Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Pogoda była doskonała, więc uczestnikom przeogromnej manifestacji dopisywały humory i cała impreza miała radosny, niemal piknikowy charakter. Plac Na Rozdrożu nie pomieścił wszystkich uczestników, jak okiem sięgnąć, w każdych alejkach, ulicach, uliczkach stali ludzie, nad którymi powiewały flagi Polski, Unii Europejskiej, KOD-u. Widać były transparenty partii politycznych, każdy chciał zaznaczyć, skąd przyjechał. A grupy były z całej Polski. Także z północnego Mazowsza - z Ciechanowa, Ostrołęki, Wyszkowa. Wyraźnie wyróżniali się ludzie w pomarańczowych fikuśnych czapkach. To była oczywiście bardzo silna reprezentacja Wrocławia. - No bo jak Wrocław, to krasnoludki - śmiali się ludzie, a inni kiwali ze zrozumieniem głowami: - Pewnie, Pomarańczowa Alternatywa [dla młodych - był to antykomunistyczny, prześmiewczy ruch happeningowy , jaki zrodził się w latach 80. właśnie we Wrocławiu - red.].

Płoccy koderzy zajęli od początku dobrą strategiczną pozycję - w dość bliskiej odległości od sceny. To, co się na niej działo, lepiej jednak było widać na ogromnym telebimie. Kiedy zapowiadano kolejne osoby, które niej stawały, rozlegały się gromkie okrzyki aprobaty, gwizdki i wuwuzele. Największą owację dostali m.in. Adam Michnik, redaktor naczelny "Gazety Wyborczej", oraz prezydent Bronisław Komorowski. Ten jednak trochę spóźnił się ze swoją przemową, jako że nie miał problemy z przedarciem się przez mrowie ludzi. - Bro-nek, Bro-nek, Bro-nek - skandował na całe gardło tłum.

Jeszcze na placu Na Rozdrożu do płocczan podszedł Henryk Wujec i wdał się w miłą pogawędkę. - Wy z Płocka? Ja do Bodzanowa swojego czasu jeździłem - mówił. Potem podszedł Seweryn Blumsztajn, szczególnie życzliwie witany, jako że niedawno był gościem płockiego KOD-u.

Całkiem niedaleko rozglądała się w ścisku europsłanka Julia Pitera. - O, Płock, a ja szukam mojej płockiej grupy, ale z PO - rzuciła i zaraz poszła dalej. Czy znalazła? Z odnajdywaniem się były ogromne problemy, jako że rwały się nawet połączenia komórkowe.

Kiedy Mateusz Kijowski, lider KOD, ogłosił, że marsz rusza, znów załopotały wszystkie flagi. Okazało się jednak, że tak, wydawałoby się, świetna pozycja niewiele dała płocczanom. Z miejsca, w którym stali, nie było widać ani czoła, ani końca ogromnego pochodu. Obrazy z marszu pokazywane były na telebimie, wszyscy widzieli, że oto tłum już idzie, a tu nic. Stanie i czekanie na swoją kolej. Udało się ruszyć prawie po półtorej godziny!

Trasa była doskonale przygotowana organizacyjnie. Co jakiś czas dochodziło się do podwyższeń z nagłośnieniem, niektóre z dużymi ekranami, które pokazywały, że na mecie, czyli na placu Piłsudskiego, trwa już druga część wiecu. A tu do przejścia jeszcze prawie cała droga! Na szczęście ciągle coś działo.

Miłym przerywnikiem było spotkanie z płocczanami, którzy stanowili KOD-owską straż marszu, która pilnowała nie tyle porządku (było wystarczająco policji i miejskich strażników), co tego, by nikt za bardzo nie rozchodził się na boki. A ludzie szli nie tylko jezdnią, ale także po chodnikach, co było - z powodu rozstawionych ogródków gastronomicznych - szczególnie uciążliwe na Krakowskim Przedmieściu. Marszowa kolumna śpiewała, wznosiła okrzyki, wszyscy robili zdjęcia. Obcy ludzie rozmawiali ze sobą przyjaźnie. Szczególnie spodobał się wszystkim pewien balkon, na którym stały trzy młode kobiety (w ogóle było bardzo wielu młodych ludzi) z flagami. Balustradę balkonu otulał baner z napisem "Wolny balkon". dziewczyny powiewały do maszerujących flagami, a ci skandowali "Wol-ny balkon, wol-ny balkon!".

Zdarzały się też nieprzychylne, wypisane na tekturach hasła, jak to: "szKODniki", ale do ekscesów nie dochodziło. Rozbawienie wzbudziła ubrana w czerwone powłóczyste szaty grupa przed jednym z kościołów, stojąca pod hasłem "Jezus Chrystus Królem Polski". - Chyba nas egzorcyzmują - śmiali się ludzie na widok osób wymachujących różańcami i i monstrancją w kierunku marszu. - Świec-ka Polska, świec-ka Polska - odpowiedziało okrzykiem mnóstwo gardeł.

Z kolei w kierunku balkonu, z którego z zapałem machał flagą Roman Giertych, a nieco stateczniej Stefan Niesiołowski - wiele rąk machało z pozdrowieniami. Dużą ciekawość wzbudził pewien jegomość, który z szybkością karabinu maszynowego przez megafon wykrzykiwał coś, co można było odczytać jako połączenie ulicznej ewangelizacji z reklamowaniem mocy uzdrowicielskich. W ruch poszły znów aparaty fotograficzne i wuwuzele.

Ale po drodze było też wiele rozmów o Polsce, rządzie, zagrożonej demokracji, potrzebie obrony miejsca naszego kraju w Unii Europejskiej. No i nie ma się co dziwić, przecież właśnie te problemy przyciągnęły do stolicy i tych z Pomorza, i tych z Podkarpacia, z Częstochowy, Szczecina, Wodzisławia Śląskiego, Płocka... Z całej Polski.

Kiedy płoccy koderzy dotarli wreszcie na pl. Piłsudskiego... było już po wiecu. Koncertował właśnie Big Cyc, śpiewał akurat swój nowy utwór "Ja się nie zgadzam" - na takie rządy PiS oczywiście. Ci, którzy doszli na plac wcześniej, już się rozchodzili, przed nimi była jeszcze długa droga powrotna do domów. Ale wciąż wlewały się na niego nowe grupy maszerujących.

- Tak, jesteśmy zmęczeni - przyznawali płocczanie. - Ale co tam, trzeba było tu być! Żeby samemu sobie nie zarzucać, że nic się nie robiło, kiedy nasza demokracja jest zagrożona.



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.