Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Właściwie - bohater. Bo był więźniem Auschwitz, działał w AK, ratował Żydów, walczył w powstaniu warszawskim, sześć lat siedział w ubeckim więzieniu. Martyrologia? Nie dla tego najmłodszego starszego pana w Polsce!



- Moje życie było często trudne, ale nie nudne - mówił gość. - Ale jestem Polakiem na TAK, na to, że szklanka do połowy jest pełna, a nie Polakiem na NIE, że szklanka jest w połowie pusta.

To, jak opowiadał o tym swoim życiu, wyglądało na świadomą demitologizację tego, co dokonał. Był w Auschwitz rok - nie za wielką działalność, ale że żandarm, który go zatrzymał, nie uznał jego zaświadczenia o pracy w PCK za nieważne. Wyszedł, bo jako osoba, na którą Niemcy nic nie mieli, został "wyreklamowany" przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż, a Niemcom, tuż przed atakiem na ZSRR, zależało na podtrzymaniu swojego wizerunku.

Kiedy był na wolności, wadził się trochę z Bogiem, ale trafił do mądrego spowiednika, który kazał mu się zastanowić, jaki był boski plan dla niego, wskazał, że może pomóc Żydom w getcie warszawskim. - Miałem 20 lat, kiedy znana pisarka Zofia Kossak zapytała, czy pomogę w ratowaniu Żydów. I ja wtedy, młody i ambitny, choć oczywiste, że się bałem, to jeszcze bardziej bałem się tej zacnej pisarce powiedzieć: nie.

Jak była różnica między Polakami a Żydami podczas okupacji? - My, Polacy, mieliśmy duże szanse, żeby zginąć - dowodził profesor. - A Żydzi mieli znikome szanse, żeby przeżyć.

Ale była też druga strona polskiego stosunku do Żydów. - Tak, to Polacy, także ci spod Warszawy, przyjeżdżali furmankami i przekupywali żandarmów, żeby wywozić ubrania i inne rzeczy po Żydach. No tak, to byli Polacy, bo kto? Turcy? Ich tu wtedy nie było! Ale jak był ten straszny huragan w USA, kiedy zalało ten ogromny obszar, to ich prezydent kazał strzelać do ludzi, którzy łodziami podpływali do domów i kradli to, co zostawili inni. Kto to słyszał, żeby Amerykanie do Amerykanów strzelali, że się okradali! A jednak to jest wszędzie.

Bartoszewski zastanawiał się, jak sobie radzić z takimi zdarzeniami, których był świadkiem i uczestnikiem. Mówił, że tłumaczy sobie, że jeśli jest przekleństwo złych czynów, to musi też być błogosławieństwo dobrych uczynków.

Po wojnie Władysław Bartoszewski siedział sześć lat w ubeckim więzieniu. Co o tym mówi dziś?

- Myślę, że było warto. Bo dziś wnuki katów z UB jakoś nie chwalą się swoimi dziadkami. A dzieci ich ofiar swoimi - tak. Mój przyjaciel Lem, ten futurolog, mówił mi: "Wiesz, bardziej opłaca się być łajdakiem". Tak, mówię mu, opłaca się, bo to od płacy, ale bardziej warto być przyzwoitym, bo to od wartości.

Być może to pokłosie nauki Antoniego Słonimskiego, który pozwalał dużo młodszemu Władysławowi mówić sobie po imieniu. Słonimski radził: - Jak już zupełnie nie wiesz, co masz mówić, po prostu powiedz prawdę.

Ujął też słuchaczy tym, jak mówił o swoich związkach z Płockiem. To znaczy przyznawał, że nie zna miasta, ale wiele o nim słyszał od swojego kolegi Tadeusza Mazowieckiego, którego ojciec był w naszym mieście lekarzem, który tu miał rodzinę. Gadali sobie o swoich miastach i młodych czasach, kiedy razem siedzieli podczas internowania. - A tuż przed wojną, w sierpniu 1939 roku moja mama załatwiła miejsce w pewnym probostwie, gdzie dla zaufanych osób były pokoje do wynajęcia - mówił profesor. - I to było probostwo w Górach pod Płockiem!

Więcej posłuchajcie sami, oglądając filmiki wideo z zarejestrowanymi fragmentami spotkania.









Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.