Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Disco Lodowisko to impreza przygotowana przez Agencję Rewitalizacji Starówki. Zaczęło się jeszcze w biały dzień - o godz. 16. Wtedy właśnie weszła na lód pierwsza grupa. Koszt uczestnictwa w Disco Lodowisko - 15 zł za dwie godziny, jeśli ktoś brał łyżwy z wypożyczalni, albo 10 zł - jeśli łyżwiarz miał własny sprzęt. Jak na prawdziwy zimowy bal przystało, zabawą kieruje wodzirej w błyszczącej marynarce. Każdy może podejść do stoiska-wypożyczalni i za darmo przyodziać się w lśniące kapelutki, zabawne, kudłate peruki, boa z barwionych piór czy inne maskaradowe gadżety. Sporo osób z tego skorzystało, więc lodowisko od razu zrobiło się bardzo barwne i wesołe.

Im robiło się ciemniej, tym bardziej nastrój stawał się dyskotekowy. Stanowisko didżeja - na małej scenie - połyskuje lampkami, kolorowo świecą specjalnie rozstawione lampy z różnobarwnym światłem. Wodzirej aranżuje zabawy i konkursy, jak choćby ten z hokejowym slalomem i umieszczeniem krążka w bramce tak szerokiej, że właściwie każdy okazuje się zwycięzcą. Jest też np. dość okrutne dla uszu karaoke, ale co tam! Najważniejsze, że humory dopisują!

Na tafli prezentują się łyżwiarze w różnym stopniu zaawansowania. Małym dzieciom towarzyszą rodzice, niektórzy zwyczajnie - w butach, choć niektóre maluchy śmigają tak, że budzzą kompleksy w dorosłych, którzy... no cóż, wolą trzymać się blisko bandy, bo ta służy jako "koło ratunkowe", gdy po pół chwiejnego okrążenia brakuje tchu. Ale spokojnie, nikt nikogo nie ocenia, nie śmieje się ironicznie "pod wąsem", bo muzyka porywa do tańca. Grupa młodych ludzi - wysportowanych i roztańczonych - nadawała ton zabawie. Z ekranu ustawionego za lodowiskiem lecą spoty instruktażowe, jak stawiać kroki i tańczyć dany utwór. Niesie się przez plac i sąsiednie ulice - "Ruda tańczy jak szalona" oraz "Moja jedyna swe ciało wciąż wygina"... no albo jakoś podobnie. Ciała nadzwyczaj sprawnie wyginało też kilka, kilkanaście dziewczyn, które "łyżwowały" tak ekspresyjnie, że nie potrzebne im były kurtki. Obserwatorami, którzy trochę marzli na boku, wstrząsały czasem dreszczem na widok brzuchów i boczków, które ukazywały się spod bluzek dynamicznych tancerek.

Kolejna grupa weszła na lód o godz. 18, a trzecia będzie miała wejście o 20. Kiedy tam byliśmy, na tafli było jednorazowo (pierwsza i druga grupa) po kilkadziesiąt osób, mniej, niż może pomieścić lodowisko. Miało to tę dobrą stronę, że miejsca do ślizgania się i pląsów każdy miał wystarczająco dużo.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.