Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Właściwie nie ma nic takiego jak płocczanie. Gromada przyjezdnych, którym zależy tylko na dobrych zakupach w Auchan. Nigdy nie zawalczyli o nic wspólnie, nie dlatego, że tak się różnią, ale dlatego, że im się nie chce.

Ile razy słyszeliście opinie w tym stylu? Też macie tego dość? W takim razie Ministerstwo Nauki właściwie zrobiło nam przysługę. Owszem, w tym roku już dwa razy odmówiło Bibliotece im. Zielińskich dotacji. I jeśli nie zmieni zdania, być może nic już w tej pełnej naukowych skarbów placówce nie przeczytamy. Ale wciąż jest jeszcze szansa, żeby naszą perłę ratować.

18 kwietnia resort po raz kolejny decydować będzie o losach Zielińskich, do 18 kwietnia mamy więc czas, żeby wypowiedzieć się wszyscy, jednym głosem, jako jedna, zgrana społeczność. Pokazać, że nam zależy, że chcemy czytać coś więcej niż kolejne odcinki sagi o wampirach. I nie przekonuje nas ministerialny argument, że zakres działania Zielińskich jest "zbyt prowincjonalny". Bo w sumie to samo mogę powiedzieć o bibliotekach warszawskich. Tak się składa, że wiele razy potrzebne mi książki nie były dostępne w Bibliotece Narodowej czy Bibliotece Uniwersyteckiej. A w Zielińskich były, od ręki. Te same książki, których treść nie robiła się bardziej "prowincjonalna", bo stały na półkach biblioteki w "prowincjonalnym" mieście.

Tak więc płocczanie - to jest nasz czas. Początek już za nami - na nasz apel do redakcji przyszło kilkadziesiąt płomiennych maili, listów, stanowisk oficjeli i "zwykłych" miłośników książek, odebraliśmy masę telefonów, kolejne osoby dołączają do facebookowego profilu "Płocczanie w obronie Biblioteki im. Zielińskich". Wszystkie te głosy prześlemy do ministerstwa.

Nie obiecujemy, że uda się ich przekonać. Ale przynajmniej nie poddamy się bez walki.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.