Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Właściwie trudno ocenić, ilu płocczan demonstrowało w Warszawie. Część - nieco ponad 20 osób - zdecydowała się wynająć wspólnie bus (każdy płacił za siebie) i wybrać się razem w drogę. Inni byli w stolicy już wcześniej, bo pełnili - jako członkowie płockiej grupy Komitetu Obrony Demonstracji - funkcje w służbach marszu. Jeszcze inni wybrali się własnymi autami i próbowali na miejscu dołączyć do grupy, ale nawet instrukcje dawane przez telefon: "Stoimy przy przystanku, obok takiej wysoko wyniesionej flagi Unii" - nie na wiele się zdały w ogromnym tłumie. Dopiero w czasie marszu niektórym udało się dostrzec spory, wyraźny baner z napisem "KOD Płock".

Demonstracja była protestem przeciwko psuciu demokracji, ale też wyrazem poparcia dla Lecha Wałęsy. Mnóstwo osób miało wizerunki przywódcy pierwszej "Solidarności" - na plakatach (były dołączone do sobotniego wydania "Wyborczej"), na zdjęciach czy grafikach przyczepionych do głów, na transparentach. Płocczanie też byli przygotowani - naklejali na wierzchnie okrycia wlepki ze zdjęciem Lecha. W innych grupach z Polski wpadli na pomysł, by przykleić sobie wąsy - tak charakterystyczne dla Wałęsy.

Podczas powitalnego wiecu jeszcze przy Stadionie Narodowym grupie udało się zająć całkiem dobre miejsce przy scenie. W ścisku ludzie w różnych stron kraju przyjaźnie się witali, cieszyli, że jest ich tak wiele, wymieniali uwagi na temat polskiej polityki, brawami i okrzykami przyjmowali co celniejsze i ciekawsze fragmenty przemówień. Ale też przyszedł moment sporej irytacji - nad tłumem zaczął krążyć śmigłowiec, zatrzymywał się, robił koła, wracał. Początkowo ludzie uśmiechali się w kierunku maszyny, machali flagami. Ale natrętny hałas, jaki robił helikopter, nie cichł, w dodatku zagłuszał słowa płynące z głośników. - To chyba jakaś prowokacja, jak kiedyś w wykonaniu bezpieki! - denerwowało się coraz więcej osób. - To śmigłowiec jednej ze stacji telewizyjnych, bo tam wszystko pokazują z góry - rzucił ktoś po rozmowie z rodziną w Płocku.

Kiedy dano hasło do rozpoczęcia marszu, płocka grupa liczyła, że ruszy od razu. Tłum był jednak tak ogromny, że trzeba było czekać sporo czasu, by znaleźć się w kolumnie. - Ciekawe, ile nas tu wszystkich jest... - padały powszechnie pytania. Pomocą służyły telefoniczne raporty z domów, bo w telewizji było widać o wiele więcej. - Czy wiecie, jak pokazuje nas pan Kurski? - dzielili się wieściami niektórzy. - O marszu mało co podają w telewizji publicznej, za to "tłuką" non stop teczki Bolka!

- No oczywiście, telewizja publiczna... - ironizowali inni.

Płocczanie, którzy ostatecznie znaleźli się w połowie kolumny, nie byli w stanie zobaczyć ani czoła, ani końca marszu. Po drodze dołączali warszawiacy - z biało-czerwonymi dekoracjami, "ozdobieni" napisami popierającymi marsz i KOD, machający przyjaźnie do innych. Na balkonie jednego z mijanych budynków ktoś rozwiesił wielki napis: "Jeszcze będzie normalnie". Mnóstwo osób zrobiło od razu zdjęcia. Zresztą telefony i aparaty fotograficzne były w nieustannym użytku. Niosący hasła nader chętnie zatrzymywali się, żeby można było sfotografować ich treści. Dużo skumulowanej życzliwości wyobrażało się w uśmiechach i przyjaznych pogaduszkach całkiem obcych sobie ludzi. Tematy główne - troska o państwo, o demokrację, rozmowy o Lechu Wałęsie, wobec którego rozpętano nagonkę, nie bacząc na jego zasługi, i o Jarosławie Kaczyńskim, który "leczy swoje kompleksy", skłócając naród.

Było sporo policji, która zabezpieczała marsz i całą manifestację, ale wobec przyjaznego, pokojowego nastawienia jej uczestników interwencje okazały się zbędne. Także sam KOD wystawił swoją straż. Tylko w jednym miejscu na trasie był dość gęsty policyjny kordon oddzielający od tłumu... dwóch młodzieńców. Przebrani za różowe świnki trzymali transparent stylizowany na KOD-owski, z tym że cały napis brzmiał: "Komitet Obrony Koryta". Co wykrzykiwali przez megafon - trudno było zrozumieć, bo byli w swoich wysiłkach tak komiczni, że maszerujący zagłuszali ich śmiechem. Zresztą chłopaki, widząc te reakcje, sami też zaczęli się śmiać. Siła rażenia różowych świnek okazała się więc bardziej niż mizerna.

W demonstracji - na co zwracało uwagę sporo osób - było dużo młodych. Już na głównym placu manifestacji w tłumie znalazło się wielu znanych aktorów.

Kiedy płocczanie wrócili do swojego busa, zrobiło się już naprawdę chłodno. Ale nikt nie narzekał. - Do zobaczenia na kolejnym marszu! - żegnali się już w Płocku członkowie KOD.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.