Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Spotkanie odbyło się w poniedziałkowy wieczór na zamku w Gostyninie. Wcześniej prowadzone były zapisy, organizatorzy i ochrona wpuszczali więc ludzi, odhaczając nazwiska na przygotowanych listach. Ale przed zamkiem stało też kilkunastu młodych chłopaków, którzy na znak prowodyra wrzeszczeli: "Bolek! Bolek!". Albo: "Rz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę". Sekundowało im paru starszych jegomości, którzy - wyraźnie zachwyceni swoją dziejową rolą - pokrzykiwali radośnie, że "Wałęsa miał swoją kolekturę w UB", i zachęcali: "Nagrywajcie nas, niech cała Polska się dowie, co myślimy i jak było".

Ludzie omijali harcowników albo obojętnie, albo kwitowali ich krzyki wzruszeniem ramion. Ktoś próbował tłumaczyć, że łatwo jest osądzać, jeśli nie żyło się w tamtych czasach, jeśli nie zna się czyjegoś życia. W sumie hałaśliwa grupa była raczej śmieszna, choć dokuczliwa. Dlatego organizatorzy postanowili w sali, w której odbywało się spotkanie, pozamykać okna, żeby wrzaski nie zagłuszały ani gościa, ani pytań od publiczności.

Szybko okazało się to słusznym posunięciem, bo kiedy sala zapełniła się już po brzegi, chłopaki z ONR faktycznie ustawili się z wielką płachtą z napisem "Czcimy bohaterów a nie frajerów" pod oknami. A wraz z nimi ci starsi panowie, którzy mieli ochotę całemu światu wykrzyczeć swoje prawdy. Jeden z nich ciekawie zaglądał do środka i próbował robić zdjęcia przez szybę. Chłopaki z kolei źle czuli się w obecności obiektywów wielu fotografów, niektórzy próbowali się chować za plecami kolegów. Okrzyki wznosili na komendę, ich echo faktycznie docierało do środka, ale nie na tyle głośno, by trzeba było przerwać spotkanie.

Gdyby było prawo, dostaliby tęgie lanie

A to rozpoczęło się od gromkich oklasków na stojąco na powitanie gościa. - Mógłbym sobie na rybki pojechać, na grzybki pójść, moja Danuśka też niczego sobie, ale czuję się w obowiązku być tu z wami - odwzajemnił się na swój trochę rubaszny sposób Lech Wałęsa.

Mówił o fundamentach naszej demokracji, o trójpodziale władzy, który daje taką stabilność jak stół na trzech nogach. - I nikt tego nie może zmienić, a gdyby komuś przyszło to głowy, musi zapytać naród, bo to wymagałoby zmiany konstytucji - przekonywał prezydent. Przypominał, że owszem, on sam chciał systemu prezydenckiego, który pozwalałby rządzić poprzez dekrety, ale "to zawsze miało iść przez parlament".

Kiedy wrzaski o sierpie, młocie i czerwonej hołocie stały się wyraźniej słyszalne, Wałęsa postanowił się do nich odnieść. Zapewnił, że nigdy nie był agentem SB, co może udowodnić przed każdym sądem, ale też przypomniał czasy, w których przyszło mu żyć w młodości. Czasy, kiedy ludzi o cechach przywódczych bezpieka wyłapywała, rozbijała jedność, niszczyła. Jednak prawo powinno stać po stronie pokrzywdzonych. Teraz, w wolnej Polsce. - Zwróciłem się na Facebooku do prezydenta Dudy: "Panie, albo będzie pan szanował prawo, albo tego prawa w ogóle nie ma" - opowiadał Lech Wałęsa. - Zasady demokracji są takie, że każdy rywalizuje o swoją lepszą pozycję, ale zawsze w granicach prawa. A tu teraz ono w ogóle nie obowiązuje, bo gdyby obowiązywało, nie byłoby tych krzyków, a ci chłopcy dostaliby takie lanie, że hej!

"Zapomnieliście już, jak było?"

W sali doszło do jednego drobnego incydentu. Ktoś zapytał, czy Wałęsie jako prezydentowi zdarzało się pracować po nocach, podpisywać ustawy o godz. 2 nad ranem. Gość odpowiadał: - W nocy nie podpisywałem, bo ja w ogóle śpioch jestem, a zresztą nocą to inne rzeczy można robić...

