Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
- Czy czuję się zasłużonym? Nie bardzo... Przecież wszystko, co robię, wynika z moich pasji. Ale na pewno kocham moje miasto i nigdy nie marzyłem, by zamieszkać w innym miejscu - mówi Różalski. Jak zwykle - nazbyt skromnie.

Korzenie

- Jestem rodowitym płocczaninem - opowiada pan Zygmunt. - W poszukiwaniu naszych korzeni w tym mieście doszedłem do pra, pra... pradziadka Pawła Różalskiego, który urodził się w 1736 r. Jak wynika z metryki, pochodził z rodziny włościańskiej z Ośnicy, czyli z terenów dzisiejszej Grabówki. Był synem Mateusza, Mateusz - synem Stanisława... Do materiałów o nich jeszcze nie dotarłem.

Z przodków najwięcej wie o dziadku Bronisławie Różalskim, urodzonym w Płocku, przy ul. Wiatraki nr 12, w 1894 r. Pamięta go. Dziadek ożenił się z Katarzyną Mazurowską. Mieli ośmioro dzieci, w tym Kazimierza, ojca Zygmunta. Cały czas mieszkali w Ośnicy i żyli z wody. To znaczy - z połowu ryb, wydobywania piachu i żwiru z Wisły.

Tata był kapitanem żeglugi śródlądowej, pływał głównie na barkach i statkach transportowych. To była robota na lato, zimą znajdował zajęcie przy robotach konserwatorskich i wydobywaniu lodu z Wisły, ale częściej z jezior w Grabinie i Soczewce. - Lodówek nie było, więc wyrąbywano takie bloki lodowe wielkości pustaka, potem były przewożone do lodziarni - w parowie nad Brzeźnicą i przy Szpitalu Świętej Trójcy. Tam się z nich budowało coś na kształt igloo, kolejne warstwy były przesypywane trocinami, żeby lód się nie sklejał - opowiada Różalski. - I stąd był on kupowany do sklepów, do szpitala, do zakładów mięsnych.

Tata ożenił się z panną Marianną Górecką, Kujawianką.

Dzieciństwo

Było szczęśliwe i bezstresowe, rodzice zapewniali wszystko, co potrzebne, więc najważniejsze było się uczyć. - Urodziłem się w 1949 r., jako nastraszy z czworga rodzeństwa, byłem odpowiedzialny, więc dawano mi sporo swobody - oczy uśmiechają się do wspomnień. Już w tych najodleglejszych jest wielka pasja do sportu, szczególnie do piłki nożnej i ręcznej. Każda łąka to było boisko. - Całe szczęście, nie mieliśmy wtedy ani telewizji, ani internetu - kiwa głową dorosły już Zygmunt. Kondycję chłopaka w tamtych czasach wzmacniała też droga do szkoły w Borowiczkach, 2,5 km pieszo w każdą stronę. Szkołę wybudowała cukrownia 110 lat temu, placówka była świetnie wyposażona, a nauczyciel WF-u Wiktor Bojko doskonale podsycał sportowe pasje.

W tamtym czasie Ośnica w części należała do Płocka, w części do gm. Borowiczki. Różalscy mieszkali w tej drugiej, ale Zygmunt był często w mieście. Biegał na bulwary nad Wisłą, bo jak tata przepływał barką albo statkiem, to przybijał do brzegu. - Pamiętam Wzgórze Tumskie, pięknie ukwiecone, górą rósł zielony ligustr, na dole - tysiące czerwonych róż, całe klomby! - mówi Różalski. - Na skarpie i tuż pod nią było mnóstwo domów z czerwonymi dachówkami, dużo ich stało tam, gdzie teraz jest amfiteatr. Nad Wisłą było życie, gwar, śmiech, ciągle coś się działo. Tam było nasze miejskie "centrum informacji". Ludzie czekali na statki z Warszawy, bo przywoziły najnowsze wieści i gazety. Wiele osób wsiadało na nie, żeby popłynąć do stolicy. Rzeka była poważnym szlakiem komunikacyjnym. Tęsknię do tamtego Płocka...

