właściciele elewatora zatrudniali 70 osób, dysponowali sprzętem, wyposażonym laboratorium, dostawcami, odbiorcami. My po wygranym przetargu zostaliśmy praktycznie z niczym. Pracownicy poszli za zarządem poprzedniej firmy, sprzęt z laboratorium zniknął, podobnie zresztą jak wiele kabli ze ścian, państwo - bo wtedy jeszcze właściwie całość obrotu zbożowego była w państwowych rękach - nie chciało nawiązać z nami współpracy... Z mężem zostaliśmy praktycznie sami. Sami w tym wielkim gmachu, pamiętam, jak było zimno, siedzieliśmy tu w rękawiczkach, starając się upilnować tego, co zostało. Przeszłam ekspresowy kurs rolnictwa, koleżanki czytały "Przyjaciółkę", a ja w "Przeglądzie Młynarskim" zgłębiałam tajniki prób pasażowych zboża. Zdobyłam pierwszych klientów, polskie firmy, ale z częścią obcego kapitału, wystając w korytarzach ich biur i zapowiadając, że "bez podpisanej umowy nie wyjdę...". Z delikatnej, zainteresowanej historią 29-latki, musiałam szybko przemienić się w zdecydowaną i broniącą swego heterę. Ale udało się.

Młoda rodzinna spółka zaskoczyła wszystkich, wpłacając pierwszą, a potem następne raty opłaty za budynek. Zdobyła klientów, rolnicy jej zaufali, załoga się powiększała (w tym momencie w Płocku pracuje 25 osób, w całym Silopolu jest 50 pracowników). Elewator przyjmuje i wydaje zboże do późnej nocy, w czasie żniw pracuje właściwie 24 godziny na dobę.

- I wciąż staramy się być jeszcze lepsi - zapewnia Olszewska.

To czarne na tym czarnym to...

A potem pani prezes zabiera nas na zwiedzanie budynku. Jest dość ciemno, betonowo i tajemniczo, choć podobno wcale tu nie straszy. Ale wnętrza działają na wyobraźnię, dlatego czasem korzystają z nich... filmowcy. W płockim elewatorze kręcono "Dublerów" i dwa odcinki serialu "Czas honoru".

My zaczynamy od poziomu zero - to wielka betonowa sala z krzyżowymi sklepieniami. Jest pusta...

- To właśnie ta mądrość projektantów sprzed lat - opowiada nasza przewodnik. - Zbiorniki ze zbożem nie są wpuszczone w ziemię, przeciwnie, są nad naszymi głowami, cztery metry nad poziomem zalewowym. Dlatego w czasie powodzi w 1982 r. zalało tylko piwnicę i rampę. Zboże w betonowych silosach z lat 50. było bezpieczne.

Silosów jest w sumie 36. Mają różną pojemność, od 50 do 250 ton. Zaczynają się nad salą ze sklepieniami, a kończą na wysokości 10. piętra.

I właśnie na 10. piętro wjeżdżamy, pora obejrzeć to wszystko z góry. Jedziemy, nowocześnie, windą. A ta winda jest zupełnie wyjątkowa. Bo po pierwsze, jest najstarsza w mieście, powstała jeszcze w latach 50., tak jak cały budynek. I wjeżdża najwyżej, aż na 13. piętro, żadna winda w mieście nie sięga wyżej. Sprawuje się świetnie, w Silopolu konserwują ją co miesiąc, jakiś czas temu dołożyli jej dodatkowe zabezpieczenia. Tak więc bez problemu, cicho i gładko, suniemy w górę.

Na 10. piętrze Jolanta Olszewska pokazuje nam taśmy, dzięki którym ziarna trafiają do zbiorników. Pomieszczenie jest wielkie, betonowe, dość ciemne, huczy tam i pełno jest najróżniejszych przyrządów, rur, blach. Królują jednak dwa długaśne taśmociągi. - O, właśnie jedzie rzepak - informuje nas pani prezes.

- Yyy... gdzie? - nie ukrywamy, że my na ciemnej taśmie nic nie widzimy.