Tu przerwała wzburzona kobieta, która krzyknęła: - A kto i kiedy rozwiązał rząd Olszewskiego?! Słuchać już tego nie mogę!

- To niech pani wyjdzie - życzliwie odpowiedziało kilka osób.

- Wychodzę! - gromko oświadczyła kobieta. I wyszła, nie wysłuchawszy odpowiedzi.

Ludzie poruszali trudne tematy. Jedna z obecnych pytała o Okrągły Stół. - Boli on nas - powiedziała.

- Zapomnieliście już, jak wtedy było?! - odpowiadał Lech Wałęsa. - Ile ZOMO-wców stało wokół największych strajkujących zakładów, że oni, komuniści, mieli czołgi i armaty, że w Polsce było mnóstwo radzieckiego wojska? Nie pamiętacie tamtych czasów? Przecież oni mieli taką siłę, że mogliby nas zmiażdżyć! Czym mieliśmy walczyć? Strajkami? Ile ludzie by to znieśli, ile zniosłyby nasze żony, które przychodziły do stoczni po wypłaty, a zakład płacił tylko tym, którzy podejmowali pracę? Więc my dawaliśmy pieniądze tym, którzy strajkowali, ale ile można było strajkować? Dwa lata? Dlatego uznałem, że ich trzeba etapami pokonywać, zabrać im trochę, ale na tym nie poprzestać, bo na początku mieliśmy 35 proc., a nie ma demokracji na 35 proc. I to my wygraliśmy!

Odsunąć PiS od władzy? Nie teraz

Były też pytania o przyszłość, o to, czy Wałęsa jest gotowy stanąć na czele prawie już nieistniejącej opozycji - tak, żeby było na kogo głosować w następnych wyborach. Prezydent odpowiadał, że najgorsze by było, gdyby właśnie w tej chwili PiS odszedł od władzy. Bo nie ma w tej chwili takiej siły politycznej, która przejęłaby rządy i zaraz nie skłóciłaby się między sobą. Przekonywał, że teraz trzeba się spotykać, rozmawiać, słuchać się wzajemnie i tworzyć fundament pod przyszłą siłę, która mądrze będzie odbudowywała demokrację. I dlatego on, Wałęsa, jeździ po Polsce i spotyka się z ludźmi, żeby wiedzieć, co myślą i na co są gotowi. Bo na razie ruch demokratyczny nie jest zbyt silny, na demonstrację do Warszawy nie jadą dwa miliony, ale pół miliona demonstrantów.

- Jestem osobą bezpartyjną, poglądy mam centrowo-prawicowe, a tu, na tym spotkaniu, słyszę zza okna okrzyki, że jestem czerwoną hołotą - mówił mężczyzna. - Czy nie może pan, urodzony zwycięzca i fajter, zacząć zakopywać ten rów?

- A co ja właśnie robię? - odpowiedział Wałęsa i znów dostał brawa. - W ogóle co to jest lewica, a co prawica? Kiedyś było jasne: nie wierzysz w Boga i chcesz własności wspólnej - jesteś lewica; wierzysz w Boga i chcesz własności prywatnej - prawica. A teraz wszystko się poplątało i zostały tylko same nazwy.

Jak na imię ma Wałęsa

Spotkanie nie było długie, trwało nieco ponad półtorej godziny. Lech Wałęsa przyznał, że nazajutrz musi się stawić w szpitalu. - Ale tylko na badania, to są sprawy związane z rozrusznikiem serca i cukrzycą - uspokajał. Ale na koniec - po burzy oklasków - przyjął jeszcze obrazy sprezentowane mu przez IdG oraz młodzież. Potem - w związku z tym, że za kilka dni prezydent będzie obchodził urodziny - wszyscy odśpiewali mu "Sto lat", a z zaplecza wjechał bardzo okazały tort. Częstowali się nim wszyscy uczestnicy spotkania.

Kiedy ludzie opuszczali zamek, młodzieńców z ONR już nie było. Pokrzyczeli, pokrzyczeli, pokrzyczeli i poszli sobie.

- To dzieciaki, nic nie rozumieją z tamtych czasów, bo ich jeszcze na świecie nie było. Pewnie gdyby zapytać o najważniejsze daty z historii, nie umieliby odpowiedzieć. Może oni naprawdę myślą, że Wałęsa ma imię Bolek - komentowali pobłażliwie mieszkańcy Gostynina.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.