W dorosłość

Zygmunt w Płocku skończył najpierw szkołę zawodową chemiczną, a potem technikum chemiczne. Kierunek wybrał między innym ze względu na to, że powstał właśnie kombinat. W Mazowieckich Zakładach Rafineryjnych i Petrochemicznych przepracował zresztą całe swoje dorosłe życie. - Miałem 13-14 lat, kiedy zaczęto budować MZRiP - mówi Różalski. - Nagle w Płocku pojawiło się mnóstwo ludzi, samochodów. Skończył się święty spokój niewielkiego miasteczka. Ale dla miejscowych to było dobrze, bo wreszcie mieli pracę. Wcześniej panowało ogromne bezrobocie.

W roku 1976 z Ośnicy przeprowadził się do Płocka, na Osiedle Kochanowskiego, zbudowane pod potrzeby kombinatu. Już z żoną, bo ożenił się dwa lata wcześniej, z Janiną ze Słupcy w gm. Blichowo. - Ale Różalscy rzadko mieli żony z odleglejszych miejscowości, przeważnie ich wybrankami, na przestrzeni wieków, były dziewczyny z Płocka, Imielnicy, czasem ze Słupna - śmieje się pan Zygmunt. Już na Kochanowskiego na świat przyszły dzieci - córka Monika i syn Marcin.

Kolekcjonerstwo

- Zaczęło się... - Różalski zastanawia się przez chwilę -... o matko, kiedy to było! Już 60 lat temu. Tyle że na początku było to zwykłe zbieractwo.

Młodziutki Zygmunt zbierał głównie monety, bardzo różne, rosyjskie i niemieckie, przed- i powojenne, za śmieszne pieniądze można było je kupić gdzieś na targu, sporo znajdował ot tak, w ziemi. Chłopaki wymieniali się zbiorami, ale kolekcja z tego nie powstała. - Byłem zbyt młody - podsumowuje dziś Różalski.

Świadome kolekcjonerstwo rozpoczęło się gdzieś od 1968-69 roku. Niewinnie. Najpierw kolega namówił na kurs przewodnicki - pan Zygmunt do dziś jest czynnym przewodnikiem i organizatorem turystyki. W czasie szkoleń poznawał historię Płocka. - Im więcej się dowiadywałem, tym coraz bardziej chciałem wręcz tej historii dotknąć - Różalski się ożywia. - Choćby katedra, niby takie hasło w przewodniku, ale być w niej i świadomie oglądać jej skarby, przeszłość - to niezwykle wciągająca przygoda. A same przewodniki? Jest w nich mnóstwo tekstu, ale brakuje historycznych ilustracji, więc zacząłem kolekcjonować stare zdjęcia i pocztówki.

Ile ich ma? Śmieje się, że "dużo, ale jeszcze nie wszystkie". Tych do II wojny, nawet do roku 1940 - jakieś 500-600. Późniejszych jest jeszcze więcej.

Od 1984 r. pasją stała się numizmatyka. Głównie monety, banknoty i karty żywnościowe z okresu pierwszej i drugiej wojny. Jest też kolekcja map, przewodników, a także literatury historycznej związanej z Płockiem. Zygmunt Różalski miał po dwie wystawy swoich skarbów w Muzeum Diecezjalnym, w Muzeum Mazowieckim i jedną w PTTK w odwachu. Jego zdjęcia i pocztówki budziły wspomnienia w starszych osobach. A młodsi? - Dziwne, jak mało wiedzą o naszej historii - wzdycha pan Zygmunt. - Na banknotach z PRL są m.in. Waryński, Świerczewski, te dzieciaki nie mają kompletnie pojęcia, kim oni byli.