- To czarne na tym czarnym to właśnie ziarna rzepaku - śmieje się nasza rozmówczyni. I opowiada jeszcze: - W sumie w elewatorze są aż trzy systemy przesyłu zbóż. Na dole działa redler, czyli system łopatkowy. Z dołu do góry ziarno wędruje dzięki systemowi kubełkowemu. A na górze rozdzielany jest do silosów właśnie dzięki taśmom.

Na poziomie 10. piętra jest jeszcze długi taśmociąg prowadzący do betonowych zbiorników dobudowanych do starego gmachu w latach 70. Z pewnością widzicie je, kiedy patrzycie na elewator z drugiego brzegu Wisły, są wielkie, szare i wyraźnie odcinają się od czerwonego, stylowego gmachu spichlerza. No ale coś za coś, 18 dodatkowych zbiorników zwiększa pojemność elewatora (dokładnie o 10 tys. ton).

Ssawa i komory kurzowe

Potem wjeżdżamy jeszcze na 13. piętro. Tu nie ma już taśm, silosów, są za to komory kurzowe. Bo w całym elewatorze, jak w każdym spichlerzu, młynie i w ogóle wszędzie tam, gdzie jest zboże, kurzy się w sposób nieopisany. Ale uwaga - to żaden śmierdzący pył jak z trzepanego dywanu, a rodzaj miękkiej, białej mgiełki. Która w dodatku niesamowicie pachnie: trochę ziemią, trochę roślinami, a trochę świeżym chlebem. Zapach młyna to chyba jeden z najpiękniejszych zapachów na świecie. - Tak, jak też go lubię. Od razu czuję się jakoś... bezpieczniej - nie ukrywa szefowa Silopolu.

Wracamy więc do naszych komór - specjalne "odkurzacze" zasysają kurz z całego elewatora i pompują do komór.

- Potem odzyskujemy powstały z tego tumanu surowiec, to właściwie taka ziemia, rolnicy używają jej np. jako nawozu - tłumaczy Olszewska.

Co jeszcze jest na 13. piętrze? Widok. Zachwycający i jedyny w swoim rodzaju. Wyglądamy zachłannie przez małe okienka - z jednej strony widać Radziwie i całą okolicę, z drugiej rzekę i Płock. A także stojący u podnóża elewatora mały czerwony budynek nad taflą wody. To ssawa do rozładowania barek ze zbożem. - Ale niestety, barki już do nas nie przypływają. Po budowie tamy we Włocławku rzeka straciła drożność - mówi Jolanta Olszewska. - Za naszych czasów taki rozładunek był tylko... jeden.

Znowu winda, tym razem zjeżdżamy na czwarte piętro. Prosto do serca zajmującego część budynku (tę z oknami) młyna. - Tu najlepiej go oglądać. On także ciągnie się przez 10 pięter, ale na pozostałych poziomach to właściwie system rur, wialni, przenośników. A tu widzimy mlewniki, czyli urządzenia, które mielą zboże na mąkę - wyjaśnia wiceprezes spółki.

Mlewniki to takie spore niebieskie skrzynki. Akurat w tym momencie nie pracują. - Młyn powstał tu w latach 80., my właściwie kupowaliśmy młyn z elewatorem, sam spichlerz był rodzajem dodatku - wspomina Jolanta Olszewska. - Z czasem okazało się, że trzonem naszej działalności jest właśnie magazynowanie. Młyn nie wytrzymał konkurencji zachodnich korporacji, których młyny są tu w okolicy. Dlatego mielimy coraz rzadziej.

Wycieczkę kończymy w laboratorium Silopolu. Bada się tu jakość przyjmowanego i wydawanego zboża, poziom białka w ziarnach, wilgotność, przeprowadza próby na mykotoksyny. To ważne - nie można przyjąć do elewatora ziarna zarażonego czymkolwiek, bo wtedy może zepsuć się całość przechowywanego towaru.

W laboratorium króluje pani Maria Pawlak, zatrudniona w tym miejscu od roku - uwaga - 1964.

- Obiecałyśmy sobie, że obie będziemy pracować tu aż do śmierci - uśmiecha się prezes Olszewska.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.