Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Trenerka przyznaje, że woli określenie "pole dance". - "Taniec na rurze" nadal wielu osobom może kojarzyć się stereotypowo. A na moich zajęciach kładę nacisk na sport, gimnastykę i akrobatykę, pracę nad ciałem. Taniec pojawia się dopiero później, kiedy możemy połączyć wszystkie elementy - tłumaczy właścicielka studia. Założyła je trzy lata temu, a do Płocka przyjechała z Olsztyna. - Tam kończyłam Szkołę Mistrzostwa Sportowego w dziedzinie gimnastyki, którą ćwiczyłam od 7. roku życia. Później uczyłam się fitnessu gimnastycznego w Gdańsku. Do Płocka przyjechałam za miłością, ale postanowiłam wykorzystać tu swoją pasję - opowiada kobieta.

Pani Anna wspomina, że na początku zainteresowanie samym pole dance było niewielkie, szybko jednak zyskało popularność. - O tej dziedzinie coraz więcej mówi się w telewizji, pole dance pokazywany jest w różnych programach, więc i do mnie zaczęło zgłaszać się coraz więcej klientek. A jak ktoś już raz spróbuje, to zazwyczaj się uzależnia - uśmiecha się trenerka.

Niektórzy, słysząc o tańcu na rurze, myślą "to żaden wyczyn". W rzeczywistości jest to ciężka, wymagająca praca i niełatwa sztuka. - To dyscyplina dla osób wytrwałych. Treningi trwają zazwyczaj godzinę, połowę zajmuje sama rozgrzewka, czyli rozciąganie i ćwiczenia siłowe. Dopiero po niej możemy przejść do ćwiczeń na drążku: uchwytów, obrotów czy figur. Początki są naprawdę trudne. Trzeba wyrobić sobie siłę mięśni, by móc cokolwiek zrobić - podkreśla kobieta. Na sali w studio są cztery drążki, a ćwiczy się w grupach ok. ośmioosobowych. Karnet na cztery wejścia i ćwiczenia rozciągające kosztuje 150 zł, osiem wejść - 250 zł.

Przyglądaliśmy się treningowi początkującej grupy i faktycznie bywało, że do jednej, z pozoru nieskomplikowanej figury trzeba było zrobić wiele podejść, pokonać zmęczenie. Dziewczynom nie wszystko wychodziło, ale trenerka nie pozwalała im odpuszczać. Debiutantki w tej dziedzinie zazwyczaj po pierwszym pakiecie czterech zajęć decydują, czy chcą kontynuować. - Zdarzyło się, że ktoś zrezygnował, ale przeważnie z powodu braku czasu: dzieci, praca. Ale większość zostaje. I każdy kolejny trening staje się lżejszy - mówi instruktorka.

Siniaki i otarcia są na porządku dziennym. Ale podobno dziewczyny traktują je jako "trofea", gdy już widać efekty ćwiczeń. Po początkującej ćwiczyła grupa zaawansowana - rzeczywiście miała w sobie wiele entuzjazmu i luzu, choć też musiała zmierzyć się z trudnościami.

Magdalena i Joanna ćwiczą pole dance już od siedmiu miesięcy, a Izabela od blisko roku. Dziewczyny są w różnym wieku, mają kolejno 29, 21 i 39 lat. - To coś innego. Nigdzie w Płocku ani okolicach nie widziałam takich zajęć, mimo że w większych miastach są już popularne. Podczas pierwszych godzin najbardziej przerażała mnie rozgrzewka, była bardzo wyczerpująca. Ale teraz czy pada śnieg, czy jestem zmęczona po pracy, przyjeżdżam tu, bo to dla mnie odskocznia od codzienności. A dojeżdżam ponad 50 km, spod Sierpca! - zaznacza Magdalena. Motywacji dodają jej efekty ćwiczeń oraz nowe przyjaźnie, które zawarła na zajęciach. - Nie mam rurki w domu, ale myślę, by sobie taką sprawić. Chciałabym częściej ćwiczyć - zdradza kobieta.

- Ja z kolei od dziecka chciałam tańczyć. Szukałam w Płocku nauki dancehallu, ale trafiłam na pole dance. Postanowiłam spróbować i teraz wiem, że nie zmieniłabym decyzji - mówi Joanna. Bliskim musiała trochę tłumaczyć, że nie wiąże się to z tańcem na rurze w nocnym klubie. - Moja babcia, jak usłyszała "pole dance", myślała jeszcze inaczej, że to jakiś taniec towarzyski! Ale kiedy zobaczyła w telewizji te figury, była pełna podziwu - śmieje się dziewczyna. Na co dzień pracuje jako kelnerka w lokalu, w którym akurat jest taka rurka. Zdradza, że pochwaliła się swoimi umiejętnościami przed znajomymi z pracy. - Wszyscy byli pod wrażeniem. Nie spodziewali się, że w tak krótkim czasie można zdobyć takie umiejętności - opowiada.

Iza natomiast mówi, że nudziły ją standardowe zajęcia fitness, dlatego zapisała się na pole dance. - Interesuję się bieganiem przełajowym, w którym dużo dają wcześniejsze ćwiczenia siłowe, podciąganie itp. A takie właśnie mamy na tych zajęciach. Wcześniej nie myślałam, że ćwiczenia na rurze dadzą takie korzyści. Wiele osób mówi mi też, że schudłam - podkreśla dumnie Izabela.

W zajęciach Anny Poryckiej-Gorsiak biorą udział tylko kobiety. - Mężczyźni jeszcze się nie skusili, choć jeden, zapisując żonę, poprosił, by dać mu znać, jeśli znajdą się chętni panowie i utworzę męską grupę - cieszy się nasza rozmówczyni.

Pole dance może uczyć się każdy, niezależnie od wieku czy kondycji (o ile nie ma przeciwwskazań od lekarza). Na zajęcia przychodzą dziewczyny, które jeszcze się uczą w szkole, ale i kobiety ok. czterdziestki, które wychowują dzieci, pracują w urzędach, szpitalu, sklepie. Co im to daje? - Nabierają siły, elastyczności, bo podczas tych ćwiczeń pracuje całe ciało. Kształtują więc swoją sylwetkę, tracą kilogramy, no i jest to dla nich coś nowego. Stają się bardziej odważne, pewne siebie, czują się piękne i seksowne - opowiada kobieta. Bo mimo że do pole dance woli podchodzić na sportowo i uprzedza, by nie mylić go ze stereotypowym "tańcem na rurze", przyznaje, że też jest w tym wiele seksapilu. A zdobyte umiejętności można wykorzystać, by popisać się przed partnerem. - Dziewczyny, przychodząc na pierwsze zajęcia, są często otulone w długie dresy, nieśmiałe. Z czasem tych ubrań jest coraz mniej. Nasze stroje też są kuse, bo to krótkie spodenki i topy. Ale dzięki temu ciało lepiej przylega do drążka, a to ważne przy robieniu akrobacji - tłumaczy trenerka.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.