Polskie Towarzystwo Numizmatyczne odznaczyło Różalskiego srebrną i złotą odznaką kolekcjonerską. Ma też jedno z najważniejszych i najbardziej zaszczytnych wyróżnień - Srebrny Medal im. Profesora Ryszarda Kiersnowskiego . Za zasługi dla numizmatyki.

Sport

Ta pasja nie opuszcza od dzieciństwa. Zygmunt przechodził kolejno fascynacje piłką, hokejem, siatkówką... Aż rozkochał się w sportach walki. - Sam nigdy kick boxingu nie uprawiałem, kiedyś było to zabronione - tłumaczy. - Wszystko zmieniło się w połowie lat 80., kiedy został uznany za dyscyplinę sportową.

Syn Marcin, dziś uznany zawodnik, zaczął trenować sztuki walki, w tym kick boxing, w roku 1994 i bardzo szybko został wielokrotnym mistrzem Polski. - A ja, jeżdżąc z nim na zawody, zrobiłem uprawnienia sędziego, potem zająłem się trenowaniem najmłodszych grup... cóż, ciągnie wilka do lasu - uśmiecha się Różalski. - Czemu taki twardy sport? Górnolotnie powiem: ludzie, którzy walczą na ringu, walczą ze sobą tylko tam, po zawodach są przyjaciółmi. Tu nie ma nienawiści, robienia sobie świństw... jak bywa w innych dyscyplinach. Na naszych imprezach kibice nie biją się między sobą. To jest gra fair dla wszystkich, a trenują u nas także dziewczyny.

Pan Zygmunt w latach 1994-2004 był wiceprezesem klubu Płocki Ośrodek Karate. W 2004 r. założył z sympatykami własne Centrum Walki. - Przeszło przez nie dotąd 300-350 zawodników i zawodniczek, wywalczyliśmy dwa tytuły Zawodowego Mistrza Świata [zdobył je syn Zygmunta - Marcin, popularny "Różal" - red.], cztery osoby uzyskały tytuł Zawodowego Mistrza Europy, mamy 110 medali - we wszystkich kolorach - zdobytych na mistrzostwach Europy - wylicza Różalski. - No i mieliśmy najlepszą zawodniczkę w Polsce Martę Chojnoską!

Sam Zygmunt Różalski zajmuje się obecnie trenowaniem najmłodszej grupy, a zaczynają już 10-letnie dzieci. To też pasja, jako dziadek chwali się, że trójka wnuków - 10-letnia Zoja, 8-letnia Nadia i 6-latek Borys już ćwiczą i zajmują się sportem.

Dzieciaki i młodzież garną się do klubu, a ich rodzice... cóż, czasem kręcą nosem na miesięczne opłaty - 100 zł za uczestnika. - My dostajemy od miasta wsparcie, na ten rok 8 tys. zł - przyznaje pan Zygmunt. - Ale koszty są o wiele wyższe, płacimy za wynajęcie sali, musimy kupować sprzęt, te opłaty członkowskie są niezbędne. Nikt z nas, trenerów, nie bierze za swoją pracę tutaj ani grosza, robimy to w ramach wolontariatu - jako ci wariaci, których pcha do sportu ogromna pasja do tego sportu i mają z tego ogrom satysfakcji.

Zasłużony dla Płocka

Na wtorkowej sesji rady miasta rajcy przegłosowali przyznanie medali "Zasłużony dla Płocka" dla pięciu osób: Jerzego Skarżyńskiego, Zygmunta Różalskiego, Adama Łukawskiego, Jana Milnera oraz prof. Zbigniewa Kruszewskiego. Oto uzasadnienie do wniosku dotyczącego Zygmunta Różalskiego, kolekcjonera, przewodnika turystycznego i sędziego kick boxingu, działacza społecznego: "Za działalność kolekcjonerską propagującą historię Płocka oraz za pracę społeczną na rzecz turystyki i sportu".



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.