Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W środę zaprosił dziennikarzy na ul. Piękną 4b na konferencję prasową i został ich przewodnikiem. Oprowadził po trzech salach, w których - trzeba to przyznać - naprawdę jest co podziwiać. A to mapy pocztowe, a to figurki listonoszy, guziki czy tabliczki, które wisiały dawniej na gmachach Poczty Polskiej, a to wagi pocztowe, skrzynki na listy, zabytkowe telefony, bilety na dyliżans i rozkład jego jazdy, plomby, czapki.

- Wagi... tak, one zawsze mi się podobały, dlatego jest ich tu tak sporo. One są z prawie całej Europy! Słuchajcie, mam nawet automat do znaczków wyprodukowany na Węgrzech. Zdobyłem go w... Drobinie. Takiego egzemplarza nie ma nawet w Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu! - chwalił się Mieszkowicz.

Opowiadał, że wszystko zaczęło się za chłopięcych lat od zbierania znaczków. - Innych fascynowały kolorowe, mnie urzekły szare, brudne - sięgał do przeszłości. Przyznawał, że najważniejsze z eksponowanych dziś rzeczy dostał od rodziny, m.in. od babci. - Ze swoimi bliskimi jestem bardzo związany emocjonalnie, wszystko, czym mnie obdarowali, w każdej chwili jestem w stanie wskazać palcem - tłumaczył. - Dziś także dzięki nim jestem naprawdę szczęśliwy, ostatnie dni są dla mnie bardzo radosne, ponieważ spełniam swoje marzenie. Przez muzeum chciałbym pokazać historię nie tylko poczty regionu płockiego, ale także tych placówek, które były w granicach dawnego województwa, guberni czy departamentu. Chcę też uzmysłowić, jak ciężką pracę mieli i mają listonosze. Nie wszyscy domyślają się, jak ciężkie torby muszą codziennie dźwigać...

Oczywiście, torby możemy więc również zobaczyć przy Pięknej.

Mieszkowicz dodawał, że wiele w jego muzeum będą się mogły nauczyć dzieci. - Nie znają świata bez internetu. Mają smartfony, więc skąd miałyby wiedzieć, jak dawniej wyglądały telefony. U mnie zobaczą przede wszystkim modele produkowane w Polsce, ale mam także rosyjski aparat wojskowy z czasów Stalina z 1933 bądź 1935 r. - wyliczał właściciel muzeum.

A wracając do internetu, który dziś jest źródłem informacji, znów cofał się do znaczków: - Kiedyś to na nich właśnie można było znaleźć mnóstwo wiadomości, to była tzw. filatelistyka tematyczna.

Paweł Mieszkowicz wspominał też o rosnącej świadomości ludzi, którzy coraz częściej doceniają starocie.

- To prawda: wiele z rzeczy, które możemy oglądać w gablotach wyciągnąłem ze śmietników. Ale to się zmienia. Regionalizm w kolekcjonerstwie rozwija się na potęgę. Ludzie zaczęli zbierać różne przedmioty ze strychów i piwnic. A przynajmniej ich już nie wyrzucają. Na wszystkich spotkaniach, które organizuję, mówię, że przez takie starocie można pokazać historię kraju - uzupełniał.

Na pytanie o dofinansowanie muzeum rozłożył ręce.

- Z prywatnymi kolekcjonerami sprawa wygląda tak, że przepisy nie zmieniły się od czasów komuny. Ministerstwo czy gmina nie mogą dofinansowywać prywatnych muzeów - powiedział. - Ja wziąłem to na swoje barki. Jak umiałem, tak zrobiłem. Przeznaczyłem dawne biuro Jarmarku Tumskiego, by zrealizować tu swoje marzenie.

Kto chce zwiedzić muzeum, powinien skontaktować się z Pawłem Mieszkowiczem - 795 397 441. Można to zrobić np. w sobotę podczas Nocy Muzeów w godz. 18-24.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.